Kresy zawsze ważne

139
Pisarz Janusz Paluch ZDJĘCIA: ARCHIWUM ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM

Z Januszem Paluchem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Długie lata generalnie nie można było pisać o Kresach. Pierwsza „odwilż kresowa” to rok 1980. Co powinno się zrobić, o czym pisać, by upływający czas nie wymazał z naszej świadomości tematyki wciąż tak ważnej?

– Rok 1980 był prawdziwym karnawałem wolności. Pod znakiem „Solidarności” można było mówić i pisać otwarcie o Kresach, ich polskości, Polakach tam wciąż przecież żyjących. Ta prawie bezcenzuralna wolność nie trwała jednak długo. Po stanie wojennym o Kresach można było czytać w wydawnictwach ukazujących się konspiracyjnie, publikowanych na emigracji i potajemnie przemycanych do PRL-u. Prawdziwą odwilżą dla tematyki kresowej było jednak ukazanie się nakładem Wydawnictwa Ossolineum w 1988 roku książki prof. Stanisława S. Niciei „Cmentarz Łyczakowski”. Później przyszedł rok 1989, zlikwidowano cenzurę i z czasem nastąpił prawdziwy wysyp książek o tematyce kresowej.

Historie Kresowian zawsze zostaną „otwartą, niezagojoną raną”. Pani, jako autorka wspaniałej przecież książki „Lepszy dzień nie przyszedł już”, poświęconej Ormianom i Kresom, wie o tym najlepiej. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o pani książce o „innych kresach” – Otwarta rana Ameryki. Wprawdzie inna szerokość geograficzna, inna kultura – ale ból ten sam…

Pisanie o Kresach nigdy tej rany nie zagoi, ale chyba nie o to też  chodzi. Potrzebna jest dokumentacja naszej – polskiej na Kresach – obecności, którą chciano nam zabrać przez dziesięciolecia panowania komunistycznego systemu w ZSRR, ale i PRL. Tam są źródła naszej kultury, literatury, architektury, w końcu tam miały miejsce na przestrzeni wieków ważne wydarzenia historyczne. Dzisiaj w Polsce o tym możemy mówić i pisać, ale poza Polską – na Kresach – najchętniej zawłaszczonoby nasze dziedzictwo kulturowe! Pamiętam, przed laty, uczestniczyłem w konferencji Dialog Dwóch Kultur w Krzemieńcu. To ważne miejsce dla Polaków, bo tam, gdzie Ikwy srebrne fale płyną urodził się Juliusz Słowacki… Siedzieliśmy w jednej z sal słynnego krzemienieckiego liceum w upalny wrześniowy dzień przy długim konferencyjnym stole, słuchając wykładu ukraińskiego profesora z Kijowa na temat Juliusza Słowackiego. Było kilka wolnych krzeseł. Nagle padły słowa, które wszystkich zelektryzowały. Postawiona została teza, że przecież Słowacki urodzony na Ukrainie, w cieniu Góry Królowej Bony, musiał znać język ukraiński i gdyby w tym języku pisał, rozmawialibyśmy o nim jako poecie ukraińskim…

Trzeba wspomnieć pisarza i reportera Marka Koprowskiego, który przewędrował Kresy wzdłuż i wszerz, dokumentując na stronach swych książek odradzanie się polskości i działalności Kościoła rzymsko-katolickiego. W ten nurt wpisuje się też pisarz Stanisław Srokowski, którego książka Repatrianci w 1988 roku pokazała po raz pierwszy w oficjalnym obiegu dramat Polaków wyrzucanych z Kresów. Należy przypomnieć, że pierwszymi książkami ukazującymi dramat ekspatriantów były powieści Haliny Auderskiej Ptasi Gościniec z 1973 roku i Babie lato z 1974 roku. Przez lata ukazywał się Rocznik Lwowski wydawany przez zmarłego niedawno Janusza Wasylkowskiego, poetę, pisarza, publicystę, kolekcjonera, współtwórcę Instytutu Lwowskiego w Warszawie.  Nie można pominąć audycji Lwowska Fala na antenie Radia Katowice, prowadzonej od lat przez panią Danutę Skalską. Istnieją też czasopisma wydawane przez Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, jak ukazujący się od 1989 roku wrocławski periodyk Semper Fidelis kierowany przez Andrzeja Kamińskiego – prezesa Zarządu Głównego TMLiKPW, krakowska Cracovia Leopolis założona w 1995 roku przez nieżyjącego już Andrzeja Chlipalskiego, czy lubińskie Spotkania Świrzan redagowane przez Józefa Wyspiańskiego.

