Felieton: Teren nieogrodzony – Wielkanocne zmarszczki na materii świata

19

Tydzień przed Wielkanocą w szkole Młodszej zorganizowano doroczną "zabawę rodzinną". Plebiscyt wśród uczniów i rodziców przesądził, że tematem przewodnim zabawy będzie "Dziki Zachód", szykowało się więc wielkie disco w stylu country.

Godzina zero: szkolne korytarze i sala gimnastyczna zaludniły się kowbojami i kowbojkami każdego wzrostu i rozmiaru, co bardziej twórczy przybyli nawet z atrapami pistoletów i zwojami lasso, na które usiłowali chwytać upatrzone ofiary. Wybawiłyśmy się z Młodszą setnie.

Nie jesteśmy w Polsce, gdzie słowa „Wielki Post” i „wstrzemięźliwość od hucznych zabaw” wciąż wchodzą do codziennego leksykonu, a koledzy i koleżanki naszych dzieci wiedzą nawet lepiej od nas samych, czym grozi łamanie tych zasad, mając słabe pole manewru, jeśli chodzi o opuszczanie lekcji, na których powyższe zasady są nauczane. W przeciwieństwie bowiem do nas, którzy na lekcje religii uczęszczaliśmy dobrowolnie do przykościelnych salek katechetycznych, współczesne polskie dzieci uczęszczają na nie obowiązkowo w ramach planu zajęć w szkole. Dowiedziałam się od Starszej pięć lat temu, właśnie przed Wielkanocą – chodziła wtedy przez semestr do polskiej szkoły – że zabawa w tym czasie to grzech śmiertelny. Wielkie nieba! – doznałam wówczas ciekawego odkrycia. Pudełka, w jakie opakowuje się Wielkanoc na świecie, potrafią się różnić nie gorzej niż języki. Ani ja, ani katechetka z naszego lokalnego kościoła w USA – zajęcia dobrowolne – nie rozmawiałyśmy wtedy jeszcze ze Starszą o „grzechach śmiertelnych”, nie mówiąc o ich miejscu przy wielkanocnym stole. A co to jest grzech śmiertelny? – zapytała oczywiście wtedy Starsza. I grand finale tych dociekań: dlaczego to takie ważne, żeby nie mieć grzechów śmiertelnych właśnie przed Wielkanocą?
Starsza pamięta wszystkie niesamowite nauki, zwłaszcza przestrogi, które wpajała jej do głowy nauczycielka w zakonnym habicie. Z upływem lat powracamy do nich w dyskusjach. Wiara w dogmaty nie jest silną stroną nastolatków, ja nie praktykuję dybowego rodzicielstwa, nie odpowiada mi wojskowa dyscyplina w sprawach wiary. Wielkanoc, choć otoczona wiankami mięciutkich baranków i kurczaczków oraz pachnąca smakowitym śniadaniem przywodzącym na myśl dobry początek dnia, jest najbrutalniejszym, najsurowszym ze świąt.
– Siostra Wiktoryna uznałaby twoje postępowanie za grzech śmiertelny! – zaopiniowała Starsza na widok Młodszej w kowbojkach.
– Za to, że tańczyłam? – zdumiała się Młodsza.
– Że się cieszyłaś, wariowałaś, i nie przestrzegałaś postu, pochłaniając na kolację hot doga! A w Wielkanoc nie o to chodzi, kotku, oj nie! – dołożyła jej Starsza.
Odesłałam Młodszą do łóżka – wytańczona i „wywariowana” padała z nóg i nie miała ochoty na kłótnię z siostrą.
– A, twoim zdaniem, o co chodzi w Wielkanoc? – sama jednak Starszej nie popuściłam.
Zapadła cisza.
– Wiesz co? Chodź, obejrzymy film. Akurat jest czas, już dawno chciałam ci go pokazać.
Filmem tym była „Lista Schindlera”.
– To ma coś wspólnego z Wielkanocą? – zapytała Starsza, gdy pojawiły się napisy końcowe.
– Myślę, że ma. Gdy zaczną ci przychodzić do głowy pytania, to przyjdź do mnie i pogadamy.
Starsza „nosiła” w sobie film przez kilka dni. Pytała o aktorów, o okoliczności produkcji, o dziewczynkę w czerwonym płaszczyku i o Yad Vashem, gdzie rosną najważniejsze, najcenniejsze drzewka na świecie. W końcu któregoś wieczoru powiedziała:
– A ty, mamo, co byś wybrała? Gdybyś mogła ocalić komuś życie, ale mogła za to umrzeć sama z całą swoją rodziną?
– Wiesz, że to jest właśnie to pytanie, na które czekałam? – odpowiedziałam.
– To o Wielkanocy? – przypomniała sobie zdumiona. – Nie bardzo rozumiem. A, czekaj. O co w Wielkanoc chodzi? – upewniła się. – O co chooodzi… – powtórzyła jeszcze raz przeciągając słowa, zmrużone oczy powędrowały po ścianie, lampie, znieruchomiały na suficie. – Chodzi o wybory, tak? – zapytała w końcu. – Żeby wybierać właściwie?
Skinęłam głową.
– Tych niewłaściwych nie unikniemy. Ale dobrze jest pamiętać, że właściwe zawsze na nas czekają. I nie tracić wiary, że jest sens ich dokonywać – poklepałam ją po dłoni.
– Pomimo tego, jacy potrafią być dla nas inni? – Starsza wyrwała dłoń i w jednej chwili nastroszyła piórka, klasyczna nastolatka gotowa na poczekaniu wyciągać z rękawa liczne przykłady zła i niesprawiedliwości hulające po świecie, tym wielkim, i tym najbliższym, reprezentowanym oczywiście przez własną rodzinę.
– Pomimo – udałam, że nie zauważyłam aluzji.
– No dobra, wygrałaś – złożyła broń. – Rzeczywiście, skomplikowane to wszystko. Baranki i posty, kurczę, a to tylko taka zasłona dymna. Jednak najgorsze bez wątpienia jest to, że ja myślałam, że wiara to taka prosta sprawa…

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney