Wspomnienie o ks. prałacie Piotrze Żendzianie – “Dzwon dźwięczący życiem”

385

"Serce kapłana jest jak dzwon, dźwięczący życiem innych. Uderza czasem mocno, czasem leciutko, to znów radośnie i boleśnie, świątecznie albo żałobnie. I to jest jego życie. A jeżeli dzwoni sam z siebie, to po to, aby gromadzić, zwoływać, jednoczyć”.

Te słowa napisane przez pewnego poetę idealnie pasują do życia i działalności duszpasterskiej zmarłego w ubiegłym tygodniu ks. prałata Piotra Żendziana, kapłana ogromnie lubianego zarówno w polonijnym, jak i amerykańskim środowisku. Był on osobą ze wszech miar wyjątkową, z jednej strony charakteryzującą się dużym poczuciem humoru, a z drugiej wielką pobożnością, osobą potrafiącą przyciągać do siebie rzesze ludzi oraz sprawić, że wszyscy czuli się w jego towarzystwie bardzo dobrze. Łączył w sobie wiele różnych cech, miał prawdziwe powołanie do służby Bogu i ludziom, posiadał charyzmę oraz chęć do działania i pracy.

KRÓTKA BIOGRAFIA KS. PRAŁATA PIOTRA ŻENDZIANA
Ksiądz prałat Piotr Żendzian urodził się 23 lipca 1952 roku w polskiej rodzinie mieszkającej na Maspeth; jego dziadkowie pochodzili z regionu białostocko-łomżyńskiego. W wieku siedmiu lat stracił ojca, a jego wychowaniem zajęła się samotna matka. Ukończył seminarium w Douglaston, NY, oraz studia z zakresu filozofii, łaciny, greki i matematyki (w Wyższym Seminarium Duchownym Niepokalanego Poczęcia) w Huntington, NY. Święcenia kapłańskie przyjął 8 stycznia 1978 roku w parafii św. Józefa na Astorii, z kolei mszę prymicyjną odprawił 3 lutego 1979 roku w kościele św. Wojciecha na Elmhurst. W roku ubiegłym świętował 35-lecie swojego kapłaństwa. Pierwszą parafią, w której przez dwa lata sprawował swoją posługę kapłańską, był kościół św. Franciszka z Asyżu. Kolejne trzy lata spędził w parafii św. Małgorzaty na Middle Village. W latach 1982-1985 – na prośbę biskupa diecezji brooklyńskiej – był koordynatorem do spraw emigracyjnych, a w latach 1986-1987 dyrektorem Episkopatu Amerykańskiego ds. emigracyjnych. W tym czasie ukończył studia o kierunku biznesowym, co było mu bardzo pomocne w prowadzeniu i zarządzaniu kolejnymi parafiami. W latach 1987-1993 został skierowany do Waszyngtonu, gdzie był dyrektorem Episkopatu Amerykańskiego ds. emigracyjnych w USA oraz na świecie. W 1993 roku objął funkcję proboszcza kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej na Brooklynie, gdzie spędził 7 lat.
Najdłużej posługę kapłańską sprawował w parafii św. Krzyża na Maspeth, gdzie od roku 2000 do 2013 pełnił funkcję proboszcza. Dzięki wsparciu wiernych udało mu się wyremontować oba kościoły i przywrócić ich blask. Poza tym w latach 1994-2009 był przewodniczącym Polskiego Apostolatu w diecezji brooklyńskiej. W 1996 roku został przewodniczącym organizacji skupiającej księży polskiego pochodzenia w Ameryce, tzw. Agencji PAPA (Polish American Priests Association). Do 2012 roku zasiadał w zarządzie tej organizacji. Od roku 2002 jest kapelanem Kongresu Polonii Amerykańskiej, a od 2005 roku kapelanem Fundacji Uśmiech Dziecka. Kilka tygodni temu został również kapelanem Centrali Polskich Szkół Dokształcających. Poza tym pełnił również ważne funkcje w Episkopacie Polskim, gdzie od 2006 roku zasiadał w komisji ds. Polonii i Polaków za Granicą. W roku 2007, na wniosek biskupa Nicholasa DiMarzio, ordynariusza diecezji brooklyńskiej, został mianowany prałatem przez papieża Benedykta XVI. W grudniu 2013 roku został proboszczem kościoła św. Macieja na Ridgewood, funkcję tę pełnił do swojej śmierci.
Ks. prałat Piotr Żendzian zmarł nagle 23 października w swoim domu. Został pochowany 27 października w rodzinnym grobie na Saint John Cemetery na Middle Village. Za swoją pracę społeczną i duszpasterską otrzymał wiele nagród i wyróżnień. Najważniejszym z nich był Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej, którym został odznaczony w 1997 roku.