Stanisław Nicieja, Aleksandra Ziółkowska-Boehm i Janusz Paluch spotkali sie w Krakowie
w czerwcu 2019 roku

Mówiąc o Kresach, trzeba przywołać dorobek wspomnianego wcześniej profesora Stanisława S. Niciei, autora niezwykłego cyklu „Kresowa Atlantyda”.

– Prof. Stanisław S. Nicieja to pomnikowa postać! To on przywrócił oficjalnie pamięć o Lwowie i Kresach. Wydane przez Ossolineum książki, najpierw „Cmentarz Łyczakowski” w 1988 roku, a potem „Cmentarz Orląt Lwowskich” w 1990 roku, stały się zielonym światłem dla spraw kresowych w oficjalnym obiegu. Kresowianie otworzyli przed nim swe  prywatne archiwa. Tysiące rozmów, spotkań, listy z całego świata! Efektem były teksty popularyzatorskie, naukowe, książki, audycje radiowe. I filmy dokumentalne, przede wszystkim dzięki przyjaźni z lwowianinem, reżyserem filmowym Jerzym Janickim. Każda książka, spotkanie autorskie, do dzisiaj, owocują wzbogacaniem archiwum kresowego prof. Niciei o nowe materiały. Owocem tego archiwum jest cykl przywołany już piętnastu tomów „Kresowej Atlantydy”.

Chcę przypomnieć  książki  Teresy Siedlar-Kołyszko, jak i podbijającej serca czytelników popularne opowieści lwowianki Beaty Kost. Niejako dopełnieniem są książki pisarzy emigracyjnych przywracanych z niemałym trudem polskiemu czytelnikowi – na przykład Florian Czarnyszewicz czy Józef Łobodowski, nie wspominając już o książkach i licznych artykułach w specjalistycznych periodykach naukowych,  jak także popularyzacja książek kresowych przez Beatę Bednarz – znaną krakowską blogerkę, autorkę kwartalnika Cracovia Leopolis.  Na drugim, nie chciałbym używać słowa – przeciwnym, biegunie stoją książki choćby Ziemowita Szczerka, który ukazuje codzienność Kresów w zupełnie innym świetle. Tam nie ma sentymentów, historia często ukazana jest w krzywym zwierciadle, dominuje sarkazm i prześmiewczość, ale nie brakuje też brutalnej prawdy o nas i Ukraińcach. Czasem kubeł zimnej wody każdemu dobrze zrobi…

Upłynęły lata od zmian w 1990 roku; czy Polska zrobiła wystarczająco, by nie tylko ocalić od zapomnienia, ale aby konkretnie pomóc rodzinom Polaków na Kresach?

– To niełatwe pytanie. Polska bowiem na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat zrobiła bardzo dużo dla Polaków mieszkających nie tylko na Kresach, ale i choćby w Kazachstanie. Czy nie mogła więcej? Niemcy, Żydzi dawali swym rodakom możliwość repatriacji. Dla tych, którzy nie chcieli – wiadomo, że starych drzew się nie przesadza – na miejscu organizowano pomoc. W ostatnim dziesięcioleciu XX wieku byłem włączony w grupę charytatywną przy Wspólnocie Polskiej w Krakowie kierowaną przez prof. Zygmunta Kolędę. W ciągu kilku lat wykonana została wielka charytatywna praca na rzecz Polaków żyjących we Lwowie czy Złoczowie. Pomagano jednak tylko tam, gdzie dotarli przedstawiciele Krakowskiego Oddziału Wspólnoty Polskiej… Byli to członkowie Krakowskiego Oddziału Towarzystwa Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich.

Wspierano Polaków zapomogami pieniężnymi, przywożonymi z Polski lekarstwami, organizacją leczenia w Polsce, czy w ekstremalnych przypadkach umieszczano chore, zaniedbane i całkiem samotne osoby w polskich domach opieki społecznej. Postulaty powołania wolontariackich grup charytatywnych nie do końca się zrealizowały, bo tzw. opiekunki były opłacane. Nie powiodła się próba zorganizowania przy jednym z kościołów apteki. Nie powiodło się też zorganizowanie dostarczania jesienią i zimą potrzebującym ciepłych obiadów – tak, jak robiła to we Lwowie mniejszość żydowska. Wszystko wygasło, gdy skończyły się pieniądze… Zwyciężyła doraźność. Nie wytworzyły się mechanizmy, zapewniające potencjał ciągłego działania, istnienie którego udowodniłoby Polsce, że Polacy żyjący w państwie ukraińskim są w stanie sami pomóc potrzebującym. Polska nie dała rodakom możliwości przeniesienia się do Ojczyzny. Dostali za to Kartę Polaka, z której nie każdy jest w stanie, albo nie potrafi, skorzystać. A przecież ta karta daje jej posiadaczom niemal takie same uprawnienia w Polsce, jak każdemu Polakowi. A jednak nie jest to polskie obywatelstwo, o którym wielu Polaków ze wschodu przecież marzy. Czy im się to nie należy, skoro są Polakami? W końcu potrafili to udokumentować, skoro otrzymali Kartę Polaka!

