Felieton: Teren nieogrodzony – Opowieść o zielonej kanapie

58

Pewnego dnia do salonu wprowadziła się Nowa Zielona Kanapa. Czekaliśmy z jej zakupem trochę czasu, bo stara, choć odziedziczona po znajomych wyprowadzających się za granicę, przez absolutnie rekordową ilość czasu i pod presją absolutnie rekordowej liczby testów naprężeń i łomotu, jakie w swej cherubinowej młodości uwielbiały jej sprawiać dzieci, odmawiała się rozlecieć.

Gdy nadszedł jednak dzień, że ręka niewidzialnego szkodnika wgniotła w nią po raz enty danie z buraczków i podlała sokiem z jagód, klamka zapadła. Pojechaliśmy do sklepu z meblami.

Pierwsze wspomnienie związane z Nową Zieloną Kanapą to usadzonych na niej kilkanaście pluszaków i dzieci na podłodze oparte o nią plecami, zapatrzone w ścianę nad telewizorem, na której trwa projekcja bajki pt. „Dwie krawcowe”. Bajka leci z kliszy włożonej do rzutnika „Jacek”, rok produkcji kliszy i rzutnika circa 1978. Sadowiąc się z herbatą obok nich na podłodze i obserwując reakcje na bajkę zrozumiałam wtedy, po co właściwie targałam ze sobą na koniec świata rzutnik z zarysowaną soczewką i kolekcję słabej jakości klisz wyprodukowanych w fabrykach PRL-u w latach największego pustopółkowia.
Kolejne wspomnienia nie są już takie wyraźne, bo jest ich po prostu za wiele. Czytanie na Nowej Zielonej Kanapie. Chorowanie na Nowej Zielonej Kanapie. Sprzątanie pod jej poduszkami i odkrywanie skarbów (koralik, breloczek, plastikowa „małpeczka kochana” itp.), które już zostały spisane na straty, opłakane. Scena talentów na Nowej Zielonej Kanapie: sześcioletnie księżniczki ćwierkające do mikrofonu z tektury szlagiery z „Króla Lwa”. Kolejne urodziny na Nowej Zielonej Kanapie, torty w polewie i pranie pokrowców, zajęcie, za którymi nie tęsknię i wiem, że nigdy nie będę. Poza tym, Nowa Zielona Kanapa już od jakiegoś czasu przestała spełniać warunki „nowości”. Sprzęt uczciwie wielofunkcyjny, pełni m.in. rolę wybiegu dla chomików – wszak członkowie rodziny! – a te, żeby nie wiem jak pilnowane, osiągają wyniki w nadgryzaniu poduszek i obicia.
Wiosenne popołudnie, słońce podlewa promieniami Zieloną Kanapę, łaskocze ją, ale ona nie chce się śmiać. Cień młodego człowieka skulony w jej kącie, łzy wsiąkają w zieloną poduszkę, poduszka chowa je cierpliwie, obiecuje, że nikomu nie powie i nie pokaże. Pierwsza miłość rozbita o kant spojrzenia, które nie odpowiedziało jak powinno. Jak on mógł, jak śmiał, czy nie wiedział, że…? Może nie wiedział, może wszystko jeszcze się ułoży – odpowiadam i kołyszę człowieka w ramionach. Zielona Kanapa kołysze nas obie.
Dlaczego trzeba robić się starszym? – pyta inny młody człowiek, też skulony w kącie Zielonej Kanapy. – Dawniej wszystko robiłyśmy razem, bawiłyśmy się, chodziłyśmy nad rzekę. Teraz ona wciąż tylko zamyka przede mną drzwi i codziennie jestem taka samotna. Nic nie odpowiadam, kołyszę człowieka w ramionach. Zielona Kanapa wiernie kołysze nas obie.
A pamiętasz, kiedy…? Pewnie! A ty wtedy… o matko! Niemożliwe, co to człowiekowi potrafiło przyjść do głowy. Ale co przeżyliśmy, to nasze! Zielona Kanapa śmieje się do towarzystwa. Nieoczekiwanie poważnieje.
Zastanawiałaś się, w ilu najważniejszych momentach naszego życia już nam towarzyszyła?
A w ilu jeszcze będzie!
Myślisz, że sobie poradzi?
Kto, kanapa? Cóż, znajduje się w położeniu, z którego raczej nie ma wyjścia. Trochę się zdziera tu i tam, ale najważniejsze, żeby sprężyny wytrzymały. Poza tym wydaje mi się coraz częściej, że jednak najważniejsze jest to, iż po prostu jest. Czeka na nas, gdy wychodzimy, czeka, gdy wracamy, można na niej zawsze bezpiecznie usiąść i pożeglować myślami, gdzie tylko się chce. Ona dla wszystkich ma czas. No i dlatego, że zna nas tak dobrze i tyle już z nami przeszła, potrafi przytulić w sposób, że na świecie znów robi się porządek, przynajmniej jako taki, i wszystko znów jest ważne.
Ale ja pytałem o nią, o nie obie właściwie!
A czy ja nie odpowiedziałam?
Zielona Kanapa potrząsa poduszkami, skrzypi znacząco. W tej chwili do łóżka, czy wyście powariowali? Północ na świecie! Nie myślcie sobie, że będziecie tu na mnie jutro zalegać niedospani i znużeni przez cały dzień, macie pracę, szkołę, życie do przeżycia! Na to, prócz dobrych myśli, najnormalniej w świecie potrzeba też siły.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney