Wspomnienie o Adamie Szyperze

0
2


Adam Szyper urodził się 6 grudnia 1939 roku w Łodzi i w łódzkim gettcie przeżył pierwsze cztery lata wojny. Pozostałą jej część spędził w pięciu obozach koncentracyjnych, między innymi w Oświęcimiu. W 1957 roku wyemigrował z rodziną do Izraela, w 1962 roku wyjechał na stałe do USA. Był on poetą dwujęzycznym – pisał wiersze po polsku i angielsku. Znał także hebrajski, rosyjski i esperanto, z którego tłumaczył na język polski. Jego wiersze publikowane były w licznych antologiach i magazynach literackich.
Wydał kilka tomików bardzo interesujących wierszy: „Życie pod prąd”, „Diabeł Żyd”, „I nagle wiosna” „Nowy Jork – strach w raju”. Wiódł życie poety i człowieka skromnego i spolegliwego, był interesującym gawędziarzem i znawcą poezji. Poniżej zamieszczamy kilka wierszy z jego tomiku „I nagle wiosna”.

„Adam Szyper – jak sam o sobie mówi w wierszach z gorzką ironią 'żyd-wieczny tułacz' – pozostał w liryce wierny polszczyźnie, choć od 1957 r. mieszka na stałe poza krajem urodzenia. Jest prawdziwym mędrcem; rozmowa z nim daje zawsze wiele satysfakcji obcowania z umysłem niezależnym, z człowiekiem, który z niejednego pieca jadł i niejednego upokorzenia doświadczył, a mimo wszystko pozostał humanistą o szerokim sercu. Jako poeta i tłumacz zapoczątkował wiele działań na rzecz upowszechniania poezji polskiej w Stanach Zjednocoznych i poezji amerykańskiej w Polsce. Jego wiersze, operujące publicystyczną frazą, wyraziste w formie, przemyślane, zapadają w pamięć nawet po jednym przeczytaniu. Należy do najwybitniejszych poetów piszących w języku polskim za granicą” – pisał o nim Józef Baran.
Adam Szyper był także przyjacielem opolskiego poety Harry’ego Dudy. W 2008 roku wsparł finansowo wydanie „Wierszy amerykańskich” Harry’ego. W dowód wdzięczności Harry uwiecznił Adama Szypera w swoim wierszu „Rozmowa z Adamem przez ocean”. Oto jego fragment:

Z dalekiego kraju telefon Adama
odbiera syn (też ma swoje lata)
i mówi po polsku.
Stary Adam poeta pochodzi z Łodzi.
W oczach dziecięcej pamięci
zachował brunatne plugastwo,
nędzę i śmierć.
I bardziej jest Polakiem
niż wielu innych Polaków,
bo Adam mieszka w Ameryce,
lecz żyje w Polsce,
a tamci mieszkają w Polsce,
ale żyją w Ameryce.

– Stałem się z wyboru pustelnikiem –
mówi. – Już nawet nie odbieram telefonów.
Bo widzisz, wszystko, co kochałem –
parszywieje.
A nie jestem tak wielki jak ci nobliści,
którzy popełnili samobójstwo,
nie godząc się na ten świat.
Ja wybieram pustelnię.

Polska, bracie,
musi bardzo uważać;
boję się o nią.
Ona w razie czego zostanie sama.
Nikt jej nie pomoże.
I widzisz, na stare lata
stałem się nacjonalistą.
Każdy, żeby był normalny,
musi mieć ojczyznę, swój dom,
swoje śmieci, język i kulturę.
Dzisiaj mordercy
chcą ludziom to odebrać,
jeszcze zanim odbiorą im życie.

Cień Oświęcimia
jest coraz dłuższy i gęstnieje;
Wtedy był Holocaust, a teraz
morduje się chrześcijan.
Dlatego ja, Żyd niewierzący,
staję z nimi, choć stary i bezsilny,
przed lufy i maczety oprawców.
Jestem chrześcijaninem.

Ja, niegdyś nie lubiący kleru,
na starość
rozumiem jego instytucję
i staję w obronie Kościoła,
bo on już prawie jedyny
staje w obronie wartości.

A co się tam u was, u nas, do licha,
dzieje, że tak się napada
na różnych łamach
na papieża – i tego dzisiaj,
pięknego człowieka,
i tego Wielkiego?
Wystarczyło jedno pokolenie,
żeby wszystko
poprzestawiać ludziom w głowach?

Ja wszystko inne też czytam
i wściekam się, i żal mnie ściska.

– Nie czytaj, Adasiu, mówię,
nie czytaj, ja już też niczego
z rzeczy w obiegu nie czytam.
– Ale ja nie mogę nie czytać!
Ja muszę wiedzieć,
co się w Polsce dzieje, ja…
—–
no, rozumiesz…
Rozumiem.
To, czego Adam nie mówi,
mówi więcej niż słowa.

– I jak ja mam pisać, i po co? –
ciągnie dalej. – To nie ma żadnego
znaczenia, przecież nikt
nie słucha poetów,
nawet jeśli ich czyta.

