Karuzela syzyfowej wędrówki

38

Z pozoru wydaje się, że przedstawienie Emila Vardy opowiada o Vieni powracającym do życia i poszukującym miłości. Wracać każą mu Erynie (inaczej Furie), pilnujące wejścia do Hadesu. To one na samym początku spektaklu nie wpuszczają go do podziemia duchów. Rozbierają go z trumiennego garnituru, oddają mu codzienne ubranie, w którym włóczył się po Moskwie, i nakazują od nowa zaczynać karuzelę pijackiej wędrówki.

Na scenie nie są one boginiami z greckiej mitologii – to są Furie ze współczesnego świata – równie tamtym gniewne, ale od starożytnych znacznie bardziej wyrafinowane w zjadliwości. Kpią z zakochanego ponownie Vieni, kpią z jego próby wędrowania od Kremla do Pietuszek. Vieni teatralnemu wydaje się, że przywrócony do życia powtórzy je w ten sam sposób, jak w literackiej opowieści.

Wydaje mu się, że wciąż jest postacią z książki Jerofiejewa pt. “Moskwa-Pietuszki”, że jego nieodwołalna teraźniejszość to podróż pociągiem do ukochanej w Pietuszkach pod Moskwą, że to wciąż pijaństwo do piątku i kac w weekendy, że to nadal skrupulatne zakupy alkoholi i podarunków i że znów uda mu się nie zobaczyć Kremla. Wydaje mu się, że znów będzie przeżywać tęsknoty i natchnienia tej samej osoby, jaką był na kartach poematu.

Erynie sceniczne, które nawet na chwilę nie ustają w dręczeniu biedaczyny, skazują go w powtórnej wędrówce na udręki przedtem nieznane. Vienia chciałby znowu być Odysem podróżującym do Itaki, ale Itaki już nie ma. Poprzednio marzenia o Pietuszkach były jego teraźniejszością, lecz nowa udręka Vieni to brak teraźniejszości. Erynie skazują go tylko na przeszłość i przyszłość.

Furie współczesne dręczą nie po to, by doprowadzić do śmierci, jak opowiadali starożytni Grecy, ale by niespełnialne sceniczne trwanie rozgrywało się w przypomnieniu i w przyszłych projektach. Zamiast być poetą-Odysem, który zna swój kres, Vienia jest aktorem-Syzyfem, którego bezsens istnienia wynika z przyszłego początku i poprzedniego zakończenia drogi (lub na odwrót), a nie z absurdalnie rozgrywanej teraźniejszości.

W życiu literackim Vienia kpił z politycznych bogów – przechwalał się, że Kremla nie widział w Moskwie, kpił z Komsomołu, czyli z młodzieżowej organizacji politycznej, kpił z komunistycznego systemu pracy w Związku Sowieckim. Taka była jego teraźniejszość. Za tę zuchwałość, za poetycką ucieczkę w „Alkohole” Guillaume’a Apollinaire’a, albo w Eliotowskie aneksy do poematu, Erynie przypominają mu, że “Joyce’ów nam tu nie potrzeba” – jak odpisano ze stalinowskiego Kremla innemu udręczonemu poecie, Brunonowi Schulzowi.

Vienia teatralny jest dziwacznie odporny na alkohol, jakby nie składał się z materii, z żołądka i wątroby. Wciąż wydaje mu się, że ma serce, ale i tego mu nie dano w scenicznej wersji. W powtórnym, scenicznym życiu-nieżyciu Vienia wydaje się być nie materialny, ale spirytualny, jakby był obolałą duszą rosyjską. Z całą pewnością nie jest tak Odysowo cielesny jak w książce Jerofiejewa.

Syzyfowość postaci Vieni sugeruje Emil Varda już w pierwszym jej pojawieniu się na scenie. Nie wiadomo, kim jest i skąd przychodzi na czarno ubrany mężczyzna. Dopiero po ostatniej scenie spektaklu odsłania się zasadna supozycja, że jego początek ukazywał dalszy ciąg wydarzeń, które rozegrały się godzinę później, przy zakończeniu. W kolistym cyklu syzyfowa męka Vieni nie rozpoczyna się ani nie kończy. Kiedy zjawia się on przed Eryniami, które go rozdziewają i obmywają, przychodzi być może z nadzieją, że tym razem mu się udało i nie zostanie odesłany pod Kreml, na Dworzec Kurski i w drogę do Pietuszek. Pod koniec przedstawienia wydaje się zyskiwać tę nadzieję, ale jeszcze nie wie, że jest próżna.

