Komeda Project: świeże oblicze legendy jazzu

5

Komeda Project to przedsięwzięcie poświęcone muzyce wielkiego polskiego kompozytora Krzysztofa Komedy. Komeda zmarł młodo – kilka dni przed swymi 38 urodzinami. W ciągu swego stosunkowo krótkiego życia skomponował wiele muzyki filmowej i tematów jazzowych.

Wybrana dyskografia, dostępna na www.cdbaby.com; www.amazon.com oraz iTunes:
– Komeda Project, „Requiem” (WM Records, 2009)
– Komeda Project, „Crazy Girl” (WM Records, 2007)
– Electric Breakwater with Mark Egan and Rodney Holmes, „In the Bush” (J-records Bird, 2001)

Jest również odpowiedzialny za sławny „Astigmatic” (Polskie Nagrania, 1965), jeden ze 100 Albumów Jazzowych, które wstrząsnęły światem wg. brytyjskiego magazynu „Jazzwise”. Nie zaskakuje więc chyba wcale chęć złożenia hołdu takiemu muzykowi, bo zespoły typu Tribute i nagrania „ku pamięci” są dosyć częste w świecie jazzu. Komeda Project to jednak nie tylko akt hołdu na ołtarzu dorobku Wielkiego Artysty. Kwintet, kierowany przez pianistę Andrzeja Winnickiego i saksofonistę Krzysztof Medynę, umiejscawia kompozycje Komedy w perspektywie 21-go wieku – można w nich nadal rozpoznać komedowskie tematy, ale aranżacje Winnickiego oraz interpretacje muzyków grupy umiejscawiają tę muzykę prosto w czołówce współczesnego jazzu.

Komeda Project wydał do tej pory dwa, poparte aplauzem krytyków, albumy – „Crazy Girl” (WM Records, 2007) i „Requiem” (WM Records, 2009). Obie płyty (dostępne tutaj: www.cdbaby.com; www.amazon.com; iTunes) łączą klasyczne kompozycje Komedy z dwoma lub trzema utworami Winnickiego, kompozycjami równie wartościowymi i spójnymi klimatycznie z całością. Podczas rozmowy Winnicki i Medyna z wielką miłością i entuzjazmem mówili o twórczości Komedy, a także na temat własnego muzycznego rozwoju w swym ojczystym kraju, a następnie – od początku lat 80-tych – w Stanach Zjednoczonych.

„Urodziłem się w rodzinie muzyków po stronie matki – mówi Medyna. Mój dziadek był dyrygentem, a moja matka pianistką o sporych umiejętnościach. Nigdy jednak nie grała zawodowo, ale za to często grała i śpiewała w domu. To od nich właśnie rozpoczęło się moje wykształcenie muzyczne, miałem wtedy 5 lat, ale nie mieli oni żadnej wiedzy o jazzie, więc moje pierwsze lata były straszne, bo musiałem grać muzykę, której nie lubiłem. Potem, mając 12 lat, zobaczyłem w polskiej telewizji program z muzyką, której nigdy przedtem nie słyszałem – to był Dixieland, wykonywany przez polski zespół o nazwie New Orleans Stompers. Pomyślałem wtedy, że to nie mogli być Polacy, ponieważ nazwa zespołu była amerykańska, ale już kilka tygodni później władze polityczne poleciły muzykom zmienić nazwę grupy na Warszawscy Stompersi. To zabawna historia, ale od tamtej pory zapałałem miłością do jazzu”. To, nowo wzbudzone, uczucie wyzwoliło w Medynie chęć prób grania jazzu przy każdej nadarzającej się ku temu okazji, ale nie było to łatwe. „Zachodnie płyty nie były w ogóle dostępne w komunistycznej Polsce, więc całe moje pokolenie słuchało Głosu Ameryki i audycji Godzina Jazz’u Willis Conover'a, która znana była w całym bloku komunistycznym”.

Medyna widział i słyszał jeszcze Komedę grającego na żywo, zanim kompozytor wyjechał do Stanów Zjednoczonych w drugiej połowie lat 60-tych. „Od 16 roku życia, jeździłem co roku do Warszawy na Jazz Jamboree, który był największym festiwalem jazzowym w krajach bloku sowieckiego, więc miałem okazję usłyszeć Kwintet Komedy, zanim wyjechał on do Ameryki”.

Rozwój muzyczny Winnickiego odbywał się w środowisku, które wyzwoliło się już i otrząsnęło z ograniczeń, których doświadczył Medyna. Nie pamięta on już ile lat miał wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszał muzykę jazzową, ale ten moment wraca w jego pamięci jak żywy. „W tamtym latach wychodził w Polsce magazyn o nazwie 'Ameryka', publikowany w języku polskim przez amerykański Departament Stanu, jeśli się nie mylę. To nawet dziwne, że w tych siermiężnych latach można było kupić w lokalnym kiosku Ruchu ten pięknie wydany, kolorowy magazyn, opisujący życie codzienne w USA. Musiał to być magazyn bardzo popularny lub nakład bardzo niski, bo praktycznie był do nabycia tylko spod lady. Mój ojciec takie znajomości u pani kioskarki posiadał, że magazyn pojawiał się co miesiąc w naszym domu. Od czasu do czasu do 'Ameryki' załączany był gratis tzw. flexi-disc [tania, elastyczna, płyta winylowa z muzyką tylko po jednej stronie]. Pierwszy jazz, jaki usłyszałem w życiu, który wywarł na mnie ogromne wrażenie, to nagranie Milesa Davisa 'My Funny Valentine', na jednej z takich płyt. Było to tak wspaniałe, że zakochałem się. Myślę, że byłem wtedy bardzo młody i na pewno nie ukończyłem jeszcze 10 roku życia”.

Winnicki rozpoczął naukę gry na instrumencie w wieku 8 lat. „Zacząłem od akordeonu, na fortepianie startując dość późno, gdy miałem jakieś 12 albo 13 lat” – powiedział. Po ukończeniu średniej szkoły muzycznej Winnicki zaczął grać w różnych grupach jazzowych. Z jedną z tych grup wystąpił dwukrotnie na Festiwalu Jazz nad Odrą, największym wtedy w Polsce konkursie jazzowym; którego Medyna był już wtedy laureatem, uhonorowany wyróżnieniem kilka lat wcześniej. Gdy Medyna wrócił ze Szwecji, Winnicki wiedział już o saksofoniście wiele ze słyszenia. „Zapytałem go, czy nie zechciałby zrobić wspólnie coś nowego i tak powstała grupa Breakwater” – stwierdził Winnicki.

Breakwater wkrótce dał się szerzej poznać na ogólnokrajowej scenie jazzowej, gdy Winnicki i Medyna zgłosili zespół do konkursu w ramach festiwalu Jazz nad Odrą. „Wygraliśmy w 1979 roku, jako najlepsza grupa, a jednocześnie Krzysztof, jako najlepszy instrumentalista festiwalu, więc zdobyliśmy wtedy dwie główne nagrody” – powiedział Winnicki. Dzięki temu zwycięstwu Breakwater stał się niejako zespołem profesjonalnym.

We wczesnych latach 80. Medyna został członkiem grupy In/Formation, zespołu założonego przez pianistę Sławomira Kulpowicza i składającego się z solistów-laureatów poprzednich festiwali Jazz nad Odrą. „Tak, to było około 1981 roku – wspomina Medyna. To był bardzo ciekawy skład. Sekcja rytmiczna była typowa dla nowoczesnego jazzu – perkusja, bas i fortepian (Bartkowski, Szczurek i Kulpowicz), ale w pierwszej linii były dwa saksofony tenorowe (Medyna i Janusz Olejniczak) i tuba (Dominik Witt.). Graliśmy w tym składzie bardzo często przez ponad rok (włącznie z koncertem w ramach festiwalu Jazz Jemboree,) przez jakiś czas będąc również częścią trasy koncertowej, gdzie Tomasz Stańko grał recital solowy w pierwszej połowie, a In/Formation swój set w drugiej.

Pod koniec 1981 roku Medyna i Winnicki postanowili przenieść się do Stanów Zjednoczonych, ale nie odbyło się to zgodnie z pierwotnym planem. „Mieliśmy wyjechać na 3 miesięczną trasę do Stanów, w ramach zespołu akompaniującego popularnemu piosenkarzowi – 16 grudnia 1981 roku – wspomina Winnicki. Paszporty i wizy amerykańskie mieliśmy już w kieszeni, ale nastał 13 grudnia i nasi generałowie postanowili urządzić sobie i całemu społeczeństwu stan wojenny. Musieliśmy zostać dłużej w domu. W końcu, po wielu perypetiach, dotarliśmy do Ameryki w styczniu 1982 roku”.

Już od momentu przybycia do USA przyjaciele zaczęli pracowali jako profesjonalni muzycy, choć czasami zmuszeni byli imać się innych prac, ponieważ, jak wyjaśnił Medyna „musiałem robić też i inne rzeczy, aby utrzymać rodzinę, ale cały czas grałem, nieważne czy to były koncerty jazzowe, czy muzyka do tańca”. Winnickiego start w Ameryce również rozpoczął się od łączenia muzyki z innych zajęciami. „Mimo że uczyłem się angielskiego cztery lata w ogólniaku i dwa na studiach, moja umiejętność swobodnej konwersacji nie była zbyt wielka, upłynęło więc trochę czasu, zanim oswoiłem się z angielską mową potoczną i slangiem ulicy. Ale od 1984 roku zacząłem już zajmować się muzyką na pełny etat – powiedział. W tym czasie nastąpiła prawdziwa eksplozja na rynku pracy w kasynach gry w Atlantic City, gdzie można było posłuchać świetnych muzyków na żywo przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. To był naprawdę niepowtarzalny okres i klimat. Grałem tam przez ponad dwa lata, aż do momentu, kiedy urodził się mój pierwszy syn. Przeprowadziłem się wtedy z powrotem do Nowego Jorku i rozpoczęła się moja współpraca z agencją, dającą mi dużo pracy – grałem w ekskluzywnych hotelach na Manhattanie, takich jak Plaza czy Waldorf-Astoria”.

