Zaduszki Żeglarskie pełne wspomnień

285
Żeglarze minutą ciszy uczcili przyjaciół i kolegów, którzy odeszli. Od lewej: Jurek Kołakowski, Małgorzata Krautschneider, Mietek Paszkiewicz, Elżbieta Ziółkowska, Radek Kurek i Lech Poradowski ZDJĘCIA: JANUSZ M. SZLECHTA/NOWY DZIENNIK

Na Barce przycumowanej w Moonbeam Gateway Marina na Brooklynie, czyli w siedzibie Polskiego Klubu Żeglarskiego w Nowym Jorku, w niedzielę, 1 listopada, spotkali się członkowie klubu i sympatycy żeglarstwa. W ten szczególony dzień wspominali swoich przyjaciół i kolegów, którzy odeszli na wieczną wachtę.

Na stole zapłonęły świece i znicze. Wicekomandor Radosław Kurek powitał skromne grono uczestników Żeglarskich Zaduszek. Stwierdził, że należy się cieszyć z faktu, iż mimo pandemii koronawirusa, mimo ludzkich obaw o zdrowie, klub podtrzymuje tę piękną polską tradycję.

– Klub istnieje 30 lat, nic zatem dziwnego, że wielu żeglarzy już odeszło na wieczną wachtę. Minutą ciszy oddajmy hołd naszym przyjaciołom i bliskim, którzy odeszli, ale pozostali w naszej pamięci i sercach – podkreślił wicekomandor.

Zapadła cisza. Słychać było tylko silny wiatr i szum fal, które kołysały Barką. Potem zebrani wspólnie odmówili modlitwę „Ojcze nasz“ i „Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci na wieki wieków amen“.

Elżbieta Ziółkowska, sekretarz zarządu PKŻ, przeczytała wiersz „Dzień Zaduszny“, którego autorem jest Jan Brzechwa.

Kie­dy mie­dzia­ną rdzą
Po­żół­kłych je­sien­nych li­ści więd­ną ob­ło­ki,
Zga­du­je­my, cze­go od nas ob­ło­ki chcą,
Smut­nie­ją­ce w dali swo­jej wy­so­kiej.

Na si­wych pu­klach ukła­da się ba­bie lato,
Na gro­bach lam­py mi­go­cą umar­łym du­szom,
Już nie­dłu­go, nie­dłu­go cze­kać nam na to,
Już i na­sze du­sze ku tym lam­pom wkrót­ce wy­ru­szą.

Je­że­li ży­cie jest ni­cią – moż­na prze­ciąć tę nić,
I od­pły­nąć na ob­ło­ku niby na srebr­nej tra­twie…
Ach, jak ła­two, ach, jak ła­two by­ło­by żyć,
Gdy­by nie żyć było jesz­cze ła­twiej!

Wiersz ten wprowadził zebranych w nastrój zadumy i refleksji.

Wicekomandor Radek Kurek stanął obok Tablicy Pamięci w kształcie płetwy sterowej, starej i nieco zniszczonej, postawionej na ławce i opartej o belkę wspierającą sufit, na której znajduje się 17 mosiężnych tabliczek z wygrawerowanymi nazwiskami żeglarzy i przyjaciół klubu, których już nie ma wśród nas. Po kolei czytał nazwiska. Ci z obecnych, którzy znali daną osobę, opowiadali o niej krótszą lub dłuższą historię.

Wicekomandor PKŻ Radosław Kurek przy tablicy poświęconej tym,
którzy odeszli na wieczną wachtę

Odeszli na wieczną wachtę

Andrzej Knapp

Zmarł 17 kwietnia  w 1994 roku. Nikt z obecnych na Barce nie znał go osobiście.

Barbara Frydrych

– Była bardzo towarzyska i bardzo aktywna w środowisku, uczestniczyła w naszych zlotach żeglarzy Polonia Rendezvous. Była chora na raka. Długo ukrywała chorobę. Andrzej Gruszka zbierał pieniądze, aby jej pomóc w leczeniu. Niestety, już było za późno. Odeszła nagle – powiedział Lech Poradowski

Eugeniusz Gniewczyński

– To był świetny żeglarz. Nie był członkiem naszego klubu, ale często przychodził na spotkania i pływał z nami. Brał też udział w Polonia Rendezvous – przypomniał Lech Poradowski.

– Ja go znałem jeszcze ze Szczecina. Był wówczas – jako jeden z niewielu – kapitanem żeglugi bałtyckiej. Po przyjeździe do USA zamieszał w Jersey City, był sąsiadem Andrzeja Zielińskiego z zespołu Skaldowie. Był życzliwym człowiekiem, otwartym na pomoc dla naszego klubu. Pracował w pobliżu World Trade Center jako komputerowiec. Opowiadal mi, że szedł do pracy i na jego oczach runęły wieżowce w wyniku zamachów terrorystycznych. Cały pokryty pyłem wpadł do biura i nikt go nie poznał. Trzy dni później zmarł. Zabił go chyba azbest, którego się nawdychał. Liczna grupa członków naszego klubu była na jego pogrzebie – dodał Jurek Kołakowski.

Eugeniusz Bajor

– Był moim kursantem. Przyszedł wraz z córką do klubu na kurs żeglarski. Niestety, po kilku miesiącach zrezygnowali ze szkolenia. Wiem, że uwielbiał fotografować i robił zdjęcia dla telewizji PBS kanał 13 w Nowym Jorku. Był z nami krótko, niestety – powiedział Lech Poradowski.

Siedząc przy stole, przy płonących świecach, wspominali przyjaciół żeglarzy (od lewej): Małgorzata Krautschneider,  Elżbieta Ziółkowska, Jurek Kołakowski i Mietek Paszkiewicz

Jerzy Musiałowski

– Był doskonałym i bardzo lubianym żeglarzem. Wszystkich zapraszał na swój jacht i serdecznie gościł. Robił fantastyczne nalewki. Potem zamieszkał na Karaibach. Tam poślubił piękną kobietę – opowiadał Lech Poradowski.

– Ja z nim kilka razy pływałem – dodał Jurek Kołakowski.

Arkadiusz Ziółkowski

– Pamiętam go dobrze, bo Arkadiusz był moim mężem. Był dobrym żeglarzem. Zawsze uśmiechnięty, był duszą towarzystwa. Nigdy nikomu nie odmówił pomocy – powiedziała Elżbieta Ziółkowska. – W klubie był prawie od początku. Uczestniczył w rozbudowie Barki. Potem Barka stała się jego drugim domem. Osiem lat temu odszedł i na Barce pożegnało go 120 osób. Cześć jego pamięci!

– Był bardzo pracowity. Pamiętam, że przez pewien czas mieszkał na jachcie, w pobliżu Barki. A słynął też ze znakomitego żurku, który robił dla przyjaciół – dodał Jurek Kołakowski.

Max von Strandtmann

– Był pełnej krwi Polakiem, mimo pochodzenia austriackiego. Z wykształcenia był chemikiem. Pracował jako naukowiec. Był szalenie otwarty i miły. Mimo tego, że był od nas dużo starszy, nie czuło się przy nim tego dystansu lat. Rozmawialiśmy przede wszystkim o sprawach żeglarskich, to oczywiste. Był świetnym żeglarzem. Niestety, nie był członkiem naszego klubu  – powiedział Jurek Kołakowski.

– Był najstarszy wśród nas, ale znany był z tego, że miał bardzo młodą i piękną żonę, która była żeglarką w naszym klubie. Był szczupły, wysoki i przystojny. Mieszkał na Long Island. Był jednym z organizatorów Polonia Rendezvous na Long Island. Pierwszy zlot żeglarzy zorganizował Wacław Oczeretko, a drugi właśnie Max – dodał Lech Poradowski

– Ja znałam dużą grupę fanów Maxa, którzy po prostu go kochali. Osobiście go nie znałam, ale wiem, że był bardzo ciekawym i mądrym człowiekiem – zaznaczyła Małgorzata Krautschneider.

Tadeusz Cieszyński

– Poznałam go, kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Stanów Zjednoczonych. Trafiłam na imprezę w klubie żeglarskim i Lucyna Kopczyńska posadziła mnie przy stole między Gienkiem Kozakiem i Tadkiem. Nie mogłam się od nich oderwać, bo Tadek wciąż do mnie gadał, a Kozak ciągnął do tańca. Potem spotykaliśmy się na kolejnych imprezach żeglarskich – powiedziała Małgorzata Krautschneider.

– Mieszkał na Greenpoincie. Często bywał w klubie. Zawsze był pomocny, jeśli trzeba było coś zrobić czy naprawić na Barce. Nigdy nie odmówił pomocy – dodał Leszek Poradowski.

Piotr Konieczny

– Mieszkał na Long Island. Nie był członkiem klubu, ale brał udział w wielu regatach, które klub organizował. Nie miałem okazji go poznać – stwierdził Leszek Poradowski.

Barka – siedziba Polskiego Klubu Żeglarskiego w Nowym Jorku – w Moonbean
Gateway Marina

Urszula Prokop

– Zawsze żeglowała razem z Wieśkiem Dąbrowskim. Kiedyś wracałem z klubu swoją małą łódką, z przyczepionym niedużym silnikiem, i chciałem przejść na East River. Natrafiliśmy na przeciwny prąd. W pewnym momencie widzę, że silnik pracuje na pełnych obrotach, ale łódka stoi w miejscu. Miałem szczęście, bo w pobliżu przepływał jacht, na którym byli Ula i Wiesiek. Zobaczyli co się dzieje i Wiesiek zawołał, że weźmie mnie na hol. Rzucił linę, przymocowałem ją do swojej łódki. Wszedłem na pokład ich łodzi i ruszyliśmy. Ula postawiła duży garnek na kuchenkę i po pewnym czasie woła: „Leszek, gorąca zupa dla ciebie!“. Zapamiętałem Ulę jako osobę, która zawsze dbała o innych – podkreślił Leszek Poradowski.

Wiesław Dąbrowski

Jurek Kołakowski opowiedział o nim krótką historię:

– To był brat cioteczny mojej żony. Z żeglarstwem miał tyle wspólnego, co ja z balonami. Jednakże kochał żeglarskie środowisko. Był wiele razy na farmie, gdzie robiliśmy niejedną imprezę żeglarską i na Barce. W klubie znali go chyba wszyscy. Jego żona Krystyna Zoli, która jest lekarzem i wciąż pracuje, do dzisiaj wspomina, jak pięknie pożegnali go członkowie naszego klubu w kościele w Nowym Jorku i podczas specjalnego spotkania na farmie w New Jersey, kiedy zmarł. Jego pogrzeb odbył się w Bydgoszczy. Podczas pożegnalnej mszy w tamtejszym kościele Jurek Porębski grał na trąbce. Potem podchodziły do niego różne osoby i pytały, co Wiesiek miał wspólnego z żeglarstwem, przecież on nawet wody się bał. Wtedy Jurek tłumaczył, że istotnie Wiesiek żeglarzem nie był, ale bardzo kochał środowisko żeglarskie, jachty i organizowane przez żeglarzy wydarzenia. Tacy ludzie nie zdarzają się często.

Bogdan Banach i Michał Bohdziewicz

– Bogdan mieszkał na Long Island. Nie należał do naszego klubu, ale przyjeżdżał na regaty klubowe. Niestety, nie znałem go osobiście – powiedział Leszek Poradowski.

– Ja znałam Bogdana. Swoją łódkę cumował zazwyczaj na Bronksie. Kupił ją razem z Michałem Bohdziewiczem. Czasami jeździł z nami na narty. Nigdy z nami nie balował. Zmarł w wieku 46 lat  – dodała Elżbieta Ziółkowska.

– Bogdan był indywidualistą. Niewątpliwie był dobrym żeglarzem. Pamiętam, jak kiedyś wpływaliśmy do mariny jachtem, którym dowodził Stefan Bienias i mieliśmy zacumować przy kei. W pewnym momencie powiedziałem: „chłopaki, ja wam pokażę jak się podchodzi do kei na żaglach“. Silnik był wyłączony. Stanąłem za sterem, poprowadziłem jacht i… uderzyłem w rufę łodzi Bogdana i Michała. Uszkodziłem im reling. Za późno wyluzowałem żagle. Przybiegli obaj i ze zdziwieniem popatrzyli, że to ja zrobiłem. Powiedziałem im, że za szkodę zapłacę. Wypiliśmy po drinku na zgodę. Niedługo po tym wydarzeniu dowiedziałem się, że obaj zmarli, jeden po drugim – stwierdził Jurek Kołakowski.

Kazimierz Kwasiborski

To postać legenda. Najwięcej opowiedział o nim Jurek Kołakowski:

– Myślę, że wszyscy żeglarze wiedzą kim był Kaziu. Żeglarską sławę zdobył w 1992 roku, gdy na malutkim, 5,5-metrowym jachcie, przepłynął z kolegą Ocean Atlantycki szlakiem Krzysztofa Kolumba. Dopłynęli do Baltimore. Uczcili w ten sposób 500-lecie odkrycia Ameryki. Osiągnięcie to tym bardziej było niezwykłe, bo jachcik „Agnessa” sam zbudował. Spotkałem się z nimi następnego dnia po zacumowaniu w porcie. Nie mogli usiąść, bo mieli zniszczone plecy i tyłki przez słoną wodę, to była jedna rana. Kilka dni później Kaziu wystąpił wraz ze mną w Telewizji Polonia w Nowym Jorku. Nie miał normalnego ubrania, więc mu pożyczyłem koszulę i marynarkę. Wszystko było za duże i wyglądał w tych ciuchach trochę dziwnie, ale za to ciekawie opowiadał o tym niesamowitym rejsie „Agnessą”.

Był nauczycielem geografii w szkole w Nowym Dworze. Nie znam człowieka, który by go nie kochał. Miał niecałe 160 centymetrów wzrostu. To była wspaniała, nieprzeciętna osobowość. Nawet w najtrudniejszej sytuacji potrafił zażartować i rozładować złą atmosferę. Był wzorem żeglarza. Dotykał granic w żeglowaniu, ale nigdy ich nie przekroczył. Mogę śmiało powiedzieć, że był moim bardzo bliskim przyjacielem.

Janusz Maciesz

– Był wysokim, przystojnym, a przede wszystkim oryginalnym mężczyzną. To był drugi taki oryginał obok Jurka Musiałowskiego. Zawsze był duszą towarzystwa. Dziewczyny go lubiły – zaznaczyła Elżbieta Ziółkowska.

– Mieliśmy zlot żeglarzy w Zatoce Pirata. Wieczorem zapłonęło ognisko, przy którym wszyscy się zebrali. Janusz pływał drewnianą łódką. W porcie zdjął drewniany maszt ze swojej łódki, a potem rzucił go do ogniska – przypomniał Lech Poradowski.

– On bardzo mi imponował. Chciałem, aby zaistniał mocniej w naszym klubie, ale nie udało się. Był typem samotnika i świetnym żeglarzem. I świetnie grał na trąbce. – dodał Jurek Kołakowski.

Kazimierz Zątek

– Był właścicielem pięknego jachtu „White Eagle“ typu swan. Do klubu  nie przyjeżdżał, ale często brał udział w spotkaniach i regatach żeglarskich, które odbywały się w okolicach Bostonu czy w Newport w stanie Connecticut – przypomniał Lech Poradowski.

– Kaziu był autentycznym góralem i żonę miał góralkę.  Zbudował własną stocznię koło New Bedford w Massachusetts. Najpierw budował drewniane łódki w stylu góralskim, a potem zaczął budować jachty. Do historii przeszedł fakt, że to on wyremontował stary jacht Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Pamiętam, jak Leszek zorganizował Polonia Rendezvous w Newport. Gościłem wtedy u siebie Krystynę Chojnowską-Liskiewicz – fantastyczną żeglarkę, pierwszą kobietę, która samotnie opłynęła świat. Chciałem ją zabrać na Polonia Rendezvous. Zadzwoniłem do Kazia i powiedziałem mu, jaki gość będzie z nami. Kaziu był zachwycony i zapewnił mnie, że zadba o to, aby w Newport wszystko było należycie przygotowane. I tak się stało. Kaziu zapewnił także świetne jedzenie i drinki – dodał Jurek Kołakowski.

