Ceny obrazów w Polsce są zaniżone

0
0

Pana obraz “Cztery pory roku” został sprzedany w 2010 roku za 69 tys. zł. To dużo?

Ceny współczesnych obrazów w Polsce są zaniżone – mówię o dobrych obrazach uznanych malarzy. Dlatego uważam, że moje obrazy są wciąż zbyt nisko wyceniane. Jasne, każdy artysta ma wybujałe ego, sam nie jestem inny, ale przecież w swoje prace wkładam całą swoją wyobraźnię, cały swój czas, całe swoje życie, słowo urlop jest mi nieznane. Realizacja “Czterech pór roku” to ponad trzy miesiące intensywnej pracy.

“Cztery pory roku” to pana cenowy rekord. Dlaczego właśnie ten obraz sprzedał się najdrożej?

To nie rekord, zrobiłem kilka tryptyków, które były droższe. Ale to obraz z tych bardziej oczywistych, atrakcyjnych na pierwszy rzut oka. Nie myślałem, że go drogo sprzedam, ale kupujący widział i zaakceptował go już we wstępnym szkicu. Potem, po śmierci pierwszego właściciela-kolekcjonera, obraz ponownie został sprzedany.

Da się wyżyć ze sztuki?

Mnie się czasem udaje, choć obecnie jestem raczej pesymistą. Mieszkam w Warszawie, a ta część Europy to peryferie sztuki. Mamy tu mały rynek sztuki, właściwie ryneczek, a moja galeria zna wszystkich kolekcjonerów, którzy mogliby w Polsce coś ode mnie kupić.

Rynek mały, ale pan już się na nim przebił. A historia sztuki zna przecież artystów, których odkryto dopiero po śmierci.
Niech mi pan tego nie życzy.

Pana to chyba już nie dotyczy.

Docenienie dotyczy… Uważam, że sporo nowego wnoszę i jestem doceniany jedynie przez wąskie grono ludzi, którzy potrafią myśleć niezależnie. Ktoś, myślący mainstreamem i opierający się na opiniach mainstreamowych krytyków sztuki, powie: “nie warto w Yerkę inwestować”.
To właśnie minus uprawiania wszelakiej sztuki w Polsce. W literaturze nadużywa się formalnych eksperymentów. Nie ceni się za treść, tylko za zabawę słowem. Modni pisarze lansowani m.in. w “Gazecie Wyborczej” i “TVN”, są nagradzani, a że się tego nie da czytać, to bez znaczenia. Z malarstwem jest podobnie. Pełno dookoła formalnych eksperymentów, a nikt nie przekazuje ważnych treści.

Źle panu z tym?
Jestem na uboczu, poza systemem. Gdy próbuję wziąć kredyt, to mam kłopot, bo nigdzie mnie nie ma. Poza tym jest dobrze. Podatki też płacę.

Od czego zależy, czy obraz zostaje u pana czy idzie w świat?

Za długo trwa malowanie, żebym mógł potem wieszać obraz na ścianach u siebie w mieszkaniu. Gdy kilka miesięcy nad czymś pracuję, to muszę potem obraz sprzedać, żeby z czegoś żyć. Choć oczywiście, z wieloma żal się rozstawać.

Stosowana przez pana technika jest żmudna i wymaga nie lada precyzji. Czy nauczył się pan jej na studiach? Przypomnijmy: zaczynał pan od grafiki.

Faktycznie, na studiach robiłem dyplom z miedziorytów w charakterze i precyzji duererowskich, a malowałem niejako obok, pokątnie, po zajęciach. A później, to już tylko geny i ciężka praca. Chciałem przekazać tysiące wpływów, wspomnień, snów. Nachylałem się na drobiazgiem i starałem się to potem ubrać w ciekawą formę. Nie interesuje mnie techniczna bylejakość, która ma pokazywać luz artysty i jego swobodę, a w rzeczywistości jest to bylejakość i nic więcej. Na taką uproszczoną formę jest teraz moda, ale sam idę swoją drogą.

