Żeby chrześcijaństwo nie pozostało tylko wspomnieniem

163

Rozmowa z ojcem Pawłem Bieleckim OFM Cap – badaczem islamu, zaangażowanym w pomoc medyczną i socjalną dla chrześcijan z Egiptu, Jordanii i Libanu, członkiem Franciscans International - Międzynarodowej Organizacji Franciszkanów przy ONZ, zajmującej się kwestiami ochrony praw człowieka.


Już od wielu lat jest ojciec zaangażowany w obronę praw człowieka. W tym roku znowu sprowadził ojciec do Stanów Zjednoczonych 6 chrześcijańskich syryjskich rodzin – uchodźców z Syrii, z Aleppo, którzy przebywali dwa lata w Libanie w obozie dla uchodźców. Wrócił ojciec we wrześniu z Sudanu i przedstawił komisji praw człowieka przy ONZ w Nowym Jorku swój raport na temat prześladowanych chrześcijan w Sudanie. Tam również jest trudna sytuacja wyznawców religii katolickiej. Ciekawi mnie, jak postrzega ojciec ten kraj po historycznym podziale Sudanu na Północny i  Południowy.
– Tak, Sudan jest wygrawerowany w moim sercu. W Sudanie korzystam z pomocy organizacji humanitarnych ONZ tam pracujących. Jest tam sporo problemów medycznych, socjalnych, którymi trzeba się natychmiast zająć. Naukowo, w ramach doktoratu, badam relacje pomiędzy islamem a chrześcijaństwem, korzystając z grantu Yale University i Uniwersytetu Nowojorskiego. To, co widzę w Sudanie, jest szczególnie przygnębiające. Sudan jest największym krajem w Afryce, ale zamieszkuje go tylko 29 milionów ludzi, z czego 70% stanowią muzułmanie, 16,7% to chrześcijanie (5 milionów). To nie jest mało.

Jak chrześcijaństwo pojawiło się w Sudanie? Przecież oficjalnie jest to kraj muzułmański.
– To jest bardzo ciekawe, że myślimy automatycznie, iż to misjonarze w ubiegłym wieku wprowadzili chrześcijańskie zwyczaje i wiarę w Sudanie. Otóż od VI stulecia było tam chrześcijaństwo, które – mimo najazdów muzułmańskich i odcięcia od reszty świata chrześcijańskiego – przetrwało. Ludzie zachowali wiarę Chrystusową aż do połowy XVI wieku, gdy kraj uległ niemal całkowitej islamizacji. Zatem chrześcijaństwo istniało w Sudanie na długo przed pojawieniem się islamu.

Wiemy, że prześladowania chrześcijan są coraz częstsze na Bliskim Wschodzie, tak dobrze ojcu znanym, jak i w niektórych państwach Afryki. Telewizja pokazuje nam różne dramatyczne relacje. Czy – ojca zdaniem – świat reaguje wystarczająco szybko na te niesprawiedliwości?
– Myślę, że stanowczo za mało się upominamy o prześladowanych chrześcijan, bez względu na to czy są w Sudanie, czy na Bliskim Wschodzie. Owszem, Europarlament przyjął rezolucję w sprawie dwóch ewangelików, którym grozi kara śmierci, ale czy to wystarcza? Mam wrażenie, że jak tylko pojawi się informacja w mediach (o ile się pojawi) o prześladowaniach chrześcijan to przyciąga ona uwagę tylko przez parę chwil, a potem każdy wraca do swoich spraw. Codzienna rutyna usypia naszą wrażliwość na sprawy tych, którzy cierpią. Szkoda.
Kiedyś dla stacji Al-Jazeera America przygotowałem materiał o religijnym prześladowaniu chrześcijan w Nepalu. Redakcja była w szoku, bo uważano Nepal za „oazę spokoju”. Konflikty religijne dziś nie znają granic, bo to ludzie je prowokują, a nie położenie geograficzne. To w nas jest gniew, który eksploduje na zewnątrz. Wojny nie biorą się z niczego. Obserwując obecnie napływ do Europy tak zwanych „uchodźców” z Bliskiego Wschodu i z północnej Afryki obawiam się, że chrześcijan jest wśród nich bardzo mało, bo niby skąd mieliby mieć pieniądze, aby zapłacić „przewoźnikom” za przeprawę morską. Mafie organizujące takie „ewakuacje” biorą za to sporo pieniędzy. Kto sprawdza tych „uchodźców”? Kto wie kim są, jakie mają plany?