Syzyf Vardy taszczy Jerofiejewowski kamień miłości, lecz dotaszcza na szczyt złudzenie. Syzyf ten taszczy, jak sądzi, kamień dobra, a dotaszcza głaz polityki. Taszczy również kamień niespełnionej sztuki, a na szczycie okazuje się, że to było niespełnione pijaństwo. Vienia z powieści Jerofiejewa miał znacznie łatwiejsze istnienie – w końcu przecież dobrnął do śmierci. Postać w teatrze Vardy ile razy będzie chciała umrzeć, tyle razy trafi na Erynie broniące wejścia do Hadesu. Umiera się tylko w teraźniejszości. W przyszłości i w przeszłości istnienie nie ma finału.

Vienia z “Wszystkich dróg…” pozbawiony jest atrybutów solidnie umarłego Vieni z “Moskwy-Pietuszki”. Na dodatek przeszłość scenicznego ducha to sprawy, których współczesny widz nie pamięta albo o których w ogóle nie słyszał – Dzierżyński, Jeżow, Beria, Stalin, paryski kankan, powieści Gogola. Przyszłość zaś zaczyna się od Putina i Trumpa i ciągnie się w bezmiar niby-boskiej niepodważalności i jedynej racji.

Vienia w wersji Vardy nie ma czegokolwiek dotykalnego na teraz, w konkretnej, teraźniejszej chwili – jego ukochana w Pietuszkach to zwidy poczynione przez Furie, butelki w jego walizkach okazują się puste, więc nie jest ani przez sekundę pijany, bo alkoholu nie da się pić ani przedtem, ani potem, trzeba go wypić teraz. Trzeźwy Vienia-alkoholik budzi litość widza, bo to są straszliwe męki – pragnąć wódki i nie móc się upić, albo wrócić do życia i być tylko duchem.

Vienia, ten z książki, nie doświadczył ani Gułagu, ani Guantanamo. Sceniczny Vienia jest tymi rezultatami polityki dręczony przez politycznie wściekłe Erynie: Tyzyfone, rewolucjonistka wrzeszczy mu za uszami histerycznie i pożądliwie: „Potrzebujemy Stalina, chcemy Stalina, niech będzie choćby i Putin”; obie Erynie pod przymusem pasują biedaka na bojownika wszechświatowej rewolucji; Megajra zamienia go w okropny sowiecki pomnik politycznie słusznej muzy filmu. To nie są role, na które godził się Vienia przedstawiony przez Jerofiejewa.

Ale taki jest udręczony Vienia w teatrze Vardy. W książce, pijany nieustannie i prawie rajsko, widział Erynie przez ulotną chwilę; sceniczny – ma je obok siebie nieustannie, są nie do “wyłączenia”. Ma on być bowiem nieszczęśliwie upolityczniony, zamęczony polityką, ma istnieć w globalnych gułagach i guantanamach polityki, której nie pragnie i nie rozumie, ale z której nie może się wyrwać we własne, prywatne upojenie i z której nie może uciec choćby w poezję i miłość, nie mówiąc o tak wielkiej potrzebie, jak śmierć.

***

“Wszystkie drogi prowadzą na Dworzec Kurski”
(„All Roads Lead to the Kurski Station”)

scenariusz i reżyseria – Emil Varda
Vienia – Elliot Morse
Megajra – Rivers Duggan
Tyzyfone – Mia Vallet
Jurodiwy – E.V.

East Village Playhouse
Manhattan, NY, maj-czerwiec 2018

Przedstawienia odbywają się w czwartki, piątki i soboty o 9 wieczorem i w niedziele o 3 po południu. Pierwsze przedstawienie grane będzie 10 maja, ostatnie 24 czerwca. Bilety w cenie 40 dol. dostępne są na stronie: OvationTix.com. Dostępne w sprzedaży są również bilety za 30 dol. (dla widzów poniżej 30 roku życia) oraz 20 dol. – dla studentów.

Autor: Bronek Kowalski