Życie samo się układa, trzeba tylko za nim nadążyć

23

Rozmowa z Tadeuszem Chabrowskim – znanym w twórczym nowojorskim środowisku polonijnym i amerykańskim – z okazji wydania 20 tomiku jego wierszy pt. “Dom w chmurach”

Ma pan bardzo ciekawe życie. Zacznijmy więc od początku… czyli przyjazdu ojca Tadeusza Chabrowskiego do USA.
Do Stanów Zjednoczonych przybyłem 7 grudnia 1961 roku, w wigilię święta Niepokalanego Poczęcia. Jako zakonnik zostałem oddelegowany przez przełożonych do pracy w nowej placówce. Oficer emigracyjny na lotnisku spojrzał w mój paszport, w którym widniało zdjęcie mnicha w białym habicie, popatrzył na moją ogoloną głowę, na mały podręczny bagaż i wbił pieczątkę. Na lotnisku JFK przywitał mnie, a potem zawiózł do Amerykańskiej Częstochowy mój sponsor, ojciec Michał Zembrzuski. Wyglądała ona wtedy jak farma średnio zamożnego farmera. W niczym nie przypominała jasnogórskiego klasztoru, z którego przyjechałem.

Tadeusz Chabrowski – ur. w 1934 w Złotym Potoku koło Częstochowy, polski poeta i prozaik, były duchowny katolicki. W 1961 r. przyjechał do USA, oddelegowany do amerykańskiej prowincji paulinów w Doylestown, PA. Jest laureatem wielu nagród, m. in. dwukrotnie Fundacji Kościelskich („Lato w Pensylwanii”, 1965, i antologia „Słowa na pustyni”, 1971), amerykańskiej nagrody World of Poetry Press (1990), Nagrody Prezydenta Miasta Częstochowy, 1993. Posiada również wyróżnienie prestiżowego Seneca Club za działalność społeczną na Brooklynie (1993), nagrodę prezydenta Brooklynu w dziedzinie literatury i poezji (1999). Za tom „Poezje wybrane” otrzymał nagrodą literacką Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie jako najlepszą książkę roku. W tymże roku otrzymał od ministra kultury i dziedzictwa narodowego RP medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Ostatnio opublikował w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej tom wierszy „Magister Witalis” (2011), w Norbertinum powieść „Białe nieszpory” (2012), w Wydawnictwie Mamiko tomik wierszy „Vermont” (2013), które wznowiło też „Zielnik Sokratesa”.

Na 40 akrach ziemi, które ojciec Michał Zembrzuski zakupił, stało kilka budynków, w których kiedyś mieszkały dzieci właściciela ze swoimi rodzinami. W jednym z tych domków umieszczono mnie i dwóch kolegów z mojego roku, którzy przyjechali przede mną. Jako byłemu redaktorowi miesięcznika seminaryjnego „Vox Eremi” przydzielono mi redagowanie miesięcznika „Jasna Góra”, wydawanego przez klasztor. Miesięcznik był wysyłany pocztą do Polaków mieszkających w przyległych stanach na Wschodnim Wybrzeżu. Poza informacjami i artykułami na temat wiary miał rozpowszechniać ideę wybudowania bliźniaczego sanktuarium jasnogórskiego w Ameryce. Wiązało się to też z pisaniem artykułów do polskich gazet, by krzewić wieść o tym pomyśle.

A kiedy zaczął pan pisać wiersze?
Wszystko zaczęło się w tych prekursorskich latach, kiedy mieszkaliśmy w domach farmerskich, przygotowując teren pod przyszłą budowę sanktuarium maryjnego. Przyglądałem się, jak na wzgórzu zarośniętym drzewami karczowano świerki, dzikie jabłonki, krzewy. Upajałem się tym, że mogę chodzić po wzgórzu, mogę dotykać gałęzi z ptasimi gniazdami i czuć woń rozgrzanych trocin wyrzucanych przez piłę elektryczną, nie zaś gnuśnieć w grubych murach zakonnych, otoczonymi wałami. Tam właśnie moja wrażliwość i wyobraźnia dostały paliwa i pisanie wierszy zaczęło być ważną sprawą w moim życiu. Chociaż dodać trzeba, że pisałem jeszcze w Polsce i nawet zadebiutowałem w „Tygodniku Powszechnym”.

