Zmienili zawód, zmienili swoje życie

175

Pięć lat w jednej firmie – średnio po takim czasie Amerykanie szukają nowego szefa, a nawet zawodu. Przede wszystkim po to, by zarabiać lepiej. Polacy – średnio co dziesięć lat. A jak wygląda życie zawodowe rodaków znad Wisły w USA? Jednoznacznych danych nie ma, ale można śmiało założyć, że są gdzieś pomiędzy. To znaczy nie przywiązują się do raz wyuczonego zawodu, chociażby jak ich rodzice, tylko chętnie się doszkalają, szukając bardziej intratnego zajęcia.

Jak wynika z badań zleconych przez LinkedIn – międzynarodowy serwis społecznościowy, specjalizujący się w kontaktach zawodowo-biznesowych – Amerykanie jeszcze przed ukończeniem 32. roku życia mają na swoim koncie prace w co najmniej czterech firmach. Spora grupa ma też ukończone kursy zupełnie niezwiązane z kierunkiem studiów. “Jeszcze jakiś czas temu konkretne wykształcenie przywiązywało nas do danej firmy na 40 lat, czyli na całe życie zawodowe. Teraz jest tylko sposobem na znalezienie pierwszej, ale często nie ostatniej pracy – uważa ekonomista Guy Berger, który przeanalizował ścieżki kariery ponad 3 milionów absolwentów szkół wyższych. – Najczęściej zmieniają zajęcie osoby związane z pracą w mediach, rozrywce, a także zatrudnione w urzędach miejskich i federalnych”. Najczęstszym powodem – według Guya Bergera – są niezadawalające zarobki, a także zbyt niska satysfakcja z wykonywanego na co dzień zajęcia i brak możliwości awansu. “Nowego miejsca pracy albo zupełnie nowej posady najczęściej szukają osoby do 35. roku życia, ale nie tylko” – twierdzi ekonomista.

DZIĘKI CHOROBIE – REFLEKSJA

Mariola Jedynasty wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych 26 lat temu. Żartuje, że w komunistyczny Dzień Zwycięstwa, bo 9 maja. “Nie bardzo chciałam wyjeżdżać, ale wylosowałam zieloną kartę i postanowiłam spróbować życia w USA. Miałam wtedy rocznego synka i męża, z którym bardzo szybko się rozstaliśmy. Powodem było nadużywanie przez niego alkoholu” – opowiada Mariola. To był jeden z dwóch bardzo trudnych momentów w jej życiu, ale jak podkreśla, nie mogła się załamać, bo miała na utrzymaniu malutkie dziecko. W Polsce ukończyła studia na kierunku pedagogika specjalna. W Nowym Jorku zaczęła od pracy jako home attendant, czyli opiekunka do osób starszych. Później dostała posadę kelnerki we włoskiej restauracji w okolicach Times Square. “Po około dwóch latach zatęskniłam za Polską tak bardzo, że będąc tam na wakacjach postanowiłam zostać. Zatrudniłam się w Pizza Hut, gdzie po przejściu półrocznego treningu zostałam menedżerką” – opowiada rozmówczyni “Nowego Dziennika”. W Polsce mieszkała niespełna rok, ale nie potrafiła się już tam odnaleźć, więc po raz kolejny zdecydowała się na przeprowadzkę za ocean. Nie do końca wiedziała, czym będzie się tutaj zajmować, ale na pewno nie chciała już być kelnerką ani pracować jako opiekunka.

“Założyłam małą firmę eksportową i robiłam jakieś tam transakcje z Polską. Po jakimś czasie znalazłam ogłoszenie w “Nowym Dzienniku”, że poszukiwana jest osoba do pracy w agencji. Poszłam na rozmowę i okazało się, że właściciele udostępniają biurko za przypilnowanie biura, a ja mogę sobie prowadzić jaką chce działalność. Zajęłam się więc pośrednictwem pracy, a po roku czasu otworzyłam agencję z prawdziwego zdarzenia z licencją” – wspomina. Największy przełom w karierze nastąpił jakiś czas później, kiedy Mariola Jedynasty zrobiła licencję brokera i otworzyła agencję real estate. Najpierw tylko wynajmowała mieszkania, ale potem stwierdziła, że chciałaby robić coś więcej. Z ówczesnym wspólnikiem, Krzysztofem Rostkiem, zaczęli stawiać Belvedere Buildings.

“Wymyśliłam nazwę budynków, żeby nie były bezosobowe. Inspiracją była budowla w Warszawie. A sama nazwa pochodzi z języka włoskiego i oznacza “piękny widok” – coś, co jest w dobrym stylu i dobrej jakości. Po jakimś czasie rozstałam się z partnerem biznesowym, on tworzył swoje projekty, a ja swoje. W międzyczasie prowadziłam akcje charytatywne, organizowałam jakieś bale. Można powiedzieć, że byłam taką rozpędzoną bizneswoman. Przy tym wszystkim dość zestresowaną i przemęczoną. Nic dziwnego, że moje ciało zaczęło się buntować” – opowiada pani Mariola. Jedenaście lat temu zdiagnozowano u niej raka skóry, i to w dodatku tę najgroźniejszą odmianę. “Wtedy przyszła refleksja nad własnym życiem. Zaczęłam się zastanawiać, dokąd tak gonię, o co tak walczę. Pamiętam, jak po otrzymaniu telefonu od lekarza, zabrałam rodzinę po prostu do lasu, wszyscy płakaliśmy. Nie wiedziałam, co dalej, co tak naprawdę dla mnie oznacza ta choroba. Ale zdałam sobie sprawę, że rzeczy materialne nie mają takiej wartości jak bliscy, czas dla siebie. Zwolniłam tempo, zaczęłam ćwiczyć jogę i medytować. Po jakimś czasie sama zrobiłam kurs instruktora jogi, a pięć lat temu otworzyłam Awakening Healing Center na Greenpoincie. Chciałam pomagać innym w wyciszeniu się i odnalezieniu siebie w taki sposób, jak ja to zrobiłam. Sama także przeżyłam gigantyczną transformację. Okazało się, że mam zdolności bioenergoterapeutyczne. Opracowałam metodę, której bazą jest praca z szamanizmem, ciałem i oddechem oraz emocjami”.

Mariola Jedynasty jest przekonana, że w każdym momencie życia można zacząć od nowa. Zresztą sama jest tego doskonałym przykładem. “W ciągu swojego życia wykonywałam kilkanaście prac. Pierwsze wykształcenie, jakie zdobyłam, jeszcze w Polsce, to pedagogika specjalna, więc można powiedzieć, że zatoczyłam koło, bo duża część prowadzonej przeze mnie terapii to jest praca z emocjami, więc te akademickie umiejętności cały czas wykorzystuję”. Skąd odwaga do tak wielu zmian? “Zaufanie do takiego wyższego planu – twierdzi rozmówczyni “Nowego Dziennika”. – Można to nazwać wyższą świadomością czy Bogiem. Potrzebne jest też zaufanie do samego siebie, że mogę. Pracując – już teraz z tysiącami osób – wiem, że każdy ma jakiś talent, trzeba tylko wsłuchać się w siebie i pozwolić na to, by został odkryty” – uważa pani Mariola. – Ameryka jest też takim krajem, który stwarza mnóstwo możliwości. Ja nie miałam bogatych rodziców, od których na start dostałam jakieś pokaźne pieniądze. Do wszystkiego doszłam sama. Warunek jest taki, by to, co się robi, robić dobrze i nie na 70 czy 80 procent, a na 100 procent”.

TRZEBA SIĘ TYLKO ODWAŻYĆ

Chęć wykonywania zajęcia, które ma przynosić nie tylko godziwe zarobki, ale także satysfakcję, jest głównym motorem przemieszczania się na rynku pracy osób głównie między 25. a 34. rokiem życia. Jak podaje BBC, Amerykanie w tym przedziale wiekowym spędzają w jednej firmie bądź na tym samym stanowisku średnio trzy lata. Kasia Basara wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych 18 lat temu. Miała wtedy 19 lat i rok studium ekonomicznego za sobą. Pierwsza praca to posada ekspedientki w sklepie polonijnym w New Jersey. Spędziła tam w sumie pięć lat. Później zakochała się, wyszła za mąż i urodziła trójkę dzieci. W tym czasie pomagała mężowi w drobnej rachunkowości, na tyle, na ile potrafiła. Gdy dzieci podrosły, poszła do szkoły. “Wybrałam kierunek finanse i rachunkowość, bo chciałam kontynuować naukę z Polski. Nie do końca czułam, że zawód księgowej będzie dla mnie. Najbardziej przerażała mnie perspektywa pracy za biurkiem, ustawionym w jednym z setek boksów w jakimś biurowcu, podczas gdy ja uwielbiam kontakt z ludźmi. Z drugiej strony wiedziałam, że jest to przyszłościowe zajęcie. Tak się jednak złożyło, że – pomimo ukończenia szkoły z wyróżnieniem – o pracę było ciężko” – przyznaje Kasia Basara.

Los podsunął jej inne zajęcie. W lipcu ub. roku kupili z mężem dom, który następnie wyremontowali i wystawili na sprzedaż. “W tym czasie poznałam też agentkę nieruchomości – Amerykankę – której dzieci chodzą z moimi do szkoły. Zaczęłyśmy rozmawiać i tak od słowa do słowa zaproponowała mi, bym zrobiła licencję i została agentką real estate. Pomysł ten bardzo spodobał się nie tylko mnie, ale też i mojemu mężowi, który cały czas mnie wspiera i motywuje do dalszej pracy. Miesiąc temu otrzymałam licencję i rozpoczęłam zupełnie nową karierę” – opowiada Kasia. Razem z nią na kursie brokerskim były osoby nie tylko w jej wieku, ale na przykład po 60. roku życia. – Taki właśnie jest ten kraj. Tu nigdy nie jest za późno, by zdobyć nowy zawód i całkowicie zmienić swoje życie. Trzeba tylko się odważyć” – przekonuje Polka.

“STRZELIŁAM KSIĘGOWOŚCIĄ I ZACZĘŁAM STUDIA W FIT”

Podobnie uważa Mariola Hamala-Czerski. Kiedyś księgowa, a od ponad roku technical designer w pracowni Anne Klein na Manhattanie. Jej ścieżka kariery jest kolejnym przykładem na to, że bez żadnych znajomości i wielkich pieniędzy można osiągnąć całkiem fajny sukces. “Gdy miałam 15 lat, mama bardzo mnie zachęcała, bym poszła do liceum krawieckiego. Zależało jej na tym, abym miała pewny zawód. Tymczasem ja sądziłam, że jest to fatalny pomysł. Myślałam sobie – mama jest ekonomistką, a mnie wysyła na krawiectwo. Wtedy bycie krawcową wydawało mi się nie do końca fajną pracą, a już na pewno bez przyszłości” – przyznaje Mariola Hamala-Czerski. Zdecydowała się na ekonomię. Studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim. Później pracowała jako księgowa, także po przybyciu do Stanów Zjednoczonych. Zawsze jednak coś pchało ją nie tyle do szycia, a bardziej projektowania ubrań.

