Znajdźmy czas na spotkanie z Chrystusem

9

Rozmowa z ks. Zenonem Boczkiem, SDS, superiorem domu zakonnego ojców salwatorianów w Veronie, New Jersey

Święta w Polsce i w USA różnią się. Jak ksiądz wspomina swoje pierwsze święta Bożego Narodzenia w Ameryce?
Na pewno jest inaczej. Moje pierwsze święta w USA to był rok 1997. Spędziłem je w naszym klasztorze w Merrillville w Indianie. Poniekąd były to święta po polsku, bo w polskiej wspólnocie, przy dźwięku polskich kolęd. Jest tam ogromny kościół, gdzie na pasterce zgromadziło się ponad 1000 wiernych, głównie Polaków, którzy przyjeżdżają tam na nabożeństwa m.in. z Chicago. Na święta jest duża ruchoma szopka, która zajmuje całe prezbiterium. Szopka i atmosfera w kościele przypominały Polskę, ale to jednak nie to samo.
Z człowiekiem jest tak jak z drzewem – zanim się przyjmie, to potrzebuje czasu, żeby oswoić się z glebą i klimatem.
Pierwsze święta w Stanach są takie, że człowiek zadaje sobie pytanie, po co tu przyjechał, i chce wracać do kraju. Bo serce jednak pozostaje w Polsce i zawsze bije intensywniej tęsknotą, gdy zbliżają się święta. Pewnie każdy Polak na emigracji tak tęskni za ojczyzną i za bliskimi.
Myślę, że z tej tęsknoty i sentymentu w polskich parafiach w czasie świąt zbiera się wielu wiernych. Polacy przychodzą w święta do kościoła, by zaśpiewać polskie kolędy. Gdyby tego nie zrobili, to te święta nie byłyby polskimi świętami.
Byłem przez pięć lat proboszczem i przez 3 lata wikarym w amerykańskiej parafii. Nie było tam nabożeństw w języku polskim, ale w okresie świątecznym, grając na gitarze, zawsze śpiewałem Amerykanom – „Gdy śliczna Panna” albo „Oj, maluśki, maluśki…”.

To księdza ulubione kolędy?
Myślę, że tak. Moja mama pochodzi z gór, z Rajczy/Węgierskiej Górki, a tata ze Śląska. Mama zawsze śpiewała góralskie kolędy i tak pozostało w sercu człowieka.

Kiedy ksiądz widzi żłóbek z Dzieciną, jaka myśl księdzu przychodzi do głowy?
Gdy patrzę na żłóbek, to myślami przenoszę się do dzieciństwa. Wtedy inaczej, z większym zaufaniem, bardziej emocjonalnie się uczestniczyło i przeżywało święta Bożego Narodzenia.
W momencie, kiedy człowiek spogląda na Dziecię Jezus, które się dzisiaj narodziło, to jakby łączył się ze swoją rodziną, z bliskimi.
Gdy byłem dzieckiem, ubieraliśmy choinkę dopiero w Wigilię, nie wcześniej. Potem gromadziliśmy się przy stole, skąd tylko jedna osoba mogła odejść, i to zazwyczaj była mama, która donosiła potrawy do stołu.
Trzeba było czekać, aż wszyscy skończą jeść, i dopiero wtedy można było udać się pod choinkę po prezenty, które zostawił aniołek. Tym aniołkiem oczywiście była mama, ale tradycyjnie wcześniej zostawialiśmy okno otwarte, dla aniołka, żeby mógł przynieść podarki i złożyć je pod choinką.
Każdy dom i każda część Polski ma swoje tradycje, które – my imigranci – przenosimy na grunt amerykański. Każda rodzina powinna te tradycje pielęgnować i przekazywać dzieciom. Przypominają o tym, że Boże Narodzenie to czas przebaczenia, narodzin pana Jezusa i czas radości ze spotkania z nim.

Dlaczego pasterka jest zawsze o północy?
Dlatego, że tradycyjnie przyjmuje się, że Boże Dziecię narodziło się o północy. Stąd gromadzimy się o tej porze w kościele i śpiewamy kolędy.
Ale tu, w amerykańskich kościołach, tę mszę często sprawuje się nie o północy, ale np. o 5 po południu dla dzieci. U św. Teodora w New Jersey, gdzie byłem w parafii, na mszy o 5 po południu kościół był pełen dzieci.
Myślę, że to gromadzenie się o północy na czuwaniu i oczekiwaniu na przyjście na świat Chrystusa Zbawiciela, to dobra tradycja, której nie powinniśmy się pozbywać.