Zwrócono mi uwagę, że nieraz tożsamość narodowa wnuków polskich zesłanców już nie jest polska, ani nawet „spragniona polskości”; czas upłynął, może już minął. Jakie jest pana zdanie?

– Musimy sobie zdawać sprawę, że mamy do czynienia z Polakami, wywożonymi do Kazachstanu od lat trzydziestych XX wieku z Kamieńca Podolskiego, Żytomierza czy Berdyczowa, całymi rodzinami, wioskami. Świadomość polskości jest na wysokim poziomie. Przecież jeśli potomkowie zesłańców nie czują już „mięty” do Polski, to nie wybiorą naszego kraju jako miejsca docelowego do życia. Mają swoją ojczyznę, z którą są związani od dzieciństwa. Jeśli wybiorą Polskę, jako emigranci ekonomiczni, będą chcieli u nas zostać na stałe, to zrealizują swój plan niekoniecznie jako potomkowie Polaków. Nie będą zabiegali nawet o Kartę Polaka. Mało jest dzisiaj w Polsce takich rodzin choćby z Ukrainy bez polskich korzeni? Poza tym przeniesienie się do kraju przodków nie zawsze na dobre wychodzi. Państwo zrzuca obowiązek przyjęcia i zaopiekowania się repatriantami na samorządy, często nieprzygotowane, nie posiadające środków finansowych. Często oczekiwania przybywających przerastają możliwości samorządów, które stwarzają im warunki do startu w życie w nowej rzeczywistości. Jakże często sprawdza się stare polskie przysłowie wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma… A rzeczywistość wygląda tak, że w latach 2001-2014 repatriowano zaledwie około pięciu tysięcy Polaków…

Zajmujący sie ochroną zabytków na Kresach Stanisław Dziedzic przypomniał, że po drugiej wojnie światowej tylko część zbiorów Ossolińskich została przewieziona do Wrocławia. We Lwowie pozostały wciąż bogate zasoby, których wbrew intencjom Ossolińskich nie zamierzano zwrócić narodowi polskiemu. Część tych zbiorów jest w kościele Jezuitów, który władze sowieckie zamieniły w magazyn. Dziedzic naocznie przekonał się, w jak strasznych warunkach znajdują się te zbiory. Wilgotne ściany, zniszczony dach. Podał pan uaktualniający przypis, że zbiory Ossolińskich dalej są w tragicznych warunkach i władze ukraińskie nie zgadzają się ani na ich zwrot, ani na zamianę eksponatów ważnych dla tożsamości ukraińskiej, które są w polskich zbiorach. Czy sytuacja się zmieniła?

– Sytuacja zmieniła się o tyle, że w kościele Jezuitów pod wezwaniem św. św. Piotra i Pawła we Lwowie obecnie jest cerkiew grecko-katolicka, a barokowe wnętrza są odnawiane przez polskich i ukraińskich konserwatorów. Zbiory polskich, dla nas bezcennych, czasopism umieszczone w świątyni po II wojnie światowej narażone były przez dziesięciolecia na zmiany temperatury, wilgoć – choćby dziurawy dach, gryzonie, pożar. To cud, że przez te lata nie doszło tam do tragedii.  Zbiory Ossolineum, przejęte przez Bibliotekę im. W. Stefanyka przetransportowano w końcu w 2011 roku do innych magazynów.

Moim zdaniem – najważniejsze, by te materiały zostały ocalone dla potomnych, by jak najszybciej zostały zdygitalizowane i udostępnione zainteresowanym. W ten sposób uratowane dla nauki. Różne polskie fundacje wiele w tym kierunku działają, ale to wszystko za mało, potrzeby są ogromne. W takiej sytuacji czy te zbiory będą w bibliotece we Lwowie, Krakowie czy Wrocławiu – nie miałoby to znaczenia, skoro można byłoby korzystać z nich w zaciszu domowego gabinetu?!

Stanisław Dziedzic mówi też o wandalizmie wobec sakralnych zabytków polskich we Lwowie, gdzie po ostatniej wojnie kościoły zostały skazane na zagładę.