“To był impuls, jeden moment, kiedy strzeliłam księgowością i zdecydowałam się na studia w Fashion Institute of Technology. Na początku wciąż musiałam pracować, by się utrzymać. Na szczęście udało mi się dostać stypendium – opowiada Mariola. – Podczas pierwszego semestru trafiłam na profesorkę, która z jakichś powodów mnie nie lubiła. Pamiętam na przykład, jak na zadanie domowe mieliśmy zrobić spódnicę. Po przyjściu do szkoły zakładaliśmy nasze projekty na manekiny, a profesorka po kolei je oceniała. Gdy zatrzymała się przy moim, po prostu wyśmiała moją spódnicę. Smutno mi się zrobiło, wiadomo, ale miałam jakąś taką siłę woli w sobie, by pokazać, że będę najlepsza. Na egzaminach końcowych – nie mając się już do czego przyczepić – profesorka musiała dać mi najwyższą ocenę”. Ciężka praca na studiach się opłaciła, bo talent Marioli zauważył inny z wykładowców – jeden z szefów w Anne Klein – i zaproponował Polce pracę. “Wierzę w to, że jak się czegoś mocno pragnie i ciężko się pracuje na spełnienie marzeń, to prędzej czy później się uda” – podsumowuje nasza rozmówczyni.

ARCHITEKT, ŚPIEWAK, AGENT NIERUCHOMOŚCI…

Jeszcze do niedawna dominował pogląd, że pracodawcy niechętnie patrzą na kandydatów ze zbyt dużą liczbą miejsc pracy w resume, obawiając się, że po kilkumiesięcznym pobycie w firmie pracownik odejdzie. I chociaż zapewne wielu przedsiębiorców bardzo ceni lojalność pracowników, to coraz częściej rozumieją także, że zmiana pracy jest czymś naturalnym i może świadczyć o aktywności i energii pracownika. W niektórych branżach, zwłaszcza tych powiązanych z szybko zmieniającymi się trendami i modą, rotacja pracowników jest wkalkulowana w koszt ich działalności. A część poradników sugeruje wręcz, że zmiana pracy raz na 2-4 lata jest niezbędna dla utrzymania higieny psychicznej i wysokiego zaangażowania. Dla Wojtka Morrissey-Bukalskiego zmiana kariery to nieodłączna część życia, szczególnie gdy się mieszka w Nowym Jorku. Do Stanów Zjednoczonych przyjechał z dyplomem magistra inżyniera architekta z Politechniki Śląskiej oraz z dyplomem magistra sztuki z Akademii Muzycznej w Katowicach, gdzie ukończył śpiew solowy. Po przyjeździe do USA został przyjęty na elitarne podyplomowe studia w Opera Institute w Bostonie, a w międzyczasie pracował jako architekt.

Potem przez kilkanaście lat intensywnie podróżował i śpiewał solowe partie, m.in. w New York Opera, Atlanta Opera, we Florida Grand Opera, w operze w Omaha w Nebrasce, Long Beach Opera w Kalifornii, na różnych festiwalach operowych, a przez ostatnie trzy sezony również w chórze w Metropolitan Opera. “Jako śpiewak nie pracujesz cały czas. Masz występy, a potem parę tygodni przerwy, a czasami parę miesięcy” – mówi Bukalski. Żeby wykorzystać wolny czas, pracował jako “temp”, czyli pracownik tymczasowy, co jest bardzo powszechne wśród artystów nowojorskich. Był zarejestrowany w kilku agencjach, które wysyłały go do firm, które potrzebowały pracowników na krótki czas. Dzięki temu nabierał nowych doświadczeń w pracy w rozmaitych dziedzinach. Jednym z ciekawszych miejsc, do którego wracał kilkakrotnie, między występami, była firma inwestycyjna przy Park Avenue i 57 Ulicy, prowadzona przez cztery, jak je nazywa, “power women”. “Niby tam niewiele się działo, a jednak bardzo dużo, bo ich klientami były osoby takie jak Michael Jackson, które inwestowały ogromne sumy pieniędzy” – opowiada.

Jedna z tymczasowych prac – w agencji reklamowej – przerodziła się w stałą, gdzie Wojtek przepracował trzy lata. “To była ciekawa praca w dużej, międzynarodowej korporacji, która dała mi zupełnie nowe doświadczenie i inną perspektywę” – opowiada. Obecnie od kilku miesięcy pracuje jako agent nieruchomości.

