Felieton: Teren nieogrodzony – Z zapisków, których nie znajdziecie na Fejsie

13

Dlaczego nie jesteś na Fejsie? Żartujesz, naprawdę nie ma cię na Fejsie? Jak może cię nie być na Fejsie? Dzisiaj wszyscy są na Fejsie, inaczej nikogo nie ma.

Nie ma mnie na Fejsie. Jeden z blogerów w serwisie Huffington Post od lat podpisuje się: „Ostatni człowiek na Ziemi, którego nie ma na FB”. Kusi mnie, i chyba w końcu się zdecyduję, by na wizytówce obok zawodu i numeru telefonu podać: „W ostatniej setce ludzi na Ziemi, których nie ma FB”.

Pomysł z „ostatnią setką” wziął się stąd, że formalnie na Fejsie jestem. Znaczy: mam konto i nawet kilka wpisów dokonanych przez ludzi, których nie odstraszył komunikat, że nie doczekają się ode mnie odpowiedzi, ani updejtów. Gdy administracja FB zaczyna mi coraz nachalniej i częściej przypominać, iż lista nowych kandydatów na moich fejsowych frendsów robi się nieprzyzwoicie długa, dla świętego spokoju, a zwłaszcza odzyskania skrzynki mailowej z łap fejsowych naganiaczy, zatwierdzam wszystkich jak leci i dalej się nie udzielam. Z rozmów z ludźmi i riserczu po internecie konkluduję, że osób zachowujących się na FB podobnie jak ja, czyli z kontem, lecz aktywnie nieaktywnych, znalazłoby się na świecie właśnie gdzieś ze sto.
Ale dlaczego właściwie cię nie ma na Fejsie? – od czasu do czasu pada i takie pytanie. Wtedy znacznie trudniej jest milczeć, bo pytanie jest konkretne i zmusza do refleksji.
Jest wiele przyczyn, dla których mnie tam nie ma. Wśród nich: osobiste, rodzinne, zawodowe, a nawet zdrowotne. Nie prowadzę życia na Fejsie, bo z różnych przyczyn, w tym na pewno wad genetycznych, nie mam czasu oglądać dziennie pięciuset fotek, które trzysta siedemnaście moich fejsowych frendsów strzela sobie, a czasem to nawet całkiem obcym im ludziom, każdego dnia. Ditto nie odczuwam wewnętrznego imperatywu, by na bieżąco dowiadywać się o każdym miejscu, do którego każdego dnia dotarli, w tym ich własnych sypialni, ubikacji, biur i szkół, oraz jakie w tych krytycznych chwilach towarzyszyły im myśli i skojarzenia.
Odwiedziłam niedawno Fejsa, żeby zatwierdzić kolejne grono frendsów i chcąc nie chcąc rzuciłam okiem na fida (taką informacyjną ścianę) lecącego przez całą stronę ekranu. I wtedy zrozumiałam. Dlaczego naprawdę nie udzielam się na FB.
Proszę państwa – ja się tam nie udzielam, bo ja nie jestem wystarczająco szczęśliwa.
Tak jest. Jak mogę być na Fejsie, skoro mam nieodpowiedni stosunek do życia? Za dużo się smucę i martwię, stanowczo za dużo myślę, i to o sprawach niewesołych, za słabo biorę życie za rogi. Wygląda wręcz na to, że się do tych rogów nawet nie zbliżam, skoro nie potrafię sobie wyobrazić, bym kiedykolwiek pokusiła się o autowalidację w stylu: „On tak twierdzi, bo jest skończonym idiotą” lub „Przecież wiadomo, że to ja jestem najlepsza”.
Koleżanka z młodości, która właśnie się rozwiodła, jest na Fejsie najszczęśliwsza na świecie. Bije rekordy w publikacjach swej szczęśliwej twarzy, obowiązkowo w towarzystwie innych szczęśliwych ludzi, oraz we wklejaniu wesołych aforyzmów na temat relacji damsko-męskich.
Wszyscy moim fejsowi frendsi mają niezniszczalnie szczęśliwe rodziny i dzieci, które nawet w wieku nastoletnim są dobrze wychowane i wracają do domu na dobranockę.
Życie ludzi aktywnych na Fejsie to pasmo wyłącznie pomyślnych, sympatycznych sytuacji: mają rewelacyjne układy z teściową, gotują lepiej niż trzygwiazdkowe restauracje Michellina, skaczą na nartach lepiej niż Stoch, którego zresztą znają osobiście, bo poznali go podczas niesamowicie udanych wakacji nad Zalewem Zegrzyńskim.
A ja co? Z moją zagmatwaną psychologicznie rodziną, związkiem małżeńskim, który po kilkunastu latach rozmaitymi ścieżkami chadza, z brakiem znajomości wśród sławnych i bogatych, a przede wszystkim z chorobliwą niechęcią do pozowania do zdjęć, siałabym na tym Fejsbuku tylko pomrok i defetyzm.
Dla tych, którzy uważają, że skoro mnie na Fejsie nie ma, to mnie nie ma w ogóle, tak jest zdecydowanie lepiej.
Najlepiej jednak jest dla tych, dla których, choć mnie nie ma na FB, i tak jestem: osobiście, listownie, telefonicznie. Mają szanse dowiedzieć się co naprawdę u mnie słychać, a nie tylko, co myślę, że warto pokazać światu.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney