WYBRAŁAM AMERYKĘ. Mezzosopranistka woli śpiewać w spodniach

104

“Gdy pierwszy raz przyjechałam do Nowego Jorku mieszkałyśmy z mamą przez pierwszych kilka dni w suterenie na Ridgewood” – opowiada Marta Wryk, polska mezzosopranistka, związana obecnie z Virginia Opera.

“Koleżanka, która studiowała historię sztuki, wzięła nas na ekskluzywne przyjęcie do znajomego kuratora w pięknym apartamencie. Pamiętam jak myślałam wracając do naszej sutereny, że Ameryka to kraj wielkich kontrastów – raz jesteś na górze, raz na dole i wszystko się bardzo szybko zmienia. Podoba mi się to, bo nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć – dodaje.

Od skowronka do księcia Orłowskiego
Marta śpiewa od dziecka. Jako 11-latka dołączyła do do dziewczęcego chóru “Skowronki”, z którym przez lata koncertowała, jeździła na konkursy, gdzie doskonaliła swój głos. Dyrygentka chóru szybko odkryła, że Marta ma talent i powinna śpiewać solo. Jej głos jest mezzosopranem, a właściwie czymś pomiędzy sopranem a mezzosopranem.

“Głos to żywy instrument, część ciała, rośnie razem z człowiekiem – mówi Marta. – Łatwo go zepsuć, wybierając nieodpowiedni repertuar”.

Sama woli śpiewać partie dla mezzosopranu, bo na świecie jest mniej śpiewaczek obdarzonych tym głosem, niż sopranistek. Mezzosopranistki mogą też śpiewać partie “spodniowe” napisane dla mężczyzn – kontrtenorów lub dawniej kastratów. Właśnie takie role należą do ulubionych ról Marty.

“Moją pierwszą ważną rolą był książę Orłowski w ‘Zemście Nietoperza’ – miałam męski strój, charakteryzację – opowiada śpiewaczka. – To moja szczęśliwa rola, od niej wszystko się zaczęło”.

Marta lubi role męskie, szczególnie te w języku niemieckim, który jest jej ulubionym językiem do śpiewania (zna też angielski, francuski i włoski ), bo uważa je za ciekawsze i mniej melodramatyczne niż role kobiece, w których trzeba płakać i omdlewać. Choć na romantyzm też nie pozostaje obojętna. Jej wymarzoną rolą jest Oktawian z “Kawalera Srebrnej Róży” Ryszarda Straussa.

“To piękna i mądra opera, opowiadająca o romansie młodego chłopca i starszej kobiety – mówi. Jest w niej miłość, czułość, zmienność uczuć. Chyba jest we mnie trochę romantyczki” – uśmiecha się Marta.

Po naukę za ocean
Do Nowego Jorku Polka przyjechała w 2007 roku. W Warszawie studiowała śpiew operowy na Uniwersytecie Muzycznym, ale czuła, że czegoś jej brakuje, że chciałaby zrobić i nauczyć się jeszcze więcej. Na konkursie moniuszkowskim poznała amerykańskiego profesora Charlesa Kellisa, u którego wzięła kilka lekcji śpiewu. Dzięki jego namowom postanowiła rozpocząć studia w Nowym Jorku, który obok Niemiec i Londynu uważa za światową stolicę opery. Zdała egzamin wstępny do Manhattan School of Music i dzięki pomocy finansowej Fundacji Leszka Czarneckiego rozpoczęła tam naukę.

“Szkoła przerosła moje oczekiwania i najśmielsze marzenia – wyznaje Marta. – Oprócz zajęć ze śpiewu czy dykcji uczyliśmy się jak zachowywać się na scenie, jak radzić sobie ze stresem, jak dobierać repertuar do naszych możliwości. Bardzo wiele się nauczyłam, to był wspaniały czas”.

Obecnie w sezonie 2011/2012 śpiewaczka pracuje na kontrakcie w Virginia Opera w Norfolk i wkrótce zadebiutuje tam rolą w “Orphee” Philipa Glassa. Wcześniej przez sześć tygodni pracowała jako cover, czyli zastępca dla śpiewaków występujących w przedstawieniu.

“To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, bo dotychczas, w szkole śpiewałam główne role – mówi Marta. – Tutaj przypatrywałam się próbom, uczyłam się roli, robiłam notatki. Okazało się, że to też trudne zadanie i jednocześnie wiedza, i doświadczenie, które na pewno mi się przyda w przyszłości”.

Pęknięte spodnie Mirtillo
Próby do przedstawienia, ubieranie się w kostium, charakteryzacja i sam występ to dla śpiewaczki święto, przeniesienie się w inną rzeczywistość i wielka radość. Ale jak się okazuje, śpiewając trudne arie i wkładając serce w interpretację postaci, czasem nie do końca można zapomnieć o realnym świecie. Marta przekonała się o tym podczas spektaklu Handla “Il Pastor Fido”, gdzie śpiewała główną rolę, pasterza Mirtillo.

“Miałam przyklęknąć, a potem wstać, odwrócić się do widowni tyłem i wybiec – wspomina Marta. – Jak klękałam to pękły mi spodnie. Cały czas śpiewałam i odgrywałam swoją rolę, jednocześnie gorączkowo myśląc jak zejść ze sceny, nie pokazując pękniętych spodni. W końcu wycofałam się rakiem. Nikt niczego nie zauważył” – śmieje się.

Śpiewaczka musi ćwiczyć co najmniej dwie godziny dziennie. Dlatego ważne dla niej jest gdzie mieszka, bo sąsiedzi bywają różni. W Polsce zdarzało się, że rozzłoszczeni pukali w ścianę, bo przeszkadzał im jej śpiew.

“A w Nowym Jorku jeden z sąsiadów powiedział mi nawet, że lubi położyć się na kanapie i słuchać jak ćwiczę – śmieje się Marta.–Ludzie tutaj są bardzo przyjaźnie nastawieni. Jak powiem komuś, że jestem śpiewaczką operową to od razu wypytują mnie o wszystko i są bardzo podekscytowani. To miłe”.

Śpiewać w najlepszych operach!
Przygotowania do roli to nie tylko nauka tekstu i śpiew. Za każdym razem Marta czyta o swojej postaci, o czasach w których dzieje się opowieść, o zwyczajach, o tym, jak ludzie wtedy żyli, co myśleli, jak się zachowywali. Gdy chodzi do opery prywatnie, na spektakl, stara się być zwykłym widzem i nie analizować tego, jak śpiewają wykonawcy. Ale zwraca uwagę na to, co się dzieje wokół sceny.

“W szkole pracowałam jako house manager, czyli osoba zarządzająca sceną, widownią, pilnująca świateł i wszystkich technicznych ustawień podczas koncertów – mówi Marta.– Taka praca też mnie interesuje. Choć oczywiście celem numer jeden jest śpiewanie. Chciałabym występować w najlepszych operach w Europie i Ameryce. I nie musieć chodzić na przesłuchania! A to przywilej tylko najlepszych, jednego procenta śpiewaków. No cóż, zobaczymy za 10 lat – uśmiecha się Marta. n

Autor: KATARZYNA SZCZEŚNIAK