“Gdy śpiewałem w chórze w Metropolitan Opera, wiele moich znajomych się tym zajmowało, postanowiłem też spróbować” – mówi. Szybko skończył kurs, zdobył licencję i zaczął pracować w jednej z nowojorskich agencji. “Trafiłem na początku do agencji, która nie była najlepsza; to dlatego, że nie znałem nikogo w tym środowisku, więc nie miałem się kogo poradzić” – opowiada Wojtek Morrissey-Bukalski, który od niedawna pracuje w nowej, prężnie działającej agencji REAL New York, z pracy w której jest bardzo zadowolony.

“Wiele się tu dzieje, jest też większa konkurencja, ale też o wiele większe możliwości” – mówi Polak, który z ciekawością obserwuje i doświadcza dynamiki pracy w agencji wynajmu nieruchomości. Przyznaje jednak, że praca ta wymaga ogromu czasu, a w ogarnięciu nawału obowiązków pomagają mu umiejętności zdobyte w okresie, gdy pracował jako “temp”.

“Często pracuję siedem dni w tygodniu, wychodzę z domu wcześnie rano i wracam o 10 wieczorem. Nigdy nie wiem, co będzie jutro. Może być tak, że zadzwoni klient i od razu zdecyduje się na wynajem mieszkania, a może być tak, że spędzę z klientem dwa tygodnie, a on wynajmie mieszkanie od kogoś innego” – mówi Bukalski, który jednak bardzo dobrze radzi sobie z taką dynamiką. “Traktuję tę pracę jak kolejną rolę w życiu, której przyszło mi się nauczyć. A także odkrywam w sobie nowe umiejętności” – dodaje Wojtek, który pracując w sektorze nieruchomości przedstawia się jako Winston Morrissey, bo to imię łatwiej wymówić Amerykanom niż “Wojtek”.

“Ten kraj opiera się na biznesie i sprzedawaniu. Każdy tu coś sprzedaje i coś reklamuje… najczęściej siebie samego i swoje umiejętności. Dlatego to nasze polskie wychowanie, które nakazuje być skromnym i się nie chwalić, tutaj nie zdaje egzaminu – mówi Morrisey-Bukalski. – Tutaj często jesteśmy zmuszeni do próbowania różnych rzeczy, bo w Nowym Jorku trudno o taki komfort jak w Europie, gdzie można mieć jedną pracę, która pozwoli się utrzymać, żyć bezstresowo i mieć weekendy wolne. Tutaj mało kto może cieszyć się z takiego luksusu”. Zapytany, czy w Nowym Jorku możliwe jest przekwalifikowanie się w każdym wieku, Bukalski, który ma ponad 40 lat, twierdzi, że “zdecydowanie tak, choć na pewno łatwiej, gdy człowiek jest młodszy, bo wtedy nie przywiązuje się tak do wszystkiego i szybciej udaje mu się zaadaptować w nowych miejscach i sytuacjach”. “Im jest się starszym, tym bardziej szuka się spokoju i stabilizacji – uważa nasz rozmówca. – Ale to zależy od osobowości”. Wojtek dodaje jednak, że w przypadku sprzedaży czy wynajmu nieruchomości, dojrzalszy wiek może być zaletą. “Są osoby, które zdecydowanie wolą rozmawiać z agentem starszym niż młodszym, bo wzbudza on zaufanie i jest bardziej wyczulony na potrzeby klienta” – tłumaczy.