Komeda zmarł w 1969 roku. Niemal 40 lat później Medyna i Winnicki założyli Komeda Project. Geneza grupy sięga jednak znacznie głębiej, do ponownej aktywacji grupy Breakwater, teraz pod nazwą Electric Breakwater, z basistą Patem Metheny – Markiem Eganem i perkusistą Carlosa Santany – Rodneyem Holmes, czego owocem była wydana w 2001 roku płyta „In the Bush” (J-Bird Records). Medyna umieścił ten okres w kontekście: „Graliśmy w późnych latach 90-tych dość często na Wschodnim Wybrzeżu. Będąc częścią nowojorskiej sceny fusion byliśmy świadkami smutnego okresu, gdy styl ten powoli obumierał śmiercią naturalną. Pewnego dnia, kiedy mieliśmy zagrać koncert w Zanzibar Club na Manhattanie, dotarłszy na miejsce zastaliśmy zamknięte drzwi i żółtą taśmę policyjną. Andrzej zadzwonił do właściciela, a on powiedział: 'O, sprzedałem klub, to miejsce nazywać się teraz będzie Chicago Blues'. Zdaliśmy sobie wówczas sprawę, że nie ma sensu nadal grać fusion i zwróciliśmy się w stronę muzyki akustycznej, a z czasem zaczęliśmy włączać do repertuaru grupy utwory Komedy. Choć początkowo był to jeszcze Electric Breakwater, zaczęliśmy grać z kontrabasem – to była raczej ewolucja niż rewolucja”.

W pierwszym składzie pod nazwą Komeda Project zespół zainaugurował swą działalność w 2004 roku koncertem w polskim Konsulacie Generalnym w Nowym Jorku. Płytowy debiut grupy – album „Crazy Girl”, został wydany trzy lata później. Z informacji prasowej, towarzyszącej wydaniu „Crazy Girl” można by błędnie wnioskować, że muzyczny materiał na płytę został wybrany tak, by łatwo można go było wykonywać na koncertach grupy. Sytuacja była faktycznie nieco inna, wyjaśnia Winnicki: „utwory wybrane do nagrania na płytę były przez nas już wcześniej grane na koncertach. Byliśmy działającym na żywo zespołem, a więc, kiedy weszliśmy do studia, mieliśmy je już ograne. Większość albumu została nagrana w pierwszym dniu studyjnym, zwykle za pierwszym podejściem”.

Drugi album grupy „Requiem” to, jak powiedział Medyna „zupełnie inna historia”. „'Crazy Girl' to bardziej przystępna płyta, o jasnych barwach, łatwiejsza w odbiorze – jak to wyjaśnia Winnicki. 'Requiem' odmalowana jest w barwach ciemniejszych, pełna pewnych religijnych wydźwięków płynących z muzyki Komedy. Melodie wybrane na drugi album są w większości smutne: to przecież ma być requiem – powiedział. 'Crazy Girl' jest bardziej optymistyczna”. Medyna dodał filozoficznie: „kiedy człowiek jest młody, patrzy na świat bardziej optymistycznie, łatwiej wówczas jest być wesołym, szczęśliwym. W miarę upływu lat, gdy widzisz gdzie jesteś, gdy widzisz upływ czasu, zaczyna ci tego optymizmu ubywać”.

Wiele już napisano na temat podejścia europejskich muzyków do amerykańskiej tradycji jazzowej. Dużo rzadziej słyszy się natomiast o amerykańskich muzykach wnoszących to bogate dziedzictwo do projektów o europejskim charakterze. Wzbogaceni o aplauz krytyków dla „Crazy Girl” Winnicki i Medyna ponownie zaprosili trębacza Russ’a Johnsona do wspólnych nagrań. Jednak to, co stanowi dodatkowo o odmienności „Requiem”, przesądzając jednocześnie o doniosłości ewolucji muzycznej nowego projektu w stosunku do poprzedniej płyty, to przede wszystkim obecność światowej klasy sekcji rytmicznej w składzie: Scott Colley – kontrabas i Nasheet Waits – perkusja.

Co do Krzysztofa Komedy, jego wpływ na rozwój europejskiego jazzu jest wielki, ale wkład ten pozostaje ciągle w zbyt dużym stopniu niedoceniany na światowej, a szczególnie amerykańskiej scenie jazzowej. Komeda Project (patrz www.komedaproject.com) jest idealnym wręcz zespołem, aby ten problem korygować – spuścizna Komedy jest w dobrych rękach, gotowa na dotarcie do szerszej publiczności.

Autor: BRUCE LINDSAY/ALL ABOUT JAZZ