Do jakich ludzi pana twórczość trafia najmocniej?

To często osoby nietuzinkowe, dominujące a jednocześnie wrażliwe. Jeśli ich na to stać, chcą mieć Yerkę na ścianie. Jeśli nie są zamożni, zamawiają giclee (limitowane odbitki sygnowane nazwiskiem autora – PAP Life). O obraz najpierw zabiegają, a potem zlecenie pielęgnują, próbują coś ze mną nawet ustalać. Są kolekcjonerzy, którzy mają kilka, kilkanaście moich obrazów, bo im się coś kojarzy, gdy na nie patrzą, coś otwiera się w głowie. Po to są te obrazy, żeby otwierały się w głowie różne rzeczy.

Również w kręgach miłośników fantastyki

Tak, miałem swoje galerie w “Fantastyce”, ale wszyscy wiedzą, że tematami moich prac nie są blondynki wiszące na smokach czy rycerze z mieczami świetlnymi. Zajmuje mnie fantasy z naszych podwórek, taka fantasy codzienności.

Podkreśla pan, że tematów szuka pan ciągle w świecie swego dzieciństwa.

Tak, bo z niego wychodzi poezja. Często bliscy radzą mi: “popraw ten fragment, zrób inaczej”, a ja wiem swoje. Pewne skojarzenia nigdy się nie powtórzą i trzeba to wykorzystać, zapisać.

Jak wspomina pan dzieciństwo?

Byłem chyba dzieckiem lekko autystycznym. Wszystko bardzo mocno na mnie oddziaływało, otoczenie mnie przeważnie przerażało. Intensywnie odbierałem innych ludzi, zamykałem się w sobie i wyładowywałem w rysowaniu i malowaniu. Mieszkaliśmy z rodzicami – plastykami w Toruniu koło parku przy ul. Klonowica. Niedaleko mieszkała również moja babunia, której mieszkanie kilka razy przetworzyłem na płótnie. To była dobra, jasna postać mojego dzieciństwa.

Gdy pracuje pan nad obrazem, to wiadomo, kto ten obraz kupi?

Nie, nowe projekty widać na mojej stronie internetowej i czasami zgłasza się kupiec. Najczęściej, gdy obraz jest już gotowy. Zazwyczaj ludziom trudno sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądać. Wolą widzieć efekt końcowy.

Z którym polskim malarzem czuje pan duchową więź?

Na pewno z Jackiem Malczewskim, braćmi Gierymskimi, a bardziej współcześnie ze Zdzisławem Beksińskim. Byłem początkującym malarzem, studentem, gdy obejrzałem pierwszy raz jego obrazy na wystawie. To, co wtedy zobaczyłem, zdecydowało, że postanowiłem iść swoją drogą – przekazywać różne treści, a nie traktować obrazu tylko jako płaszczyzny zamalowanej farbami. Ktoś coś nabazgrze – artysta bada przestrzeń – słyszymy. Nic to nie oznacza, a ja chciałbym, żeby coś znaczyło.

Jacek Yerka (dawniej Jacek Jerka, jeszcze dawniej Jacek R. Kowalski) – artysta malarz, autor ok. 400 obrazów, wielu rysunków i plakatów. Jego prace utrzymane są w stylu realizmu magicznego. Ukończył Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Tworzy surrealistyczne kompozycje i baśniowe pejzaże.
Najważniejsze wystawy indywidualne: Duesseldorf 1983 r., Beverly Hills 1998 r. Prace w wielu prywatnych kolekcjach w kraju i na świecie. W latach 80. liczne nagrody i wyróżnienia w konkursach i Biennale plakatu w Barcelonie, Lahti, Mediolanie, Warszawie, Londynie, Bagdadzie. W 1995 roku został laureatem nagrody World Fantasy Award. Ma 59 lat. Mieszka w Warszawie.


 

Autor: BAT, (PAP LIFE)