Czerwone Gitary rozgrzały Greenpoint!

0
0

Od pierwszych chwil publiczność w auli szkoły żywo reagowała na utwory, temperatura koncertu rozgrzewała się w szybkim tempie. Muzycy Czerwonych Gitar celowo tak ułożyli repertuar, żeby stopniowo podsycać atmosferę wieczoru. Od samego początku widzowie śpiewali wraz z zespołem „Płoną góry”, „Dozwolone od lat osiemnastu”, „Kwiaty we włosach”, „Rzuć między nas” czy „10 w skali Beauforta”. Niektórym wróciły wspomnienia dawnych czasów, młodości, niektórym ze wzruszenia polała się niejedna łezka. Widzowie przypomnieli sobie szkolne lata, powróciły wspomnienia z wakacji, pierwsze miłości… i tamte ciekawe czasy.

Wykonane zostały najbardziej znane kompozycje Krzysztofa Klenczona (40 proc.), Seweryna Krajewskiego (40 proc.) i utwory nowe (20 proc.), utrzymane w konwencji grupy. Wiodącym wokalistą był Mieczysław Wądołowski, ale towarzyszyli mu wszyscy członkowie zespołu – perkusista Jerzy Skrzypczyk i pozostali trzej gitarzyści: Arkadiusz Wiśniewski (na basie), Marek Kisieliński i Dariusz Olszewski. Wszyscy ubrani w obowiązującą dla image'u biel i czerwone trampki.

Trzeba przyznać, że piosenki, które należały do repertuaru Seweryna Krajewskiego, Mieczysław Wądołowski wykonał we własnej aranżacji i stylistyce, nie starał się być drugim Krajewskim, zaś cała grupa nadała wszystkim utworom bardziej dynamiczne brzmienie. Mniej romantyczne, a bardziej wesołe, taneczne. Jak to mówią w gwarze młodzieżowej, „faceci dali czadu, a gitary aż jęczały z wysiłku”. Stare piosenki w nowym brzmieniu spowodowały taki efekt, że bawili się tak samo dobrze słuchacze przed, jak i po czterdziestce.

Osoby siedzące rozrywała niesamowita energia, tak jakby tańczyli na krzesłach, zaś za ich plecami była spora grupa osób tańczących z tyłu sali. Co jakiś czas w górę wznosił się las rąk, tłumy falowały czy też tworzyły węże. Należałoby się zastanowić, czy nie lepiej byłoby nie stawiać rzędów krzeseł na widowni, czy może ustawić je wokół ścian, aby część słuchaczy mogła się wyszaleć.

Ku pamięci nieżyjącego już Krzysztofa Klenczona koledzy przypomnieli piosenkę jego kompozycji „Biały krzyż”. Nie mogliby zaśpiewać wszystkich utworów, ponieważ w kilkunastoletniej historii wydali kilkanaście płyt, napisali 375 piosenek. „Spokojnie, moglibyśmy dla was grać do czwartku!” – zażartował do publiczności Jerzy Skrzypczyk, perkusista pełniący równocześnie rolę konferansjera. Dodać należy, że Jerzy Skrzypczyk, kierownik grupy, jest jedynym w obecnym składzie Czerwonych Gitar „oryginalnym” członkiem zespołu, pozostaje w jego składzie od początków jego istnienia. Brał udział we wszystkich nagraniach płyt i wszystkich koncertach grupy, jest kompozytorem niektórych utworów.

Historia zespołu jest długa i ciekawa. Czerwone Gitary utworzone zostały w Gdańsku-Wrzeszczu w 1965 r. Założycielami byli Jerzy Kossela i (nieżyjący już) Henryk Zomerski. W pierwszym składzie występowali jeszcze Bernard Dornowski, Krzysztof Klenczon i Jerzy Skrzypczyk. Pod koniec 1965 odszedł Henryk Zomerski, a jego miejsce zajął Seweryn Krajewski. Swoje największe sukcesy zespół osiągnął w pierwszych 5 latach istnienia. Przez pierwsze lata członkowie zespołu ukrywali się pod pseudonimami, bowiem grali big-beat, a za to w ówczesnych latach groziło usunięcie z listy uczniów szkół muzycznych.

W styczniu 1969 grupa otrzymała wiele nagród na festiwalach krajowych i zagranicznych oraz trofeum MIDEM w Cannes we Francji, przyznawane za największą liczbę sprzedanych płyt w kraju, z którego pochodzi wykonawca. Takie samo trofeum otrzymał wtedy zespół The Beatles. Czasopismo „Billboard” przyznało grupie specjalną nagrodę dla najpopularniejszego zespołu. Wszystkie płyty grupy uzyskały miano złotych, wszędzie spotykała się ona z entuzjastycznym przyjęciem widowni, w wielu krajach i na wielu kontynentach.

Przez dekady zmieniali się członkowie grupy, na kilka lat zespół wstrzymał koncertowanie. To zjawisko trochę nietypowe jak na polski show-biznes, bo z reguły znane grupy po jakimś czasie rozwiązywały się bądź ich działalność zamierała w sposób naturalny. W przypadku Czerwonych Gitar chyba tak się nie stanie, bowiem w obecnym składzie jest paru młodych muzyków, którzy są w stanie udźwignąć legendę i schedę grupy, a są to: Mieczysław Wądołowski (17 lat w zespole) i Marek Kisieliński (10 lat), Dariusz Olszewski (10 lat) i Arkadiusz Wiśniewski. Miał z nimi występować Jerzy Kossela, jeden z założycieli, ale biorąc pod uwagę liczbę koncertów i długość trasy, a także energię pozostałych kolegów, zrezygnował z tej wyczerpującej eskapady.

W czasie przerwy zapytałam kilku kilku uczestników koncertu, jak się bawią. Barbara Kamassa-Zinger ze Starret City (NY), aktorka i animatorka kultury, tak skomentowała: „Odczułam brak Seweryna Krajewskiego, ale wielka energia bijąca ze sceny wprost mnie urzekła. Widać, że grupa kocha muzykę, czuć, że nią żyje. Szaleństwo opanowało całą salę, a przecież o to właśnie chodzi! Powróciła moja młodość, poczułam się znów piękna i zdrowa, powróciłam myślami nad jeziora mazurskie… tańczyłam jak na festiwalu w Rio!”.

Jeden z nowojorskich muzyków, który zastrzegł sobie dyskrecję, powiedział: „Muzyka w ogóle i muzyka Czerwonych Gitar w Polsce to było coś, czego nie dało się zniewolić cenzurą, stłamsić jak wiele innych przejawów ludzkiego działania. Mało mamy zespołów, oprócz właśnie Czerwonych Gitar czy Skaldów (Andrzej Zieliński był na tym koncercie – dop. red.), których styl był melodyjny i rozpoznawalny na tle innych grup. Ci, którym nie podoba się, że zespół jest w niepełnym składzie, niech lepiej pomyślą, czy na przestrzeni kilku dekad jest to możliwe.

Na koniec koncertu widzowie skandowali, powstając z krzeseł. Kolejka po płyty z autografami artystów była długa. Rozmowy z muzykami przeciągały się w nieskończoność. Niech żałują ci, którzy na koncert nie poszli. Nieczęsto zdarza się taka gratka.

Autor: KRYSTYNA GODOWSKA