Wybrałem Amerykę. Spełnione muzyczne marzenia Michała Hochmana

0
26

Michał Hochman pochodzi z Lublina. Od dziecka był muzykalny i lubił śpiewać. Pamięta, że pierwsze pieniądze zarobił jako kilkulatek puszczając płyty na patefonie podczas zabawy tanecznej organizowanej przez zakład pracy ojca.
„W dodatku mi za to zapłacono! Musiałem pokwitować odbiór pieniędzy, a że nie umiałem jeszcze pisać, to narysowałem trzy krzyżyki” – śmieje się dziś artysta.
Gdy był nastolatkiem, jego idolami byli Paul Anka, Elvis Presley, Bobby Darin, Bill Haley i Neil Sedaka, których piosenki śpiewał z zapisów fonetycznych, bo nie znał angielskiego. Z „Dianą” Paula Anki wygrał nawet młodzieżowy ogólnopolski konkurs piosenki.
„Tak perfekcyjnie to wyćwiczyłem, że gdy potem puszczali moje nagranie z taśmy, to sam nie wiedziałem czy to ja śpiewam, czy Paul Anka” – wspomina.
Jako szesnastolatek został wokalistą zespołu jazzowego przy domu kultury w Lublinie i brał udział w wielu konkursach dla młodych wykonawców. Na jednym z koncertów w Sali Kongresowej w Warszawie tak zaśpiewał „Itsy bitsy teenie weenie yellow polka dot bikini”, że widownia tupiąc (taki wtedy był zwyczaj) domagała się bisów. Tuż przed rozpoczęciem studiów geograficznych Michał pojechał na studencki obóz muzyczny. Poznał tam m.in. Zdzisławę Sośnicką, Teresę Tutinas, Urszulę Sipińską i członków kabaretu Cyrulik. To właśnie spotkanie z tymi ostatnimi spowodowało, że Michał Hochman przeszedł do historii polskiej muzyki rozrywkowej.
„Jacek Dybek i Franciszek Serwatka napisali piosenkę 'Konik na biegunach' i zaproponowali, żebym to ja ją zaśpiewał. Zaśpiewałem i zaczęło się – opowiada Hochman. – Występowałem w radiowych giełdach piosenki w Warszawie, festiwalu w Opolu, w radiowej Trójce. Dostawałem tysiące listów od fanów. Do tej pory przechowuję niektóre z nich” – dodaje.
W 1968 roku pojawiła się szansa nagrania płyty z zespołem Kawalerowie. Piosenki były przygotowane, studio zamówione, ale jeden z muzyków nie przyszedł na nagranie i rezerwacja studia przepadła. Następną udało się załatwić dopiero za kilka miesięcy, ale Michała nie było już wtedy w Polsce.
„To był rok 1968, mój ojciec, który prowadził sklep z częściami motocyklowo-samochodowymi, z powodu swojego żydowskiego pochodzenia nie dostał przedłużenia koncesji. Musiał wyjechać z Polski – wspomina Hochman. – Pamiętam, że przyszedł na mój koncert w Kazimierzu nad Wisłą i powiedział, że złożył wniosek o wyjazd do Izraela. Ja nie chciałem jechać, chciałem śpiewać, robić karierę, ale jednak przekonali mnie i pojechałem”.