Janusz Dudziński

– Mieszkał na Manhattanie. Był sympatykiem naszego klubu i takim go zapamiętałem – stwierdził Lech Poradowski.

Odeszli niedawno…

Na Tablicy Pamięci  jest 17 tabliczek z nazwiskami tych, którzy odeszli. W ubiegłym roku, a także w ostatnich dniach odeszli kolejni żeglarze, których nazwisk jeszcze nie ma na tej tablicy. Ale ich też wspominano podczas Żeglarskich Zaduszek.

Wacław Oczeretko

– To bardzo znana postać. Przez wiele lat organizował imprezy żeglarskie, między innymi Polonia Rendezvous na Long Island. Długo żeglował sam, ale w pewnym momencie zaczął pływać ze swoimi dwoma synami. Miał duży jacht, który wciąż remontował. Zmarł w 2019 roku – poinformował Lech Poradowski.

– Wacka poznałam w latach 70. ubiegłego wieku w Akademickim Związku Sportowym w Szczecinie. Pływał wtedy na jachcie „Umbriaga“. Później na tym samym jachcie pływał świetny żeglarz Witek Zamojski, który napisał o nim piosenkę zatytułowaną właśnie „Umbriaga“. Chcę dodać, że Wacek był świetnym malarzem. Do USA przyjechał w 1987 roku. Rozpoczął karierę jako artysta malarz w galerii na Manhattanie. Jednak malarstwo nie pozwalało mu na utrzymanie rodziny, więc szukał innych zajęć. Malowanie i żeglowanie pozostały jego pasją do końca życia. Mieszkał z rodziną w urokliwym miasteczku na Long Island, co można było zauważyć w jego malarskiej twórczości – dodała Małgorzata Krautschneider.

– Wacek był cudownym człowiekiem, bardzo go lubiłem – podkreślił Jurek Kołakowski.

Wspominali tych, którzy odeszli (od lewej): Krzysztof Adamowicz, Małgorzata Krautschneider, Radek Kurek,  Jurek Kołakowski, Katarzyna Zalewska, Lech Poradowski, Elżbieta Ziółkowska i Mieczysław Paszkiewicz

Zbigniew Stosio

– Był sekretarzem generalnym Polskiego Związku Żeglarskiego z siedzibą w Warszawie. Funkcję tę pełnił przez 29 lat, aż do śmierci. Był również sekretarzem jury nagrody Rejs Roku – Srebrny Sekstant. O ile dobrze pamiętam odwiedził nasz klub dwa razy. Był przyjacielem wszystkich żeglarzy. Pomagał nam w załatwianiu różnych rzeczy w Polsce. To dzięki niemu nasz klub zdobył uprawnienia do nadawania patentów żeglarskich. Zbyszek zmarł 17 kwietnia 2020 roku. Miał 72 lata – powiedział Lech Poradowski.

– Zbyszek był najwyżej cenionym żeglarzem wśród działaczy żeglarskich w Polsce. Poznaliśmy się w Polsce wiele lat temu. Nie tak dawno mu zasugerowałem, aby poszedł wreszcie na emeryturę. A on mi odpowiedział: „Kołeczku, jeszcze trochę mam do zrobienia“. On po prostu nie wyobrażał sobie życia bez żeglarstwa. Był prawdziwym przyjacielem polonijnych klubów żeglarskich w Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie, ale także w innych krajach. Twierdził, że poziom szkolenia w naszym i w innych klubach w Ameryce Północnej przewyższa ten w Polsce – dodał Jurek „Kołek“ Kołakowski.