CZŁOWIEK GŁĘBOKIEJ WIARY – UROCZYSTOŚCI POGRZEBOWE
Ks. Żendzian był dla wiernych oraz całego polonijnego środowiska tym, czym dla Wawelu i mieszkańców Krakowa jest Dzwon Zygmunta – bo właśnie jego dźwięk zawsze “gromadzi, zwołuje i jednoczy”. Wspominał o tym także bp. Witold Mroziewski, który podczas kazania wygłoszonego podczas mszy żałobnej odprawionej w poniedziałek w intencji zmarłego proboszcza parafii św. Macieja na Ridgewood zacytował wspomniane na wstępie artykułu słowa.

“Dla nas wszystkich takim stawał się przez lata dzwon serca ks. prałata Piotra Żendziana. W piątek rano dzwon ten przestał bić, zaś jego dźwięk słyszymy nadal donoście i długo słyszeć będziemy” – podkreślił polski biskup. Zmarły kapłan swoim sposobem bycia, a przed wszystkim wielką wiarą i oddaniem dla Boga i parafian pokazał wielu ludziom, jakim człowiekiem trzeba być i w jaki sposób postępować, by przeżyć godnie swoje ziemskie życie.

“Nikt się nie spodziewał, że tak prędko przyjdzie nam brać udział w wypełnianiu jego testamentu” – stwierdził bp Mroziewski, dodając jednocześnie, że ks. Piotr był wzorem nie tylko dla swoich parafian, ale także całej braci duchownej.

“Zawsze był gotów pomagać, wspierać i pocieszać. Nie szczędząc czasu i sił angażował się w życie parafialnych wspólnot, którym posługiwał, i w życie całej amerykańskiej Polonii. Stawał się nam kapłanem na naszej drodze wypełniania powołania i wzorem oraz opiekunem, bratem i ojcem. Unikalne było to, że tłumaczył i nawet napominał, ale nie karcił. Tak wiele mogliśmy się od niego uczyć, gdyż całe jego życie było nam lekcją pracowitości, pokornej i oddanej służby, modlitwy i wielkiego poczucia odpowiedzialności za Kościół i bezpośrednio za każdego spotkanego człowieka”.

Bp Witold Mroziewski wspominał także o wielkiej pobożności zmarłego kapłana oraz jego “zatracaniu się w modlitwie”. Przypomniał również jego słynne powiedzenie “Alleluja i do przodu” dając wszystkim do zrozumienia, że smutek związany z jego nagłym i niespodziewanym odejściem należy zamienić na radość wspólnego spotkania po zmartwychwstaniu.

“Niech niebo stanie się twoim udziałem (…) spoczywaj w pokoju z Chrystusem, niech aniołowie zawiodą Cię do raju. Przyjmij nasze modlitwy i usłysz nasze oklaski, którymi chcemy ciebie teraz pożegnać” – w ten sposób polski biskup zakończył swoją przemowę, po czym wszyscy na stojąco długo klaskali żegnając w ten sposób jednego z najbardziej lubianych i znanych księży w środowisku polonijnym.

W podobnym tonie o ks. Piotrze Żendzianie wypowiadał się bp. Nicholas DiMarzio, który przyjaźnił się ze zmarłym kapłanem ponad 30 lat. Ordynariusz diecezji brooklyńskiej nazwał polskiego prałata “człowiekiem głębokiej wiary”. Podczas jego wspomnienia wygłoszonego w trakcie wtorkowej mszy pogrzebowej bp DiMarzio podkreślił jego zasługi dla Polonii, diecezji brooklyńskiej oraz całego Kościoła.

