Janusz Kapusta: grafika jest lustrem świata

0
9

Jest pan artystą, nie matematykiem. Jak odkrył pan 11-ścian K-dron?
Zadecydowały pasja i przypadek, który pewnie nie zaistniałby bez studiów architektury i filozofii. Jeszcze jako student zastanawiałem się nad ideą nieskończoności, również wykonując szkice, które zabrałem do Stanów Zjednoczonych. W tle jednego z konkursów powróciłem do swoich eksperymentów i nagle wszystko zaczęło się powoli układać. W końcu z sześcianu wywiodłem geometryczny jedenastościan. Nagle okazało się, że moje eksperymenty nie istnieją jedynie na papierze, ale również w przestrzeni. K-dron został opatentowany w ważniejszych krajach.

Od 30 lat mieszka pan w Nowym Jorku, jednocześnie utrzymuje kontakt z Polską. Dokąd panu bliżej?
Do Polski. Jestem Polakiem, żyję i myślę po polsku, jednocześnie zadając sobie pytanie, jak to się stało, że wyszedłem ze stuosobowej wsi i trafiłem do Nowego Jorku. Stąd nie ma dokąd jechać – albo do nieba, albo z powrotem do Polski. Jednak moje korzenie są wartością, bo inaczej patrzę na Amerykę jako Polak i jako długo mieszkający w Ameryce – na Polskę i polskość.

W jaki sposób nastolatek z Zalesia Małego podbił Nowy Jork?
Od dziecka rysowałem, nic innego mnie nie fascynowało. Wiedziałem, że będę rysować, więc szedłem w życiu za kreską. Rysowałem w Polsce, potem w Paryżu. W 1981 roku przyjechałem do USA na zaproszenie Andrzeja Pastuszka. Miałem zilustrować jego książkę. Zastał mnie stan wojenny, nie miałem pieniędzy, ale ta właśnie bieda wymusiła na mnie szukanie rozwiązań. Umiałem szybko tworzyć i myśleć jako grafik, miałem też w sobie na tyle odwagi, że nie znając angielskiego wybrałem kilka swoich prac i dzięki pomocy Andrzeja Dudzińskiego zaniosłem je do „New York Timesa”. Na szczęście przyjmująca mnie dyrektor artystyczna Jerelle Kraus znała francuski i tak moje pierwsze dwa rysunki ukazały się w niedzielnym wydaniu w nakładzie 1,75 mln egzemplarzy.

Kiedy poczuł pan smak sukcesu?
Pierwszy raz, gdy wybrano mój projekt na okładkę biografii Boba Dylana, co było ewenementem – od tej chwili moje prace zaczęły się sprzedawać, ludzie byli ciekawi, kim jestem i co tworzę. Poczułem względną stabilizację i nadzieję na lepszą przyszłość. Drugim niezwykłym doświadczeniem było dla mnie zilustrowanie „Zniewolonego umysłu” Czesława Miłosza i podpisywanie wraz z nim książek tuż po wręczeniu literackiej Nagrody Nobla.

Studiował pan na ASP, politechnice i Akademii Teologicznej. Dobry grafik to po trosze filozof?
Dobry grafik nie musi być osobą wszechstronnie wykształconą, ale dobra grafika powinna nieść mądrość, przesłanie. Grafika jest lustrem świata, odbijającym wydarzenia, więc grafik musi być szybkim i uważnym obserwatorem życia. Rysunek jest odpowiedzią na głos świata, dlatego zawsze mówię, że ja – wykonując swój zawód – przyglądam się światu.

Co dziś interesuje pana w sztuce?
Sztuka dla mnie jest wiecznym eksperymentem, przyglądaniem się światu i poszukiwaniem tego, co niemożliwe, a co staje się możliwe. Jest narzędziem rozpoznawania świata. Wielcy malarze wiedzieli o tym i stawali się sławnymi nie poprzez powtarzalność i kopiowanie innych, ale odkrycie w sobie swojego talentu i przekazanie go światu. Tak staram się pracować łącząc własną ciekawość z kreatywnością i z wyczuciem geometrii. Na co dzień tworzę do każdego zlecenia sześć różnych propozycji – nigdy za mało poszukiwań.

Co uważa pan za ważniejsze – grafiki czy K-dron; czy można to w ogóle porównać?
Każdego artystę i każdą ilustrację można zmienić, ale nie odkrycie naukowe, które tworzy świat i przyczynia się do jego rozwoju jak choćby K-dron. Z równą powagą cenię też moje odkrycie nowych zasad złotego podziału. Jako jedyny niematematyk byłem zaproszony przez japońskie pismo naukowe „Forma” do napisania o tym artykułu.

Autor: Kaja Cudak