Czy może ojciec powiedzieć, jakie grupy chrześcijan są dotknięte prześladowaniami?
– W Sudanie najbardziej cierpią chrześcijanie będący uciekinierami. Na początku 2013 roku większość tej społeczności chrześcijan została zmuszona do opuszczenia kraju. W konsekwencji została ich tylko garstka, która jest narażona na prześladowania.
Prześladowani są również chrześcijanie z kościołów historycznych – katolicy bądź koptyjscy chrześcijanie, zagrożeni zarówno ze strony islamu, jak i rządu. Sudańczycy należący do różnych odłamów kościoła protestanckiego również narażeni są na niebezpieczeństwo z tych samych dwóch źródeł.
Najcięższych prześladowań doświadczają byli muzułmanie, którzy nawrócili się na chrześcijaństwo. Ta grupa  podlega potężnej presji ze strony społeczeństwa, rodziny, w sferze życia prywatnego, w pracy.

Czy – ojca zdaniem – może wybuchnąć w Sudanie kolejna wojna domowa?
– Obawiam się, że tak. Widać napięcie w kraju. Są eksperci, którzy ostrzegają, że wojna domowa może zaprzepaścić wszystko, co Południowcy osiągnęli: niepodległość, niezależność, wiarygodność na scenie międzynarodowej, a w końcu kluczową dla biednego kraju pomoc międzynarodową. Myślę, że wszyscy, którzy mają wpływy polityczne obawiają się, że konflikt rozleje się poza granice Sudanu Południowego. A sytuacja w sąsiedniej Demokratycznej Republice Konga i Republice Środkowoafrykańskiej jest i tak bardzo napięta. Z mediów wiemy, że niedawno w Kongo, w starciach i strzelaninie między rebeliantami i wojskami rządowymi, zginęło w Lubumbashi 26 osób. W Republice Środkowoafrykańskiej – kraju po niedawnej rebelii – Francuzi (nieskutecznie zresztą) starali się zapobiec rzezi między chrześcijanami i muzułmanami. Pracują tam moi współbracia kapucyni, odważnie próbując przełamać spiralę zła, za co ich ogromnie podziwiam. Ja miałem to szczęście, że kiedy tam pracowałem jako wykładowca w seminarium w Bouar, kraj był w miarę spokojny. Dziś jednak wszyscy znowu żyją w strachu.

Czy ten wywiad może ojcu skomplikować relacje z władzami Sudanu? Od dawna upominał się przecież ojciec o prawa chrześcijan na Bliskim Wschodzie, a teraz w Sudanie?
– Może, ale nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni mam problemy. Jestem jednak na takim etapie życia, że nie przejmuję się tym zupełnie. Jakby wszyscy mnie lubili to znaczy, że jestem nudny. Zawsze lepiej jest być krytykowanym za to, że coś się robi dla innych, niż za to, że się nie robi nic. Nieżyjący już ksiądz prof. Józef Tischner powiedział mi kiedyś: „masz jedno życie, trzeba je przeżyć, a nie przewegetować”.
Praca w Libanie, w obozie dla uchodźców palestyńskich, brutalnie nauczyła mnie odporności na uwagi innych. Piszemy swoją codzienność albo miłością, albo nienawiścią – to jest wybór każdego z  nas. Ja na pewno podziwiam ogromnie chrześcijańskich duchownych pracujących w Sudanie czy w Centralnej Afryce.

Jak można pomoc sudańskim chrześcijanom?
– Dobre pytanie. Sam się nad tym zastanawiam. Na pewno trzeba głośno mówić o tym, że poprawność polityczna światowych przywódców sięgnęła dna. Pora się obudzić i zobaczyć, że wielokulturowy projekt na życie lansowany w Europie nie zdał egzaminu, bo ekstremizm zaciążył na relacjach międzyreligijnych. Druga sprawa – sudańscy chrześcijanie nie domagają się pieniędzy, ale zaakceptowania ich jako dużą grupę wierzących, pokojowo nastawionych ludzi, którym należy się jakiś respekt. Chcę podkreślić, że tutaj nie chodzi o jakąś filozoficzną Heglowską „walkę o uznanie”, ale o zwyczajny codzienny szacunek człowieka do człowieka. Czy to dużo?
Po rozmowach z misjonarzami pracującymi w Sudanie widzę, że trzeba też wesprzeć moralnie duchownych tam pracujących. Mam świadomość, że obecnie duchowieństwo w Europie czy w Ameryce jest generalnie bardzo krytykowane (słusznie bądź nie – to temat na inną rozmowę), ale błagam, nie możemy wszystkich księży czy zakonników wrzucać do jednego worka. Widzę tu też ważną rolę przełożonych, żeby odważnie wspierali misjonarzy, którzy robią co mogą, żeby chrześcijaństwo w krajach Afryki czy Bliskiego Wschodu nie pozostało tylko wspomnieniem.

Przeżywamy teraz Rok Życia Konsekrowanego. Czy to – zdaniem ojca – będzie mieć wpływ na życie chrześcijan w Sudanie, na nasze życie chrześcijan w USA?
– Papież Franciszek jest niesamowity jeśli chodzi o „krzewienie wiary”. Dociera do ludzi dzięki swojej serdecznej osobowości. Nowy Jork jest do dziś pod wrażeniem wizyty papieża Franciszka. Nie wiem, co sprawiło, że ogłosił rok 2015 Rokiem Życia Konsekrowanego. Wiem, że rok 2016 ma być Rokiem Miłosierdzia. Patrząc na Sudan czy Liban, Europę czy Amerykę myślę, że następny rok 2017 papież Franciszek powinien ogłosić Rokiem Wspierania się Nawzajem Duchowieństwa – bez względu na to, w jakim kraju pracują. Nic tak nie pomaga, jak życzliwość współbraci kapłanów, zakonników czy sióstr zakonnych. Nic tak nie dodaje sił jak świadomość, że w trosce o dobro nie jestem sam. Nic tak nie pomaga w życiu duchowym, jak wiara w to, że jako duchowni uzupełniamy się nawzajem różnorodnością charakterów – i to jest właśnie prawdziwe bogactwo Kościoła. Marzenie? Nie sadzę… Da się, jeśli się chce wnieść ponad własny egoizm.

Czego uczy ojca takie życie w skrajnościach jak bieda – bogactwo, wojna – pokój albo miłość – nienawiść…
…że życie jest nieprzewidywalne. Że mogę umrzeć w każdej chwili. Że gniew nie może nas prowadzić przez życie. Ten gniew nie zmieni mojej przeszłości, ale może mocno sponiewierać moją przyszłość. Po co się szarpać? Zgadzam się, że można mieć „pierwszorzędne życie pełne drugorzędnych spraw”, tylko czy o to chodzi? Sudan, Liban czy Centralna Afryka – te miejsca nauczyły mnie wiele, dlatego nie boję się następnego dnia, ale owszem, boję się ludzi, którzy rzucają w innych kamieniami. Na ten lęk jednak nie do końca mam wpływ. Misjonarzom i chrześcijanom w Sudanie, Libanie czy w Centralnej Afryce życzę dużo sił i obiecuję być bardziej skutecznym na forum ONZ, żeby historie ich zmagań zostały usłyszane.

Dziękuje ojcu za tę rozmowę.

Rozmawiał: o. Michał Czyżewski OSPPE

Autor: O. MICHAŁ CZYŻEWSKI OSPPE