Wyjechali całą rodziną. Najpierw do Wiednia, a potem do Nowego Jorku.
„Do USA przyjechałem dokładnie w dzień moich 25. urodzin, 4 marca 1969 roku. Symbolicznie rozpocząłem nowe życie” – wspomina dziś Michał.
Dla młodego człowieka, u progu kariery muzycznej w Polsce, wyjazd do Stanów był szokiem. Przez pierwsze kilka lat nie mógł się odnaleźć w nowej rzeczywistości, nie wiedział, co ze sobą zrobić, czym się zająć. Na początek postanowił podszkolić angielski. Jego pierwszą pracą było pakowanie paczek, jednak niewiele wyszło z nauki języka, bo pracował z Latynosami, którzy między sobą rozmawiali tylko po hiszpańsku. O wiele lepiej zapowiadało się następne zajęcie, które udało mu się zdobyć w Metropolitan Museum of Art przy 5 Alei.
„Wprowadzano wtedy system komputerowy i moim zadaniem było wpisywanie danych członków muzeum do bazy danych” – opowiada Michał. – Wciągnąłem wtedy do pracy kilkoro moich polskich znajomych, więc i tutaj nie było jak nauczyć się tego angielskiego, bo ciągle rozmawialiśmy po polsku” – śmieje się artysta.
Michał cały czas nie chciał porzucić marzeń o śpiewaniu. Podczas obchodów stulecia muzeum w dziale wschodniej Europy zaśpiewał m.in. rosyjskie czastuszki w stylu Beatlesów, zorganizował też swój koncert w Domu Żołnierza przy Irving Place i wystąpił w Fundacji Kościuszkowskiej.
„W końcu stwierdziłem, że ludzie nie chcą słuchać moich studenckich piosenek, że stara przedwojenna imigracja ich nie rozumie, a po angielsku śpiewać nie chciałem, bo wiedziałem, że nigdy nie będę tak dobry, jak rodowici Amerykanie – mówi Hochman. – Wtedy porzuciłem śpiewanie i poszedłem na studia, na ochronę środowiska na University of Pennsylvania”.

Jeszcze na studiach dostał pracę w departamencie ochrony środowiska stanu New Jersey. Spędził tam 29 lat. Zajmował się planowaniem, ochroną wybrzeża, wydawaniem pozwoleń. Większość pozwoleń na budowę kasyn w Atlantic City przeszła przez jego biuro.
Jednak młodzieńcza miłość do muzyki nie dała o sobie zapomnieć. W 1986 roku koledzy z Lublina zorganizowali mu koncert pt. „Powrót do domu”.
„To był genialny koncert, publiczność była wspaniała – cieszy się Michał. – Poczułem się znowu na swoim miejscu. Wróciłem do śpiewania”.
W latach 90. udało mu się spełnić dawne marzenie, czyli nagrać płytę. W 1997 roku ukazała się płyta „The best of Michał Hochman”. Piosenkarz grał koncerty w Polsce, występował w muzycznych programach telewizyjnych, był bohaterem filmu dokumentalnego pt. „Wspomnienia konika na biegunach”. Potem nagrał kolejną płytę „To była miłość”, na której śpiewał m.in. polskie wersje anglojęzycznych przebojów Erica Claptona, Jima Croce, jak również swoje własne kompozycje. Występował też na koncertach dla amerykańskiej i kanadyjskiej Polonii, wraz z Budką Suflera.

„Ostatnio odezwało się moje DNA i zacząłem interesować się przedwojennymi piosenkami żydowskimi, po polsku i w jidysz – mówi Hochman. – Wystąpiłem z nimi na Festiwalu Bruno Schulza w Drohobyczu, w Synagodze pod Bocianem we Wrocławiu i na Festiwalu Singera w Warszawie. Zainteresowanie publiczności taką muzyką jest coraz większe. Także wśród młodych, co mnie cieszy”.
Hochman planuje wiosną nagrać płytę z żydowskimi piosenkami i cykl koncertów w Polsce. W maju ma wystąpić na polskiej imprezie na nowojorskim Williamsburgu. Być może latem pojawi się na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Ostatnio zaczął zastanawiać się nawet czy nie kupić mieszkania w Polsce, bo coraz więcej czasu tam spędza.
„Być może to zrobię, ale raczej nie przeniosę się na stałe – mówi wokalista. – Po tylu latach czuję, że to w Nowym Jorku jestem u siebie, tu są groby moich rodziców, tu jest mój dom”.

Autor: Katarzyna Szcześniak