Z Kiwerc przez Berlin do Nowego Jorku (1)

182
Tadeusz Kocaj przy stoliku w swoim mieszkaniu ZDJĘCIA: JANUSZ M. SZLECHTA/NOWY DZIENNIK

Tadeusz Kocaj niedługo będzie obchodził 100. urodziny. Był żołnierzem Samodzielnego Batalionu Łączności w 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Ze swoją jednostką przeszedł długi szlak bojowy z Kiwerc aż do Berlina. Opowiedział nam (oczywiście w wielkim skrócie) o żołnierskiej drodze w czasie II wojny światowej i o życiu w Stanach Zjednoczonych.

Urodziłem się na kresach, na Podolu, w wiosce Berezowica Mała, powiat Zbaraż, województwo tarnopolskie. Berezowica Mała położona była 18 kilometrów od Zbaraża, a 26 kilometrów od Tarnopola. Wieś była bardzo duża, liczyła ponad 250 domów. Polacy stanowili 75 procent mieszkańców, a 25 procent Ukraińcy. Żyło nam się spokojnie i dobrze, nikt nikomu niczego złego nie zrobił.

We wsi była 4-letnia szkoła, bardzo blisko mojego domu. Przeszedłem ulicę i już byłem w szkole. Jeśli któryś uczeń był zdolny i chciał się dalej uczyć, to mógł zaliczyć jeszcze piątą klasę. Nieco dalej za szkołą był kościół.

W naszej wiosce był Związek Strzelecki, do którego należało 28 strzelców i grupa 18 małych, początkujących strzelców, do której i ja należałem.

Kiedy 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę, nikt nie przypuszczał, że będzie to tak okrutna wojna. 17 września przyszło „wyzwolenie“ ze wschodu. Cały handel był w żydowskich rękach, tylko w Zbarażu był jeden katolicki sklep. Kiedy sowiecki wkroczyli do naszej wioski, sklepy gwałtownie opustoszały, bo wszystko zabrali i powywozili.

Jak poznałem moją żonę Adelę?

Niedaleko szkoły był folwark moich przyszłych teściów Anny i Wawrzyńca Kwaśnickich. Wcześniej mieszkali we wsi Gontoła, odległej od mojej o 3 kilometry. W czasie I wojny światowej wieś ta została bardzo zniszczona, bo front tamtędy przechodził. W 1935 roku Wawrzyniec Kwaśnicki, ojciec mojej przyszłej żony, przyjechał z Ameryki i zbudował tam dom i oborę, kupił 5 morgów pola. Przywiózł patefon, więc słuchali w domu muzyki. Z tego poewodu przychodziło do nich dużo gości. Adela była bardzo ładna i miała wielu kolegów.

W marcu 1936 roku jej ojciec znowu pojechał do Ameryki, aby zarobić trochę dolarów. Rodzina, aby radzić sobie z gospodarką, najmowała do roboty parobka. Czasami mnie wołali, abym wziął konia i poszedł na przykład zaorać pole. Ja od małego lubiłem konie i wiedzieli, że sobie poradzę.

W 1937 roku dziadkowie Adeli zaczęli budować w Berezowicy Małej, niedaleko szkoły, stajnię i dom, a ja pracowałem przy ich budowie. W maju 1939 roku pół domu już stało. Niedaleko domu była rzeka, więc ta dziewczynka szła z wiadrem, aby przynieść trochę wody. Czasami biegłem, aby jej pomóc nabrać i przynieść wodę.

Kiedyś jej babcia powiedziała: „Wiesz Adelko, ten chłopak to jest dla ciebie. Popatrz, jaki on jest sprytny i pracowity“. No i tak powolutku zbliżyliśmy się do siebie. Chodziliśmy ze sobą prawie rok. Kiedy pobraliśmy się, ja miałem 19, a Adela 16 lat. Ślub wzięliśmy w 1940 roku, kiedy już rządzili sowieci.

Wiosną 1940 roku zaczęli wywozić ludzi na Syberię

Z naszej wioski sowieci wywieźli tylko jedną rodzinę – ukraińską, liczącą 6 osób. Ludzie na wszelki wypadek piekli chleb, potem go suszyli, wkładali do worków, aby mieć zapas jedzenia.

W czerwcu 1941 roku Niemcy uderzyli na Związek  Radziecki. Kiedy pojawili się w naszej wsi, oddali władzę Ukraińcom. Już w lipcu agresorzy stworzyli listę rodzin do wywózki i na tej liście znalazła się również nasza rodzina. Moja rodzina liczyła 5 osób: ojciec, matka, brat, siostra i ja. Kiedy siostra miała 6 lat, przebiegała przez ulicę i zabił ją niemiecki samochód.

W pewnym momencie pojawiły się informacje o tym, że Polacy są mordowani na Wołyniu. Na wszelki wypadek mieszkańcy wsi organizowali warty, które – zwłaszcza w nocy – pilnowały, aby nikt na wieś nie napadł i nikomu nie zrobił krzywdy. Ukraiński wójt wsi przychodził do polskich domów i mówił: „A dlaczego wy organizujecie te warty? Jak trzeba to ja wam wartę postawię!“

Przyszła zima. Kiedy armia sowiecka zaczęła zbliżać się ze wschodu, Niemcy zaczęli budować we wsi bunkry. Na furmankach wywozili młodych chłopaków do lasu, aby ścinali sosny i przywozili  je potem właśnie na budowę tych bunkrów. Ja też musiałem jeździć do lasu.

Sowieci w nocy napadli najpierw na kolonię, która była półtora kilometra od nas. Bez litości mordowali ludzi. Znajomy przywiózł dzień wcześniej z porodówki w Tarnopolu żonę i malutkie dziecko. Sowieci wpadli do jego domu, zabili mu żonę, dopiero co narodzone dziecko i 5-letniego syna. On jakimś cudem uciekł. Biegł na bosaka przez naszą wioskę i krzyczał, że sowieci mordują.

Ludzie zaczęli uciekać z domów. Moja rodzina schowała się w oborze. Naszymi sąsiadami byli Ukraińcy i oni też schowali się w swojej murowanej oborze. W pewnym momencie sowieci wdarli się do naszej wioski i też zaczęli mordować. Zamordowali dziadka mojej żony i część jego rodziny, która ukryła się w oborze. Zaczęły płonąć domy. Nasz dom pokryty słomą, stodoła i stajnia spłonęły, ocalała tylko komora. Kiedy zaczęło świtać, sowieci odjechali. Słyszeliśmy, jak ktoś grał na harmoszce.

Rosjanie zamordowali w naszej wiosce 131 osób i spalili sporo domów. Ze strony rodziny mojej żony zginął dziadek, stryj i stryjenka, ciocia i dwoje dzieci. Nie było wtedy trumien, więc ludzi się chowało tak, jak na to pozwalały warunki. Było ciężo, bo ziemia była zamarznięta.

Postanowiliśmy pojechać do Tarnopola, żeby znaleźć jakąś kwaterę, bo nie mieliśmy gdzie się podziać. Poza tym baliśmy się, że sowieci wrócą do naszej wioski. Mój kuzyn mieszkał w tej samej wiosce i kiedy nas zobaczył jadących furmanką, powiedział: „Tadziu, nie wyjeżdżajcie nigdzie, bo Niemcy uciekają i jak was gdzieś złapią na drodze, to już nigdzie nie dojedziecie“. No i nie pojechaliśmy.

Tadeusz Kocaj i jego przyjaciel Antoni Kuczyński

Tak trafiłem do polskiej armii

W nocy pojawili się rosyjscy partyzanci. Potem zaczęli napływać rosyjscy żołnierze. Było ich coraz więcej. Zakwaterowali się we wszystkich dostępnych domach.

12 kilometrów od naszej wioski było miasteczko Zaośce i rzeka Seret. Na tej rzece Niemcy się zatrzymali i bronili się przed Rosjanami. Trwało to dosyć długo.

Trzy dni po tym, jak w naszej wiosce pojawili się żołnierze sowieccy, przyszło rosyjskie rozporządzenie, że mężczyźni w wieku od 18 do 52 lat mają się udać do Zbaraża. Była zima roku 1943. Całą grupą poszliśmy piechotą. W Zbarażu musieliśmy się udać do punktu rejestracyjnego, gdzie wszystkich po kolei rejestrowali. Trzeba było podać wszystkie swoje dane. Potem, po torach kolejowych, poszliśmy do Jampola, rosyjskiej stacji kolejowej. Tam nas załadowali do pociągu i wywieźli. 20 wagonów zapełnili młodzi mężczyzni. Nikt nie wiedział dokąd jedziemy. Do jedzenia dawali nam marną kaszę, którą trzymaliśmy w kociołkach. Kiedy pociąg się zatrzymywał, wyskakiwaliśmy i rozpalaliśmy ogniska, żeby tę kaszę podgrzać. Jechaliśmy przez Kijów do Charkowa. Na stacji w Charkowie zobaczyliśmy polskich żołnierzy. Potem zawieźli nas do Sum. Wysadzili nas z pociągu i poprowadzili do koszar. Były okropne, pewnie zbudowane jeszcze za cara. Koczowaliśmy tam trzy tygodnie. Dostaliśmy już lepsze jedzenie. I nagle usłyszeliśmy, jak ktoś śpiewa „Marsz, marsz Polonia, nasz dzielny narodzie“. To byli polscy żołnierze.

Tuż przed 3 maja zaprowadzili nas do lasu. Były tam ogromne magazyny. Musieliśmy oddać nasze ciuchy. Każdy dostał dwie pary bielizny, ręcznik, kawałek mydła, czerwone trzewiki i polski mundur. Orzełki były bez korony. Niedaleko były całkiem fajne ziemianki, w których zamieszkaliśmy. Musieliśmy posprzątać teren obok tych ziemianek. Potem wywiesiliśmy polską flagę i dostaliśmy po sto gramów wódki, no bo przed nami było święto 3 Maja.

W ziemiankach w Sumach byliśmy jeszcze ze dwa tygodnie. Potem musieliśmy się udać na stację kolejową, skąd zawieźli nas pociągiem do Kiwerc koło Łucka. Tam nas rodzielili do poszczególnych jednostek: łączności, saperów, zwiadu, a pozostałych do piechoty. Ja trafiłem do oddziału łączności. Dostałem książkę, w której były zdjęcia i opisy wszystkich samolotów niemieckich. Musiałem się tego nauczyć. Uczyli nas też rozpoznawiania samolotów po huku silnika. Tak więc po huku wiedziałem, czy to jest Messerschmitt, Heinkel czy inny samolot. Potem, już na froncie, kiedy pojawiały się na niebie niemieckie samoloty, w dowództwie sprawadzali mnie, czy ja faktycznie je rozpoznaję.

Widziałem, jak umiera Warszawa

Z Kiwerc wyruszyliśmy do Kowla, a potem przez rzekę Bug dotarliśmy do Chełma. Był 22 lipca 1944 roku. Widziałem tam plakaty i dostaliśmy też informacje o utworzeniu – podobno – tymczasowego polskiego rządu. Nazywał się Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Nasz pluton dostał kilka koni i już nie musieliśmy pieszo roznosić meldunków. W tym czasie też powstała Brygada Kawalerii Polskiej.

Kiedy wyszliśmy z Chełma, dotarliśmy do wsi Bezek. Wioska była biedna, zniszczona. Byliśmy tam dwa dni. Potem ruszyliśmy dalej w kierunku Lublina. Po drodze widzieliśmy padnięte konie. To był chyba efekt walk partyzantów. Niemcy uciekali, a my szliśmy za nimi. Kiedy nasze jednostki dotarły do Garwolina, w pewnym momencie musieliśmy się cofnąć, bo Niemcy nas zaatakowali.

Tadeusz Kocaj ze swoim zdjęciem w mundurze żołnierza 1. Dywizji Piechoty
im. Tadeusza Kościuszki

Tam dotarła do nas wiadomość, że 1 sierpnia ma się rozpocząć powstanie w Warszawie.

A nasze wojska parły na zachód. Przeszliśmy miejscowości Wesoła, potem Radość i 13 sierpnia dotarliśmy w pobliże Pragi, a więc na przedmieścia Warszawy. Musieliśmy się tam okopać, a Rosjanie postawili cztery katiusze. 15 sierpnia zajęliśmy Pragę. Ludzie byli zdziwieni, skąd się wzięło polskie wojsko.

Po zajęciu Pragi zaczęły być przygotowywane pontony, bo mieliśmy się przeprawić przez Wisłę, a więc tam, gdzie walczyli powstańcy. Nieoczekiwanie nasze miejsca zajęła Brygada Kawalerii, a nas, żołnierzy 1. Dywizji Tadeusza Kościuszki, wysłano na odpoczynek do Rembertowa. Stamtąd widzieliśmy, jak Niemcy bombardują Warszawę i miasto płonie. I nic nie mogliśmy zrobić. Płakaliśmy, kiedy dowiedzieliśmy się, że powstanie upadło, a Warszawa jest kompletnie zniszczona.

15 stycznia był okropny mróz. Tego dnia kazali nam maszerować do miasta Góra Kalwaria. Szliśmy przez zamarzniętą Wisłę, a konie ciągnęły cały nasz tabor. Dzień później dotarliśmy na Okęcie. 17 stycznia nasze wojska wkroczyły do zupełnie zrujnowanej Warszawy. Po krótkich walkach Niemcy się wycofali i Warszawa została oswobodzona.

Ja byłem w oddziale łączności i zajmowałem się przekazywaniem meldunków, w bezpośrednich walkach nie uczestniczyłem. Oczywiście, że były rozmaite zagrożenia, ale Pan Bóg jakoś mnie ochraniał. Dowódcą Samodzielnej Kompanii Łączności był Polak z Rosji kapitan Malinowski. To był naprawdę wspaniały dowódca, świetnie śpiewał po polsku. Niestety, po pewnym czasie przenieśli go na inne stanowisko.

5 maja byłem w Berlinie

Nasza dywizja ruszyła na Bydgoszcz. Potem były ciężkie walki o Wał Pomorski, bo Niemcy mieli tam dużo bunkrów i byli dobrze zabezpieczni. Kiedy udało się ich pokonać i wycofali się, ruszyliśmy na zachód. Dotarliśmy do Frankurtu nad Odrą. Stamtąd już ruszyliśmy na Berlin. Wraz z moim oddziałem, do Berlina dotarłem 5 maja 1945 rou. W oknach wisiały białe prześcieradła, co miało oznaczać, że miasto się poddało. Nasi dowódcy pokazali nam bunkier, w którym miał popełnić samobójstwo Hitler.

Po kilku dniach część naszych oddziałów zostało wycofanych z Berlina, a inne ruszyły wraz z wojskami rosyjskimi w kierunku Łaby. Tam nastąpiło spotkanie z wojskami amerykańskimi. 8 maja 1945 roku wojna się skończyła. Kilka dni staliśmy na terenie niemieckich wiosek, a potem załadowano nas do pociągów i przez Poznań dotarliśmy aż do Siedlec. I Pułk (nazwano go Berliński) zakwaterowano właśnie w Siedlcach, II Pułk w Białej Podlaskiej, a III Pułk w Białymstoku.

Tadeusz Kocaj w mundurze żołnierza 1 Dywizji Kościuszkowskiej, rok 1946

Pewnych wydarzeń i ludzi nie możma zapomnieć. Z mojej wioski Berezy Małej trzech kolegów służyło w piechocie, a czwarty w artylerii – i wszyscy zginęli! Zabili ich Niemcy. Pamiętam Piotra, który zginął na terenie Niemiec, już blisko końca wojny. Podczas kontrataku Niemców zginął pod drzewem. Ja miałem szczęściem, że przeżyłem. Raz zdarzyło się, że nasi żołnierze, goniąc Niemców, wbili się klinem trochę za daleko i znaleźliśmy się w okrążeniu. Na szczęście udało się nam stamtąd wyrwać. Drugi raz, kiedy Niemcy nas okrążyli, uratowały nas wojska rosyjskie. Rosjanie ściągnęli samoloty, które zaczęły Niemców bombardować i to nas uratowało.

Koniec części pierwszej