– Ja byłam bardzo zaskoczona, kiedy Zbyszek przyjechał do Nowego Jorku i zawitał do naszego klubu. Powiedział do mnie: „Gosia, ja ciebie znam“. A przecież nigdy wcześniej nie widzieliśmy się – mówiła z uśmiechem Małgorzata Krautschneider.

Ryszard Stasiak, pseudonim „Marynarz“

– Poznałem go cztery lata temu, kiedy razem popłynęliśmy na Kubę jachtem „Fazisi“ , a kapitanem był Janusz Kędzierski. To był przedostatni amerykański rejs „Fazisi“. Dodatkową atrakcją było to, że w Marina Hemingway, niedaleko Hawany, spędziliśmy Sylwestra. Rysiek był wtedy już poważnie chory, miał więc przy sobie dużo leków. Towarzyszyła mu żona. Uważam, że był to normalny facet, z mocnym charakterem. Wywarł na mnie dobre wrażenie, bo był otwarty i niekonfliktowy – stwierdził Mietek Paszkiewicz.

– Byliśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. Wciąż nie mogę oswoić się z tym, że Rysiek nie żyje. Poznałem go dawno temu, jeszcze w Polsce. Któregoś dnia trafił na Czesława Gogołkiewicza. Był to inżynier pracujący w Stoczni Szczecin. To on wciągnął Ryśka do działającej przy stoczni szkoły jachtingu. Bardzo mu się to spodobało. Rysiek skończył tę szkołę zawodową, nauczył się budować jachty, ale i pływać pod żaglami. Uważam, że nie każdy inżynier dorównałby mu wiedzą w tej dziedzinie – podkreślił Jurek Kołakowski.

Eugeniusz Kozak

– Nasz przyjaciel Eugeniusz Kozak zmarł w piątek, 30 października 2020 roku. Miał 95 lat. Urodził się w Brodnicy. Był absolwentem Politechniki Gdańskiej. W 1970 roku, w wieku 45 lat, przypłynął do Nowego Jorku na statku handlowym. Jako inżynier budownictwa lądowego pracował dla Hayden and Wegman Consulting Engineers w Nowym Jorku. W 1995 roku przeszedł na emeryturę. Można powiedzieć, że był budowniczym miasta Nowy Jork, budował bowiem stacje metra, zbudował też nabrzeże na wyspie Roosevelta.
Jednocześnie był pasjonatem żeglarstwa. Dzięki temu stał się jednym z założycieli Polskiego Klubu Żeglarskiego w Nowym Jorku. Poznałam go przed laty na  Balu Żeglarza. Od tego momentu byliśmy przyjaciółmi. Mieszkał w pięknym  domu w Bridgeton Township w Pensylwanii, pośród lasów, w tak zwanym „Rajskim zakątku“. Kilka lat temu grupa członków klubu odwiedziła go i było to naprawdę fajne spotkanie. Był gawędziarzem i lubił opowiadać o swoim życiu. Pomogłam mu wydać książkę autobiograficzną zatytułowaną „How I did not become a verteran“. Miesiąc temu odwiedziłam go po raz ostatni. Był w dobrej kondycji. Dlatego zaskoczyła mnie jego śmierć  – opowiedziała Małgorzata Krautschneider. 
Książka Eugeniusza Kozaka wydana w języku angielskim
FOTO: MAŁGORZATA KRAUTSCHNEIDER

To była ostatnia opowieść o tych, którzy odeszli. Smutek ogarnął wszystkich, ale w pewnym momencie Elżbieta Ziółkowska stwierdziła, że piękne jest to, iż pamiętamy naszych dawnych przyjaciół, że mamy ich w swoich sercach.

– A kiedy wreszcie będziemy mogli wypłynąć na żaglach w rejs oni bedą z nami. Wiatr i fale znowu nas zbliżą do siebie – dodała.

•••

Polish Sailing Club of New York – Polski Klub Żeglarski

Moonbean Gateway Marina

3260 Flatbush Avenue

Brooklyn, NY 11234

tel. 917-655-3372

email: [email protected]

www.zeglarzeny.org