Z Kiwerc przez Berlin do Nowego Jorku (część II)

135
Tadeusz Kocaj, Marszałek Honorowy Manhattanu 2021 z Wielką Marszałek Parady Pułaskiego 2020-2021 Jadwigą Kopalą FOTO: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Tadeusz Kocaj niedługo będzie obchodził 100. urodziny. Był żołnierzem Samodzielnego Batalionu Łączności w 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Ze swoją jednostką przeszedł długi szlak bojowy z Kiwerc aż do Berlina. Opowiedział nam (oczywiście w wielkim skrócie) o żołnierskiej drodze w czasie II wojny światowej i o życiu w Stanach Zjednoczonych...

Wreszcie spotkałem się z żoną i synkiem

Adela dojechała do Siedlec, czyli tam, gdzie byliśmy zakwaterowani. To było krótkie spotkanie, ale byłem szczęśliwy, że wreszcie ją zobaczyłem. Nie widzieliśmy się prawie dwa lata. Następnego dnia żona wyjechała do Helenowa, a mnie wysłali z meldunkiem do II Pułku w Białej Podlaskiej.

Zaraz po tym, jak Armia Czerwona przegoniła Niemców, Rosjanie zaczęli wywozić Polaków z ziem wschodnich za Bug. Żona, wraz z małym naszym synkiem Krzysztofem i swoją mamą, zostali przewiezieni do wioski Helenowo, niedaleko Chełma. Zamieszkali w zaniedbanym, zimnym mieszkaniu. W  okolicznych wioskach było dużo osadników przywiezionych z Wołynia. Z tego co mi żona mówiła, bieda była okropna. Ludzie często nie mieli co jeść.

Na początku lipca dostałem pięć dni urlopu, więc chciałem spędzić ten czas z rodziną. Pojechałem pociągiem do Rejowca. Dalej musiałem już iść. Ruszyłem piechotą do Bezek. Facet jechał furmanką i podwiózł mnie. Do Helenowa już miałem niedaleko. Kiedy dotarłem, jakieś półtora kilometra, uściskałem się z żoną. Przeżyliśmy wojnę – to było najważniejsze! W domu z rodziną spędziłem 5 dni. Potem wróciłem do jednostki.

W listopadzie nasza jednostka została przeniesiona do Cytadeli w Warszawie. Tam nastąpiła demobilizacja starszych roczników. Mój rocznik też podlegał pod demobilizację. Wtedy pojawiły się jednak jakieś napięcia między Rosją a Stanami Zjednoczonymi, no i wielu żołnierzy, także i mnie, nie zwolniono do cywila, musieliśmy zostać w jednostkach. 

Zostałem mianowany szefem składnicy meldunkowej na Cytadeli. W listopadzie 1946 roku kolega mi doradził, abym napisał podanie o zwolnienie z wojska. Napisałem to podanie i kilka tygodni później zostałem cywilem. Przyjechałem do rodziny tuż przed Bożym Narodzeniem.

Nareszcie byliśmy razem. Żyliśmy jednak w okropnej biedzie.

Klacz z Kanady

Teść, który był cały czas w Stanach Zjednoczonych, mieszkał w Nowym Jorku na 8 Ulicy. Kupił w Kanadzie klacz. Zapłacił za nią 100 dolarów. W styczniu, na nazwisko żony, przyszło zawiadomienie z Gdyni, że klacz już jest w porcie. Musiałem iść do gminy po upoważnienie, abym mógł pojechać do Gdyni, zamiast żony, i odebrać tę klacz. Była wtedy ostra zima. Okręt stał jakieś sto metrów od nabrzeża, bo ze względu na lód nie mógł dopłynąć do portu. Koni było na tym statku bardzo dużo. Odebralem naszą klacz i dostałem trochę siana, abym miał ją czym karmić. Była bardzo spokojna, więc bez problemów wyprowadzili ją ze statku. Ja poprowadziłem ją do pociągu. Wprowadziłem ją do wagonu wraz ze starszym mężczyzną, który miał dwa swoje konie.

Jazda zajęła nam tydzień. Przyjechaliśmy do Warszawy i tam odczepili parowóz. Po dwóch dniach doczepili drugi parowóz i ruszyliśmy do Rejowca. Stamtąd już szedłem z klaczą piechotą 12 kilometrów. Bałem się czy dam radę, ale była spokojna i dotarliśmy do domu w Helenowie bez problemów. Zaprowadziłem ją na podwórze i ona zarżała, bo tam była studnia i poczuła wodę. Wypiła całe wiadro wody.

Mieliśmy 2,5 hektara łąki i 3 hektary ziemi ornej. Po tej łące klacz sobie biegała i mogła jeść ile chciała. Dzięki niej mogliśmy uprawiać tę ziemię. Mieszkaliśmy tam od 1946 do 1960 roku.

Pożegnanie z Polską

Teść Wawrzyniec Kwaśnicki nas zaprosił w 1958 roku do Ameryki. Przyszło zawiadomienie z amerykańskiej ambasady. Nauczyliśmy pisać teściową Annę Kwaśnicką (z domu Dobrowolska), żeby się mogła podpisać, bo tych dokumentów do wypełnienia było sporo. No i teściowa pojechała do męża. Moja żona też mogła jechać, ale bez męża i syna. No to powiedziałem wtedy, że samej żony nie puszczę do Ameryki. Jakiś czas później przyszła wiadomość z Ambasady USA, że cała nasza rodzina może wyjechać z Polski. Musiałem zadbać o wyrobienie paszportów i wszystko co było w domu posprzedawać, również konie. To trochę trwało. Dom i całą gospodarkę zostawiliśmy dla rodziny. 16 października 1960 roku pojechaliśmy do Warszawy. Z Warszawy polecieliśmy do Brukseli w Belgii, a tam wsiedliśmy do samolotu do Nowego Jorku.

Na archiwalnym zdjęciu Tadeusz Kocaj (z prawej), żona Adela i syn Krzysztof, po uzyskaniu wiz amerykańskich, przed amerykańską ambasadą w Warszawie, rok 1960
ZDJĘCIA: JANUSZ M. SZLECHTA/NOWY DZIENNIK

Na lotnisku JFK powitali nas teściowie. Zawieźli nas do swojego mieszkania na Manhattanie przy 8 Street na pierwszym piętrze. Mieli bardzo blisko do Polskiego Domu Narodowego. Mieszkanie nie było duże, ale jakoś pomieściliśmy się.

Musiałem znaleźć sobie szybko jakąś robotę, żeby utrzymać rodzinę. Teść miał znajomego, który był właścicielem niedużej samoobsługowej restauracji przy 8 Street i on mnie wziął do roboty. Pracowałem tam prawie rok. Zbierałem talerze, sprzątałem, myłem. Nauczyłem się trochę języka angielskiego.

Do Polski poleciałem po wielu latach. W Ojczyźnie byłem trzy razy.

27 lat w wieżowcu

Któregoś razu spotkałem w parku Polaka, który pracował w budynkach przy 3 Avenue i 41 Street. Wtedy w Nowym Jorku dużo budowali wieżowców. Zaproponował mi pracę w jednym z tych budynków. Pracowało tam dużo kobiet z Polski, jedna Ukrainka i jedna Niemka. Poszedłem z nim następnego dnia i porzyjęli mnie do pracy. Dali mi mundur. Najpierw sprzątałem w lobby, używałem do tego mopa. Taki dowcip wtedy usłyszałem: chłopak napisał do matki w Polsce, że chodzi z mapą (chodziło oczywiście o mopa). Matka była zdziwiona, ale się ucieszyła, że syn się uczy w Ameryce.

Do sprzątania były 23 piętra. Musiałem czyścić dywany i chodniki, drzwi i schody. Zajmowałem się tym sprzątaniem półtora roku. Z czasem dostałem maszynę do czyszczenia dywanów, forman mnie nauczył, jak to robić. Pracowałem 6,5 godziny na nocnej zmianie, a płacone mialem za 8 godzin. W ciągu dnia nie można było zakłócać spokoju, bo tam ludzie pracowali. Dostawałem 2 dolary na godzinę. Po nowym roku dostałem 5 centów podwyżki.

Starsi pracownicy po kolei odchodzili na emeryturę. W pewnym momencie ja zostałem tym najstarszym pracownikiem. Miałem przyznane 5 tygodni wakacji, ale jednorazowo mogłem wziąć tylko 4 tygodnie. Pracowałem w tym budynku 27 lat. Kiedy kończyłem pracę, zarabiałem  22 dolary.

Mogłem pójść na emeryturę w wieku 65 lat, ale postanowiłem jeszcze rok popracować, bo było mi tam dobrze. Kiedy skończyłem 66 lat poszedłem do biura i powiedziałem, że chcę iść na emeryturę. Nikt mi nie wierzył, że mam tyle lat, ale dokumenty nie kłamały. Dostałem 10 tysięcy dolarów odprawy i zrobili dla mnie fajne przyjęcie. Na pamiątkę dostałem też piękny zegarek.

Żona też dostała pracę jako sprzątaczka w budynku na Lexington Avenue, przy 42 Ulicy. Mieszkaliśmy na Manhattanie na 7 Street, pod numerem 116, niedaleko kościoła św. Stanisława Biskupa i Męczennika.

Żona była młodsza ode mnie o trzy lata. Jako emeryt często wychodziłem w nocy po żonę, kiedy kończyła pracę i razem wracaliśmy do domu. Żona przepracowała jeszcze dwa lata i też przeszła na emeryturę.

Żona była moim aniołem, a syn radością

Nasz syn Krzysztof pracował przy truckach. Zajmował się rozładunkiem i załadunkiem trucków. Firma znajdowała się na dole Manhattanu. Po roku dostali specjalne wózki i było mu już lżej. To była bardzo ciężka praca. Miał dziewczynę w Polsce. Po pewnym czasie sprowadził ją z Polski i wzięli ślub. Mieli troje dzieci: syna i córki bliźniaczki. Po jakimś czasie syn kupił bar. To też był trudny biznes. Musiał o niego dbać i rzadko bywał w domu. Skończyło się tak, że po 12 latach wzięli rozwód.

Po rozwodzie była żona syna zajmowała się kupnem i sprzedażą nieruchomości. Miała biuro przy 74 Ulicy na Manhattanie. Znalazła sobie faceta, też Polaka i po kilku latach wyszła za niego za mąż. Jedna z córek bliźniaczek została nauczycielką. Pracuje w szkole w Lodi w stanie New Jersey. Druga bliźniaczka zajmuje się promocją perfum dla pań. Kiedyś jeździła po całych Stanach Zjednoczonych, ale teraz pracuje w perfurmerii w North Bergen i zarabia całkiem dobre pieniądze.

Syn po rozwodzie znalazł sobie inną kobietę. Kupili dom w Edison w stanie New Jersey. Musiał jednak stamtąd dojeżdżać do pracy, co wymagało czasu i wysiłku. Po pewnym czasie kupili dwurodzinny dom w North Bergen na 85 Ulicy. Ja z żoną wprowadziłem się do jego domu. W pewnym momencie dowiedzieliśmy się, że syn ma cukrzycę. Był z niego kawał chłopca. Zaczęły mu wysiadać nerki. Powiększyło mu się serce. Woziłem go do lekarzy, a potem do różnych szpitali.

Tadeusz Kocaj z żoną Adelą, rok 1947

Moja żona też zachorowała na serce. Miała zablokowane żyły. W szpitalu w Newarku przeszła operację serca, która  trwała 6 godzin. W szpitalu w North Bergen przechodziła potem rehabilitację. Codziennie do niej jeździłem. Syn też ją często odwiedzał. Zaczęła czuć się coraz lepiej, już mogła chodzić. Przywiozłem ją do domu. Miało być już całkiem dobrze, a tu nagle dostała zawału. Trafiła do szpitala. Przeżyła tylko sześć dni. Zmarła 16 stycznia 2011 roku. Nie mogłem pogodzić się z jej śmiercią. To był anioł nie kobieta. Z moją żoną przeżyłem 67 lat.

Po śmierci matki Krzysztof czuł się coraz gorzej. Cukrzyca dawała o sobie znać. Woziłem go do szpitala. Wysiadło mu serce i nerki. W moje urodziny, 11 marca 2016 roku, umarł. Pięć lat po mamie. Miał 72 lata.

***

Postanowiłem, że nie będę mieszkał w domu syna. Za dużo było wspomnień. Sprzedałem dom i podzieliłem pieniądze między wnuków. Zgodnie z testamentem, który syn po sobie zostawił.

Kiedy dom został wystawiony na sprzedaż, pewnego dnia pojawiła się synowa. Żyliśmy ze sobą bardzo dobrze, mimo że odeszła od mojego syna. Często spotykaliśmy się w różnych miejscach, najczęściej w parku, do którego przychodziła z którąś z córek.

Wtedy ona powiedziała: – Jeśli chcesz, ja przejmę wszystko i będę się tobą zajmować. Sprowadź się do mnie, mam na dole mieszkanie.

Tadeusz Kocaj mieszka od kilku lat w tym budynku w North Bergen, NJ

Mieszkałem u niej kilka miesięcy. Potem przeprowadziłem się do mieszkania wnuczki Eli w Lodi, NJ. Mieszkałem u niej od października do maja. Lubię gotować i do dzisiaj to robię. Często więc przygotowywałem dla niej i jej męża kolację albo obiad. Nie narzekali, chwalili mnie nawet, że dobrze gotuję. Problem był taki, że w pobliżu ich domu nie ma żadnych sklepów, wszędzie daleko. Oni całe dnie byli w pracy, a ja siedziałem w domu sam. Już nie jeżdżę samochodem, więc nigdzie sam nie mogę pojechać. Mógłbym jeździć, ale nie chciałbym komuś zrobić krzywdy, bo w moim wieku z tą jazdą bywa różnie. Poza tym byłem w depresji po śmierci żony i syna, czasami myślałem o tym, żeby skoczyć z okna. Czasami biorę tabletki na uspokojenie, które przepisał mi lekarz. Kiedy jeszcze mogłem oglądać TV Polonia to chętnie oglądałem, ale teraz tej telewizji już nie ma. Kiedy zwolniło się mieszkanie w apartamentowcu w North Bergen, tam się przeprowadziłem. Mieszkam tutaj już ponad 6 lat. Mam blisko autobus, mogę pojechać do Nowego Jorku, spotkać sie z ludźmi i pójść do kościoła. Za kilka miesięcy będę obchodził 100. urodziny.