– Trzeba zostawiać świadectwo –
próbuję przekonać. – Kartka bywa
trwalsza od człowieka. Z WTC spadali
i zabijali się ludzie, a kartki
spadały bez szwanku, ostały się…

– Kartki owszem, zostają,
lecz dla większości
są jedynie kartkami.
Pismo na nich
jest nieczytelne jak linearne A
i w dodatku naniesione
sympatycznym atramentem.
Poezja dzisiaj
już się nie staje w innych,
umiera zaraz po urodzeniu…

4.04.2015


ADAM SZYPER

Nie ma odległych miejsc

Nie ma odległych miejsc
Jeśli istnieje ktoś kto o tobie myśli
Jeśli wiesz że ktoś o Tobie myśli
Jeśli niebo, które dzieli
Jest tylko przestrzenią, która łączy

Ostatni król Bułgarii

Poznałem go kiedyś w Nowym Jorku
Właśnie uciekł z Sofii
Był tokarzem ale marzył o wolności
I o życiu jak w kinie
Miał już czterdzieści lat
Garnitur z kantami tylko na weekendy
I jeszcze kanarki
Śpiewały mu w głowie
Mówił że pójdzie w Amerykę
w Niedźwiedzie Góry czy w Góry Skaliste
Lecz poszedł tylko do roboty
W Brooklynie
Minęły lata i nie ożenił się
I nie dorobił
Fabryka mu śmierdziała i huczała:
„Szybko ty sukinsynie”
Oklapł i przestały go nawet
Interesować męsko-damskie sprawy
I w końcu zamienił
Kobiety na konie
Gdy spotkałem go ostatnim razem
Mówił że ktoś za rogiem
Na niego czeka
Z zatrutym szpicem parasolki
Że szuka pracy i
Że jest ostatnim królem Bułgarii.

I nagle wiosna

W nocy przewiał mnie wiersz
Szybko i bezpowrotnie.
Jak ławica tropikalnych ryb
Jak pelikany z różowych lagun.

To co zostało we mnie
Drży jak fata morgana
Jak ważka w upale lata
Jak drzewa nad rzeką Wartą
Jak hamsun nad Kineretem.

Bezradny stoję o świcie
Jak dziecko na pustej plaży
I nagle wiosna
Wychyla się z nocy
Jak motyl
Ze swojej poczwarki.

Bezsilność

Noc, wysoko nad Manhattanem
Patrzę w dół i tam na skrzyżowaniu ulic
W bladym świetle stoi mały człowiek.

Mały jak drewniany żołnierzyk z bajki Andersena
Zagubiony jak renifer oderwany od swego stada
W śniegu i w lodzie, kim jest ten człowiek?

Kruchy, przeszyty arktycznym wiatrem
Na pustej ulicy, w kanionach wrogiego miasta
Nie wie w którą iść stronę.

I nagle wydaje mi się, że to moja stara matka
I krzyczę by nie odeszła w ciemność
Przerażony bo w niczym nie mogę jej pomóc.


Świat, na którym jesteśmy gośćmi

Świat, na którym jesteśmy gośćmi
rządzony jest przez samych złodziei.
Złodzieje rządzą tym światem.
Wyciszą śpiew ptaków i dzieci.

Kradną naszą ziemię, wodę, powietrze,
a sprzedają nam gazowe maski
i reklamują podbój kosmosu.

Kradną nasz renesans, humanizm, romantyzm,
a gdy ze skargą dzwonimy do Better Busibess Bureau,
automat ze sztucznym głosem mówi:
„Proszę zostawić swój numer”.

Tak, kradną nam naftę i ozon, i krew i pot,
z którego budują dzisiaj
feudalny kapitalizm.

Świat, w którym jesteśmy gośćmi
zdominowany jest przez złodziei.
Złodzieje rządzą tym światem.

Kradną nasze arterie, wnętrzności, hemoglobinę,
nasze oczy, nasze uszy, dusze i ciała,
nasze wschody i zachody słońca
a sprzedają nam cholesterol, stres i raka odbytnicy.

Złodzieje oszukują nas i ogłupiają.
Wiedzą, że bezsilni jesteśmy w ich prawach i konstytucjach.
Kradną nam nasze żony, naszych mężów i zamieniają ich
w bezduszne, pełne antybiotyków i hormonów mięso

i chyba jedyną rzecz, którą nam zostawiają
to śmierć, podatki i dziury
w coraz droższym szwajcarskim serze.

Taki jest świat, na którym jesteśmy gośćmi.
Takie jest życie, z którego jesteśmy okradani.


Ojcze mój za wielką wodą czasu

Ojcze mój za wielką wodą czasu
Spoza której nikt jeszcze nie wrócił
Zejdź z zakurzonego zdjęcia
Podaj mi chwilę która nie boli
Światło które nie oślepia
Prawdę która nie zabija.

W tunelu nocy w którym
Czasem miga orchidea pamięci
Pokaż mi płomień rodzinnego domu
W domu nie zakorzenionym i bezdomnym.

I siłę daj mi Twoją która
Promieniowała aureolą miłości
Bym wspinać się mógł po reszcie życia z godnością
Dumny wśród gwiazd i kolumn czystego powietrza.

Autor: JANUSZ M. SZLECHTA