“Wpływ Piotra na życie naszej diecezji będzie odczuwalny przez długi czas. Dla polskiej wspólnoty ks. Żendzian był osobą, która potrafiła  znaleźć odpowiedź na skomplikowane pytania i problemy, z którymi czasami stykają się imigranci” – mówił ordynariusz brooklyński. Bp DiMarzio zaznaczył również, że polski kapłan całkowicie podporządkował swoje życie służbie Bogu, ale także ludziom, co było widoczne nie tylko przed ołtarzem, ale także w całym jego codziennym  życiu.

“Był przyjacielem wszystkich i był kochany przez wszystkich. Piotr z pewnością wiedział, jak dotrzeć do serc ludzi. Mówiąc ich językiem i używając przy tym swojego wrodzonego poczucia humoru docierał do nich oraz dawał do zrozumienia jaka jest jego apostolska misja” – wyjaśniał DiMarzio, dodając, że ks. Piotr całe swoje życie dążył do świętości. To również sprawiło, że potrafił pociągnąć za sobą tłumy wiernych. O jego wielkości oraz o szacunku, jakim darzyli go inni, świadczy fakt, że w dwudniowych uroczystościach pogrzebowych, które odbyły się 26 i 27 października, wzięły udział tysiące osób. Podczas mszy – żałobnej i pogrzebowej – pojawili  się przedstawiciele wielu polonijnych organizacji, poczty sztandarowe Ligi Morskiej, strażaków z parafii św. Franciszki de Chantale z Boro Parku, Klubu Myśliwskiego Saint Hubert Hunting and Fishing z Maspeth oraz polskich szkół dokształcających. Nie zabrakło także Rycerzy Grobu Pańskiego, harcerzy i harcerek. Byli oficerowie NYPD ze Stefanem Komarem, zastępcą komendanta 94. posterunku na Greenpoincie, oraz Markiem Wachterem, dowódcą 104. posterunku na Ridgewood na czele, a nawet Diana Reyna, wiceprezydent Brooklynu. W mszy pogrzebowej uczestniczyło siedmiu biskupów oraz ponad stu księży i diakonów.

ŚWIĘTY DNIA POWSZEDNIEGO – WSPOMNIENIA
Chyba nie ma wśród nowojorskiej Polonii osoby, która by nie znała lub przynajmniej nie słyszała o ks. prałacie Piotrze Żendzianie. Był on osobą ogromnie popularną i lubianą, nie tylko w parafiach, które jako proboszcz prowadził, czy też w środowisku polonijnym, ale także wśród Amerykanów i różnych innych nacji. Uczestniczył w wielu nabożeństwach w różnych parafiach, a także licznych polonijnych imprezach. Cechowało go niesamowite poczucie humoru, ale zarazem wielka pobożność i pracowitość, a także skromność i pokora, co podkreślają wszyscy, którzy wypowiadają się na jego temat. Wszędzie, gdzie się pojawiał, niezależnie od tego, czy była to modlitwa, luźne prywatne spotkanie, czy też zabawa połączona z tańcem – który bardzo lubił – zawsze było widać, że to co robi podporządkowane jest jego głównej misji – uwielbieniu Boga oraz dzieleniu się dobrem. Był jednym z najsympatyczniejszych i najbardziej “ludzkich” księży, będących blisko wiernych, których miałem przyjemność poznać w swoim życiu. Był kapłanem zarówno do różańca, jak i do tańca, i to w dosłownym znaczeniu tego słowa (czego dowodem są jedno ze zdjęć). Myślę, że śmiało można założyć, że gdyby kiedykolwiek próbowano znormalizować i mierzyć dobro, jakie przekazujemy innym ludziom, to ks. Piotr mógłby być jego wzorcem, a ewentualną jednostką jego skali powinien być Żendzian.

“Był dla nas jak ojciec. Ludzie lgnęli do niego, bo czuli się dobrze w jego towarzystwie. Lubił z nami przebywać, rozmawiać, cieszyć się. Dla każdego miał czas, każdego wysłuchał, pocieszał – podkreśliła Marta Jóźwiak, jedna z parafianek kościoła św. Macieja na Ridgewood. – Tak to już jest, że doceniamy kogoś, kogo nagle zabrakło i pozostała pustka. I żal, że za mało, że nie jak tak być powinno. Musimy kontynuować jego ostatnie dzieło. Kontynuować kampanię ‘Generations of Faiths’, ważną także dla naszego kościoła św. Macieja” – dodała pani Marta, która jest także wolontariuszką tej akcji przeprowadzanej wśród różnych grup etnicznych i zapoczątkowanej kilka miesięcy temu przez zmarłego proboszcza.