Według Biblii Jezus urodził się w bardzo ubogich warunkach – w grocie lub stajence, wśród zwierząt i pasterzy. Teraz, szczególnie tutaj, w Stanach, ta oprawa świąt jest bardzo komercyjna i często już pod koniec listopada słyszy się piosenki świąteczne w sklepach i telewizji. Czy to zaciera prawdziwą istotę świąt, czy może dobrze, że ludzie chociaż w taki sposób podkreślają wagę świąt Bożego Narodzenia?
Zapewne, to nie jest dobrze. Sklepy wykorzystują święta Bożego Narodzenia dla zarobku. Okres adwentu i Bożego Narodzenia nie powinien być tylko czasem zakupów i gonienia za tym, żeby wszystko mieć na święta, bo wtedy nie mamy czasu na spotkanie z Chrystusem.
Poza tym, gdy święta przychodzą, jesteśmy przesyceni dekoracjami, które wiszą wszędzie od miesiąca. W międzyczasie zapominamy o tym, że adwent jest czasem radosnego oczekiwania i przygotowania na przyjście Chrystusa. Spędzamy ten okres chodząc ze sklepu do sklepu, z pracy do pracy. Potem, gdy przyjdą święta, to z tego zabiegania, zapracowania Boże Narodzenie staje się dodatkiem do czasu zwykłego.
Jeżeli wybieramy się na spotkanie z kimś, kogo bardzo lubimy czy kochamy, wtedy przygotowujemy się do tego. Dlatego musimy znaleźć czas na przygotowanie się na spotkanie z Chrystusem.
W Stanach choinki ubierane są miesiąc przed świętami, a często już dzień po Bożym Narodzeniu widzimy je na trawnikach przed domami wyrzucone wraz z dekoracjami świątecznymi.
Polonia na szczęście kontynuuje tradycje z Polski – świąteczna atmosfera w ich domach rozpoczyna się z dniem Wigilii i czas Bożego Narodzenia trwa w nich do 2 lutego.
Kościół katolicki tę tradycję podtrzymuje, ukazując ludziom, że ten czas radosnego oczekiwania przeradza się w czas, kiedy jesteśmy z Nim i powinniśmy zatrzymać ten czas jak najdłużej.

Co zrobić, żeby przeżyć te święta nie zatracając ich prawdziwej istoty – szczególnie mieszkając na obczyźnie, gdzie święta trwają jeden dzień, a w drugi większość z nas musi iść do pracy?
Pierwszym punktem jest odnalezienie Boga w sercu. On zaprowadzi nas do Kościoła i przypomni, że jest czas adwentu, który przygotowuje nas na spotkanie z Nim. Znalezienie czasu dla Pana Boga może nie wydaje się łatwe, bo pracujemy, jesteśmy zagonieni. Jednak ten czas zawsze mamy na to, żeby iść na pływalnię, na piłkę nożną czy na inne zajęcia sportowe. W czasie adwentu ważne jest, aby przeznaczyć czas też dla Chrystusa i przygotować się na przyjście Bożego Dziecięcia np. poprzez rekolekcje, które odprawiane są w różnych parafiach.
Rekolekcje to czas na wyciszenie się poprzez spotkanie ze Słowem Bożym i przygotowania się – przez słowo Boże – do spotkania z Chrystusem. Ostateczny krok to spotkanie w sakramencie pokuty, gdzie człowiek wyzbywa się wszystkiego tego, co oddziela go od Boga, który przyjdzie do nas nowo narodzony.
W ten sposób przygotowany, oczyszczony człowiek może podejść do żłóbka i zaśpiewać kolędę.

Czy dzielenie się opłatkiem ma wymiar religijny, czy chodzi o podkreślenie aspektu wspólnotowego?
Zapewne ma wymiar religijny. Jak spojrzymy na opłatek, to widzimy na nim wytłoczony wizerunek Rodziny Świętej lub Pana Jezusa nowo narodzonego. W ten sposób sam opłatek przypomina nam o Chrystusie, który narodził się w Betlejem. Jeżeli Chrystus narodził się, to znaczy, że Bóg przebaczył człowiekowi i wysyła swojego syna na świat. Tak jak Bóg przebaczył człowiekowi, tak samo każdy z nas powinien przebaczyć bliźniemu.
Przez dzielenie się opłatkiem, uścisk dłoni, uścisk drugiego człowieka przebaczamy i zapominamy o tym wszystkim, co wydarzyło się od ostatniego Bożego Narodzenia i co nas oddziela od drugiego człowieka. Na pewno w tym jest wymiar religijny.

Są jeszcze inne symbole bożonarodzeniowe – sianko pod obrusem, pierwsza gwiazdka, żłóbek, szopka. Czy to elementy dodane przez Kościół dla lepszego zobrazowania świąt Bożego Narodzenia, czy mają głębsze korzenie?
To głębsze korzenie, które przywieźliśmy z Polski. Wiele z nich wykształciło się w Polsce przez wieki i zostało dodanych do naszej tradycji.
Kościół wszystkie te elementy tradycji zaakceptował, a nawet podkreśla, że są zgodne z nauką Kościoła, bo przypominają, że człowiek powinien otworzyć swoje serce, tak jak Bóg otworzył serce na drugiego człowieka.
Myślę, że warto te tradycje polskie podtrzymywać w Stanach.

Jak możemy wyjaśnić zagadkę trzech mędrców czy trzech króli, o których pisze w Piśmie Świętym jedynie Mateusz. Czy rzeczywiście istnieli?
Myślę, że tak, tylko musimy pamiętać, że Pismo Święte przedstawia wiele wydarzeń w sposób poetycki i obrazowy. Np. stworzenie świata w Biblii trwa 7 dni.
Trzej królowie wędrowali długo, by spotkać się z Chrystusem. Nie dotarli do Betlejem w momencie, gdy Chrystus się urodził w stajence. Dotarli później, może do domu, gdzie św. Józef miał warsztat i być może tam złożyli swoje dary. Nieważne, kiedy to miało miejsce, ale ważne, że trzej królowie odnaleźli Chrystusa, za pomocą Gwiazdy Betlejemskiej, która wskazała im drogę.

Co chciałby ksiądz życzyć naszym czytelnikom z okazji świąt?
Najlepszym życzeniem byłoby, żeby Chrystus każdemu z nas wskazał drogę, która ukaże nam jego zbawienie. Jeśli odnajdziemy zbawienie w Chrystusie, to odnajdziemy radość, bo Chrystus jest radością i prawdą, naszym życiem. Chciałbym wszystkim życzyć, aby każdy w zagonieniu, zakłopotaniu, problemach i zagubieniu znalazł Boga Zbawiciela w innym człowieku.

ROZMAWIAŁA: ALEKSANDRA SŁABISZ

Ks. Zenon Boczek SDS jest superiorem Zgromadzenia Salwatorianów w Veronie, NJ.
Dom zakonny ojców salwatorianów w Veronie mieści się w budynku należącym do kompleksu w Kip's Castle Park na Wzgórzu Miłosierdzia przy Crestmond Road.
Salwatorianie nabyli tę posesję w 1964 r. i przystosowali budynek – zbudowany i urządzony według potrzeb życia rodzinnego – dla potrzeb życia zakonnego, m.in. jedno z pomieszczeń adaptując na kaplicę.
Rosnące zainteresowanie wiernych spowodowało konieczność rozbudowy domu, której dokonano w latach 80. ub. wieku. W rezultacie powstała tam m.in. większa kaplica, która pomieścić może kilkadziesiąt osób. Jest tam też biblioteka z kominkiem, kuchnia z 1929 r., jadalnia z oryginalną boazerią oraz ośmiokątna klatka schodowa ze stylowymi schodami w kształcie ślimaka.
Dom ojców salwatorianów w Veronie ma również widokowy balkon, z którego rozpościera się widok na Montclair oraz na Nowy Jork. „Na 4 lipca balkon ten jest otwarty dla wszystkich. Przychodzą do nas ludzie na grilla i oglądają fajerwerki z Manhattanu” – opowiada ks. Boczek.
Do ojców salwatorianów na nabożeństwa przyjeżdża Polonia z różnych stron.
W niedzielę po mszy świętej o 11 rano zakonnicy oferują poczęstunek, który w miesiącach ciepłych urozmaicany jest grillem na tarasie.
Wszystkie nabożeństwa odprawiane są tam w języku polskim, bo dom ten powstał z myślą o posłudze wiernym z Polski. „Przychodzą też Amerykanie, bo wiele rodzin jest mieszanych” – mówi ks. Boczek.
Oprócz posługi kapłańskiej (nabożeństwa, spowiedź, rekolekcje) u ojców salwatorianów w Veronie można wynająć salę na małe przyjęcie z okazji chrztu czy np. wesela.
W domu w Veronie mieszkają na stałe trzy osoby: ks. Zenon, ks. Jordan i brat Marek. Do tej wspólnoty należy jednak jeszcze 11 księży, którzy pełnią posługę kapłańską w nowojorskiej metropolii.
Zgromadzenie Salwatorianów zostało założone w Rzymie w 1881 r. przez ks. Franciszka Marię od Krzyża Jordana. Celem zgromadzenia „jest głoszenie, obrona i umacnianie wiary katolickiej gdziekolwiek Boża Opatrzność nas skieruje”. Pociągnięci tą ideą salwatorianie głoszą Ewangelię Chrystusową na wszystkich kontynentach świata. Czynią to poprzez działalność misyjną, duszpasterską, formacyjną, powołaniową, naukową, głosząc rekolekcje, prowadząc działalność wydawniczą poprzez druk, internet i inne środki masowego przekazu.
Z Rzymu salwatorianie przybyli również do Polski, zakładając tam wspólnotę. Potem polska prowincja wysłała ojców salwatorianów do Stanów Zjednoczonych, skąd wspierają swoje seminarium w Bagnie koło Wrocławia oraz służą wiernym, którzy emigrowali z Polski.
Obecnie w całych Stanach znajdują się cztery wspólnoty salwatorianów należących do prowincji polskiej: w New Jersey, Indianie, w Teksasie i na Florydzie.

Strona internetowa zgromadzenia ojców salwatorianów w Veronie: veronasds.com
Msze św. w Wigilię i Boże Narodzenie:
Pasterka – o północy
Dzień Bożego Narodzenia i Nowy Rok – godz. 8 i 11 rano
Wtorek – 31 grudnia – godz. 8 rano i 7 wiecz.
Wystawienie Najświętszego Sakramentu w sylwestra – godz. 6-7 wiecz.

Autor: Aleksandra Słabisz