Pierwszy mój amerykański tomik złożony był z wierszy pisanych do miesięcznika „Jasna Góra”. Były one inne od tych pisanych w Polsce. Miały w sobie więcej radości i przestrzeni, rymy dopasowywałem do przyszłego kościoła oo. paulinów w Pensylwanii. Moja Madonna Częstochowska wyruszała już „z Gdańska do Nowego Jorku, by pielgrzymować – jak Kolumb – do Nowej Anglii, Bostonu i Waszyngtonu”. Ten tomik zatytułowałem „Madonny”, bo tak obiecałem Jej przed cudownym obrazem na Jasnej Górze, gdy moje nazwisko znalazło się na liście kandydatów wyznaczonych do wyjazdu.
Część wierszy przywiezionych z Polski i nowych, pisanych już w Doylestown, złożyło się na drugą książkę „Lato w Pensylwanii”. Obie były wydane w Oficynie Poetów i Malarzy w Londynie 1964 i 1965 roku.

Życie w Stanach Zjednoczonych dostarczało panu inspiracji do twórczej pracy.
Tak, owszem. Sytuacje życiowe podrzucały iskierki. W późniejszym lirycznym zbiorze „Panny z wosku” portretowałem koleżanki żony (Ewę, Małgorzatę, Barbarę, Leonkę…), które były rozpoznawalne w środowisku.

W podobny sposób potraktowałem zakonnych współtowarzyszy w książce “Mnisi”, czyli nierymowane strofy o cnotach, próbując opisać, jak to na okładce zaznaczył wydawca Norbertinum, „współczesne i zarazem odwieczne paradoksy wiary, nieprzystawalność ludzkiej i Boskiej logiki zbawienia, przepaści i ślepe zaułki na drogach ćwiczenia duszy w osiągnięciu i w realizacji wartości”. Tytuły poszczególnych książek zwykle określały ich tematykę, jeśli były religijne: „Madonny”, “Dusza w klatce”, “Miasto nieba i ziemi”, “Kościół pod słońcem”, ten ostatni w trzech odsłonach „Zmyślanie Boga” – „Zmyślanie siebie” – „Zmyślanie świata”.

„Zielnik Sokratesa” natomiast pojawił się trochę z przypadku. W 2003 roku, podczas karczowania chaszczy i zarośli na terenie świeżo zakupionej działki, uświadomiłem sobie, że wrzucane do paleniska gałązki złośliwego poison ivy, czyli parzącego bluszczu, zachowują się bardzo dziwnie. Usłyszałem jakby ptasie kwilenie i skargę. To spowodowało, że zacząłem się uważniej przyglądać badylom i chwastom bujnie rozpychającym się na dwuakrowym terenie. Dominowały oset, perz i wspomniany już bluszcz. Na działce byłem sam, a po pracy – też sam – w pustym domu. Przywiozłem ze sobą do czytania „Dialogi Platona”.

Gdy wieczorem zabierałem się do pisania, przy wystukiwaniu wyrazów na maszynie moje ostatnie doznania, czyli karczowanie i dialogi, w których potężny głos Sokratesa ciągle we mnie wibrował, zaczęły ze sobą współgrać. Oset zaczął nagle skarżyć się, jak to często czynili uczniowie filozofa, na swoją ubogą egzystencję i na to, że “równowagę między badylem i aniołem utrzymuje w sobie stojąc: całymi dniami na jednej nodze”. Kolejne wiersze powstawały też pod „patronatem” Sokratesa, a ja – podobnie jak jego pilny uczeń Platon – próbowałem tylko nadążyć za szybką narracją.

Udało się panu dołożyć kilka cegieł do klasztornego fundamentu w Amerykańskiej Częstochowie.
Niewątpliwie tak, i to kilkakrotnie. Po raz pierwszy, kiedy udało mi się sprzedać w ciągu sześciu miesięcy pierwsze wydanie mojego tomiku wierszy „Madonny”, wydrukowanego w nakładzie 500 egzemplarzy i tym samym podwoić sumę, którą otrzymałem z klasztoru na jego wydanie. Po raz drugi, kiedy ojciec Michał Zembrzuski wysłał mnie do polskich biskupów w Chicago, Milwaukee i Detroit z prośbą, by w swoich diecezjach pozwolili na zbiórkę pieniędzy na budowę sanktuarium w Doylestown.