“Ks. Piotr Żendzian był serdecznym przyjacielem i opiekunem jednostek harcerskich przy Parafii Matki Boskiej Częstochowskiej, jak i św. Krzyża – podkreśliła z kolei Maria Bielska, harcmistrzyni ZHP. – Często gościł na naszych skromnych uroczystościach i obrzędach oraz był niezmiernie pomocny w rozwijaniu się gromad zuchowych, jak i drużyn harcerek i harcerzy w obu ośrodkach. Odwiedzał kolonię zuchową w Amerykańskiej Częstochowie i zawsze miał dla nas dobre słowo, mimo że chłopcy nieraz bardzo rozrabiali. Był wyjątkowo wyrozumiały. Miał też swoje ulubione powiedzonka. Pewnego dnia wszedł na salę parafialną po zbiórce zuchowej i zobaczył, że staram się zetrzeć złotą farbę, którą zuchy pochlapały podłogę przy malowaniu szyszek na wysprzedaż świąteczną. Powiedział wtedy: ‘Matko Boska, św. Józefie, Dzieciątko Jezus i ten mały osiołek – co tu się stało?'” – wspominała Maria Bielska dodając jednocześnie, że ks. prałat pomógł jej znaleźć terpentynę i wspólnie z nią, na kolanach, czyścił podłogę. “Takim właśnie zawsze był – uduchowionym kapłanem, ale zarazem przyjacielem  i opiekunem, który nie bał się zakasać rękawów do fizycznej pracy. Pamiętam także jak po powodzi, która zalała piwnicę, wynosił godzinami śmieci i jeszcze przepraszał, że niektóre nasze materiały trzeba było wyrzucić. To był wspaniały człowiek” – dodała harcmistrzyni.

O tym, że zmarły kapłan nie bał się żadnej pracy, świadczy wiele innych przykładów. Niejednokrotnie można go było zobaczyć, jak pomaga sprzątać po różnych imprezach, a nawet jak zamiata lub zbiera śmieci przed kościołem czy też plebanią. “Po co mam kogokolwiek o to prosić, jak sam też potrafię to zrobić” – zwykł wtedy mawiać odpowiadając na pytanie, dlaczego nie zleci komuś posprzątania tych miejsc.

“Całe swoje życie poświęcił Kościołowi, był człowiekiem bez reszty oddanym służbie Bogu i wierze katolickiej. Jego śmierć to ogromna strata dla nas, parafian z Ridgewood, a także Polonii i całego Kościoła – powiedział z kolei Andrzej Paszkowski, prezes Polskiego Komitetu Parafialnego działającego przy parafii św. Macieja, w której proboszczem był ks. prałat Piotr Żendzian. – Był tak pochłonięty sprawami Kościoła i parafii, że nie myślał o żadnym wypoczynku, nawet nie chciał korzystać z przysługującego mu urlopu. Trudno znaleźć drugiego takiego kapłana” – dodał bliski współpracownik zmarłego proboszcza.

Bardzo pięknie i ciepło o ks. Piotrze wypowiedział się jego wieloletni współpracownik i zarazem przyjaciel, ks. Ryszard Koper. Obaj kapłani znali się od 23 lat, a przez 13 lat wspólnie pracowali w parafii św. Krzyża na Maspeth.