“ĆWICZĘ Z NAUCZYCIELAMI ŚPIEWU LADY GAGI CZY LENNY'EGO KRAVITZA”

Karolina Rose to artystyczny pseudonim Karoliny Stanisławskiej. Jest absolwentką prestiżowej Wharton School of the University of Pennsylvania (UPenn), gdzie zdobyła dyplom na poziomie undergraduate z finansów, ekonomii i języka francuskiego. Po skończeniu studiów pracowała przez kilka lat w świecie finansów, na początku w szwajcarskiej firmie, potem w funduszu inwestycyjnym w Nowym Jorku. Pół roku temu poświęciła się profesjonalnemu śpiewaniu. “Zawsze uwielbiałam śpiewać, ale nigdy nie myślałam, że jestem w tym dobra, bo nikt mnie do śpiewania nie zachęcał” – mówi Karolina, która pochodzi z rodziny o tradycjach sportowych i biznesowych. Rodzice grali zawodowo w siatkówkę, a potem zajęli się prowadzeniem firmy. “Rodzina zachęcała mnie do sportu, więc od 4. roku życia grałam w tenisa. Grałam nawet w drużynie uczelnianej na University of Pennsylvania. Potem zdecydowałam zająć się pracą w biznesie” – opowiada. Kiedyś śpiewania nie uważała za praktyczne zajęcie. Jako dziecko i nastolatka śpiewała dla siebie, a na studiach uwielbiała karaoke. “Czasami byłam jedyną osobą, która śpiewała w barze. Niektórzy przychodzili tylko po to, żeby mnie posłuchać” – opowiada.

Pewnego dnia, gdy była w Paryżu na wyjeździe służbowym, zaśpiewała z grupą muzyczną, która występowała na ulicy. “Słabo im szło ze słowami, więc postanowiłam, że im pomogę. Zaśpiewałam jedną piosenkę, potem drugą i kilka innych. Bardzo mi się to spodobało i przez chwilę poczułam się bardzo szczęśliwa. Pomyślałam wtedy, że skoro ci ludzie mogą się zawodowo zajmować śpiewaniem, ja też mogę” – opowiada Karolina. Po powrocie do Nowego Jorku spotkała się z producentem muzycznym, który polecił jej nauczyciela śpiewu. “On zachęcił mnie i wspierał w śpiewaniu. Stał się moim przyjacielem i mentorem” – mówi Karolina, która przez kilka lat uczyła się śpiewać, grać na gitarze, komponować. Pisała też teksty, a w ubiegłym roku postanowiła porzucić stabilną i dobrze płatną pracę i poświęcić całą swoją uwagę karierze muzycznej. “Nie wiem, co się wydarzy, jak moja ścieżka muzyczna się potoczy, czy się rozwinie, ale wiedziałam, że muszę spróbować. Jakkolwiek ryzykowne to było posunięcie, musiałam tego spróbować, żeby zrealizować siebie” – podkreśla Karolina.

Pracuje z nauczycielami śpiewu, tymi, którzy szkolili Lady Gagę czy Lenny'ego Kravitza, występuje w różnych nowojorskich klubach, nagrała niedawno swój pierwszy singiel “Move with Me”. “Mam coraz więcej ludzi wokół siebie, którzy są dla mnie podporą, udzielają mi rad i pomagają się rozwijać, jak np. mój producent, któremu bardzo zależy na moim sukcesie” – mówi Karolina. Rozwijanie kariery muzycznej to dla niej jak prowadzenie biznesu. “Jestem CEO KarolinaRose.com. Obecnie szukam i zatrudniam muzyków do mojego zespołu, koordynuję występy, zajmuję się ich promocją, a także promocją mojego nowego singla. To wszystko zajmuje bardzo dużo czasu, a muszę też znaleźć czas na pracę nad głosem, na pisanie tekstów i komponowanie” – opowiada Karolina, która przyznaje, że to ciężka praca, ale uwielbia uczucie, jakie towarzyszy śpiewaniu i byciu na scenie. “Sukces w tym zawodzie mierzy się liczbą ludzi, które cię słuchają i lubią twoją muzykę. To jest mój cel. Zapraszam na moje występy i zachęcam do słuchania moich piosenek, do śledzenia mnie na Spotify. Jeżeli ktoś lubi moją muzykę, to proszę, żeby opowiedział o mnie swoim znajomym” – mówi Karolina.

Autor: Anna Arciszewska, Aleksandra Słabisz