Zwykle odpowiedzi były negatywne, bo żaden z tych biskupów nie pełnił funkcji ordynariusza – każdy z nich był tylko biskupem pomocniczym. Biskup sufragan z Milwaukee, którego nazwiska teraz już nie pamiętam, po zapoznaniu się z listem upoważniającym mnie do takiej kwesty, wyciągnął z szuflady książeczkę czekową i wręczył mi czek na 700 dolarów. Zaznaczył jednak, że jest to prywatna donacja, bo jego zwierzchnik, arcybiskup, który był Irlandczykiem, nie zgodziłby się na taką zbiórkę. Zatem, mimo niepowodzenia całej akcji, ten szczodry dar jakoś spełnił nasze oczekiwania, a ja miałem materiał do kolejnego komunikatu w „Dzienniku Chicagowskim”, w „Milwauczaninie” i w naszym miesięczniku „Jasna Góra”.

Czy uczestniczył pan w pierwszej mszy w nowo powstałym sanktuarium, które wkrótce stało się najbardziej ulubionym przez Polonię miejscem kultu maryjnego?
Momentem, który mocno zapamiętałem, było poświęcenie jeszcze surowych murów świątyni przez arcybiskupa Jana Króla – ówczesnego ordynariusza archidiecezji filadelfijskiej. Odbyło się to 16 października 1966 roku. Kazanie w języku polskim i angielskim wygłosił biskup Władysław Rubin z Rzymu, wysłannik prymasa Wyszyńskiego. Uroczystość ta była szczytowym momentem obchodów tysiąclecia chrześcijaństwa w Polsce na kontynencie amerykańskim.

Wziął w niej udział prezydent Stanów Zjednoczonych Lyndon B. Johnson wraz z małżonką i córką. Pierwszy raz w historii Polonii amerykańskiej zdarzyło się, że prezydent Stanów Zjednoczonych wziął udział w uroczystościach polonijnych. Pierwszy też raz w historii Kościoła katolickiego w Stanach Zjednoczonych prezydent uczestniczył w uroczystościach poświęcenia świątyni. Obliczono szacunkowo, że zjechało wtedy do Amerykańskiej Częstochowy około 140 tysięcy rodaków. Był to wynik mozolnego, wielomiesięcznego wysiłku grupy, którą zorganizował ojciec Michał Zembrzuski, i w działaniach tych miałem swój drobny udział.

Opuścił pan jednak klasztor. Dlaczego podjął decyzję o odejściu z życia zakonnego?
Zakon opuściłem w 1967 roku z przyczyn dość trudnych do zrozumienia dla osób, które nie znają życia za klauzurą. Czasami w tych domach modlitwy i skupienia dzieje się coś, co przekracza zasady zwykłej logiki. Znika na przykład tomik wierszy przygotowany do druku i o jego zniknięciu nikt nic nie wie, łącznie z przeorem sprawującym władzę. Wszyscy szukają, są zatroskani, a ja grzebię w beczce do palenia śmieci i też nic nie znajduję. Widocznie diabeł ogonem nakrył.

Niektórzy szepczą, że coś roi mi się w głowie. Pisze wiersze – to wiadomo… Spakowałem więc swoją maszynę do pisania do walizki i, pełen lęku i grozy, wyszedłem w mroczny wieczór. Kilka następnych nocy spędziłem u znajomych. Poza tym życie – jak wiadomo – samo się układa, trzeba tylko za nim nadążyć. W tym samym roku poślubiłem Zofię, z którą przeżyłem 49 lat. Jeszcze przed jej śmiercią doczekaliśmy się pięknych wnuczek.Ukończyłem studia doktoranckie na Temple University w Filadelfii. Przez 15 lat prowadziłem własny zakład optyczny i udzielałem się społecznie.

Teraz chciałbym się zająć promocją mojej najnowszej książki „Dom w chmurach”, która została wydana w ramach Biblioteki „Toposu” w Sopocie na początku czerwca br. Przywiązuję do niej dużą wagę, bowiem była pisana podczas choroby mojej żony Zofii. Pamiętam, że był moment, kiedy mieliśmy w tym samym czasie zapalenie płuc. Ją odwieziono do szpitala, z którego już nie wróciła, ja z podobną gorączką zostałem w domu. W takiej gorączce umysł zachowuje się jak podczas halucynacji. Wykorzystałem ten fakt do tworzenia.

Po śmierci żony zacząłem znów żyć jak mnich pustelnik, pokochałem na nowo ciszę, a także swój komputer, z którym najczęściej prowadzę długie i jednostronne rozmowy.
 

Autor: ELŻBIETA POPŁAWSKA