“W ostatnich dniach wylano sporo łez, powiedziano i napisano wiele pięknych słów o śp. ks. prałacie Piotrze Żendzianie – zauważył ks. Ryszard, obecnie sprawujący posługę w parafii Matki Boskiej Częstochowskiej na Brooklynie. – To wszystko utwierdza nas w przekonaniu, że ten wielki kapłan zasłużył na najwyższą godność w Kościele, jakim jest wyniesienie na ołtarze. Nie zdziwiłbym się, gdyby pewnego dnia rozpoczęto proces beatyfikacyjny śp. ks. prałata Piotra. Ktoś może powiedzieć, że przesadzam z tym wyniesieniem, ale tak myślę, tak czuję i tak mówię. Słowa, które wypowiedziano i napisano o zmarłym, nie były w konwencji powiedzenia ‘o zmarłym mówi się dobrze albo wcale’. Prawdziwości tych słów doświadczyłem dzieląc z ks. prałatem Piotrem przez 13 lat zwykłą kapłańską codzienność, którą on swoją postawą potrafił zamienić w nadzwyczajność sięgającą nieba – wyjaśniał ks. Ryszard Koper. – Z ogromną wiarą i pobożnością stawał przy ołtarzu, aby sprawować Eucharystię, z serdecznym współczuciem i miłością pochylał się nad człowiekiem potrzebującym, zagubionym wskazywał drogę, zaskakiwał swoją pokorą i ofiarnością w służbie Bogu i bliźniemu, czuło się w nim ojca i przyjaciela. I tak można w tym ciągu wymieniać wszystkie cechy, jakie są potrzebne, aby stać się świętym. Ks. prałat Piotr przesuwał w rękach paciorki różańca, ale jak mówi polskie porzekadło – był także gotowy do tańca. Tańcząc nie zawsze dostosowywał się do rytmu polskich melodii, widocznie jednak było mu bliżej do różańca niż do tańca. Wierzę, że Bóg w swoim wielkim miłosierdziu otworzył dla niego bramy nieba, jest świętym. I jeśli kiedyś miałoby to być ogłoszone publicznie, to powinien być nazwany świętym dnia powszedniego, który doświadczał, jak każdy z nas, codziennego utrudzenia, które nieraz przygniata nas do ziemi i zasłania niebo. A on byłby wzorem, jak przez ufną wiarę, miłość, pokorę, wybaczenie, bezgraniczne poświęcenie, serdeczność, ofiarną służbę, współczucie podnosić się i sięgać nieba” – podkreślił ks. Ryszard Koper. I trudno z nim się nie zgodzić mając na uwadze chociażby tylko przytoczone w tym artykule wspomnienia i opinie kilku osób. Każdy wspominający zmarłego w piątek kapłana, używając innych słów i określeń, mówił o tym samym – o wielkiej wyjątkowości i niespotykalności postawy, jaką reprezentował swoim życiem, działaniem i wiarą. Dlatego też ks. prałata Piotra Żendziana żegnały i hołd podczas ostatniej drogi oddawały tłumy wiernych i nie tylko…

Być może to był jedynie zwykły zbieg okoliczności, a może jednak jakiś znak mający oznaczyć coś więcej? Są dwa zdarzenia, związane ze śmiercią ks. Piotra, które warto przybliżyć.

Pierwszy związany jest z jego siostrą Barbarą. Wspominał o tym ks. Daniel Rajski podczas niedzielnej mszy św. odprawionej w kościele św. Macieja na Ridgewood. W ubiegły piątek, w dniu, a być może nawet w godzinie, w której zmarł ks. Piotr Żendzian, pani Barbara odwiedziła jeden z kościołów w okolicy, w której mieszka. Poszła rano, by zapalić świeczkę, bowiem w tym samym dniu, w którym odszedł polski prałat – 23 października – przypadała kolejna rocznica śmierci ich mamy Olgi. Zapalając symboliczny znicz w kościele przez przypadek zaświeciły się jej dwie świeczki. Nieco później dowiedziała się o śmierci swojego brata.

Drugi bardzo wymowny znak miał miejsce w poniedziałek w późnych godzinach popołudniowych. W chwili gdy w kościele odbywało się nabożeństwo żałobne oraz czuwanie przy trumnie z ciałem zmarłego proboszcza parafii św. Macieja na Ridgewood, można było zauważyć trzy duże klucze białych ptaków długo kołujących nad świątynią (widziałem to, podobnie jak moja żona i córka, która zresztą pierwsza zwróciła uwagę na fruwające ptaki). Czy to były gołębie, czy mewy, czy może jakieś inne ptaki? Trudno odpowiedzieć, podobnie jak niełatwo jest stwierdzić, czy był to tylko przypadek, czy może przyroda oddawała swój hołd zmarłemu kapłanowi, czy też może był to jeszcze jakiś inny znak…

Autor: WOJTEK MAŚLANKA