– Bez wątpienia stan wielu świątyń we Lwowie był przerażający. Wyłączone, zamknięte, albo przeznaczone na magazyny czy sale koncertowe. Stanisław Dziedzic od lat dziewięćdziesiątych monitorował i opisywał w swych tekstach sytuację nie tylko lwowskich świątyń. Myślę, że obecnie wszystkim kościołom we Lwowie przywrócone zostały funkcje kultowe. Niestety, większość świątyń rzymsko-katolickich służy kościołowi greckokatolickiemu. Ale chyba to lepsze, niż miałyby nadal być zamknięte czy służyć jako magazyny… Trwa też nadal spór o kościół pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, który nadal służy jako koncertnyj zał, a o możliwość odprawienia w świątyni mszy świętej trzeba ubiegać się u władz lwowskiej filharmonii. Udało się też abp Mieczysławowi Mokrzyckiemu odzyskać Pałac Lwowskich Biskupów, który został też odrestaurowany. …Sytuacja o wiele gorzej wyglądała, i w wielu przypadkach dotąd nie wygląda najlepiej, w małych miejscowościach i wioskach.

Dość wspomnieć podominikański kościół przy klasztorze w Podkamieniu… Choć w kwestii inwentaryzacji kościołów na Kresach tak wiele zrobił prof. Janusz Ostrowski z zespołem historyków sztuki. Wynik ich pracy to kilkadziesiąt tomów naukowych opracowań wydanych przez krakowskie Międzynarodowe Centrum Kultury. O współczesną sytuację świątyń kresowych najlepiej pytać prof. Janusza Smazę z warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, który właściwie całe naukowe i konserwatorskie życie poświęcił Kresom! Poznałem go w czasie prac konserwatorskich w Żółkwi, kiedyś spotkałem go na Cmentarzu Orląt Lwowskich podczas wydobywania z ziemi zniszczonych nagrobków, potem w Kamieńcu Podolskim, gdzie opowiadał o konserwatorskich problemach w klasztorze i kościele dominikańskim… 

Kiedyś w towarzystwie Janusza Smazy oglądałem magazyny pomieszczone w dawnym klasztorze OO. kapucynów w Olesku. Zakaz fotografowania egzekwowany był stanowczo przez kilku pilnujących nas strażników. Nie dziwię się, że tak pilnują, bo to co zobaczyliśmy woła – pewnie do dzisiaj – o pomstę do nieba! Setki, tysiące rzeźb, obrazów, fragmentów architektonicznych, przedmiotów kultu, mebli! Wszystko zabrane ze świątyń rzymsko-katolickich, dworów i pałaców z całych Kresów. Z jednej strony uratowane przed zniszczeniem, z drugiej niszczejące przez lata w Olesku. Zakurzone, przechowywane w pomieszczeniach nieogrzewanych, narażone na wilgoć, zmiany temperatur, kurz… Poza tym wyrwane z kontekstu historycznego, można mieć nadzieję, że przynajmniej opisane, skąd zostały zabrane. W końcu zbierali je specjaliści. Twórcą tego magazynu w latach sześćdziesiątych XX wieku był, nieżyjący już, Borys Woźnicki. To on spowodował, że słynne obrazy z kolegiaty w Żółkwi zostały zdjęte ze ścian świątyni, zabezpieczone i zmagazynowane w Olesku. W 2007 roku, po wielu latach zabiegów, dwa z nich, o powierzchni 65 m2 każdy, Bitwa pod Wiedniem i Bitwa pod Parkanami zostały przewiezione do Warszawy, zakonserwowane i zaprezentowane w Warszawie. Kosztowało to bez mała 4,5 mln zł… W tym czasie kolegiata żółkiewska była już odrestaurowana i przywrócona kultowi. Była nadzieja, że obrazy wrócą na swoje dawne miejsce. Niestety tak się nie stało. Olbrzymie płótna zostały zrolowane, zabezpieczone i wywiezione do Oleska, gdzie złożono je w dawnym przyklasztornym kościele. Gdy przed kilkoma laty dotarła informacja o zniszczonym dachu kościoła w Olesku – wszyscy pytali przede wszystkim: co z obrazami z Żółkwi?!

Pana rozmówca – profesor Zygmunt Kolenda przypomina, że po 1956 roku przyjechało do Polski ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy Polaków, a nie byliśmy wówczas bogatym państwem, tymczasem w ostatnich latach w ramach repatriacji wróciło do kraju zaledwie kilka tysięcy Polaków, a szacuje się, że na wschodzie żyje około miliona osób czujących się Polakami. Mówi wprost, że kolejne rządy III Rzeczypospolitej nie zabrały się za ten palący problem konstruktywnie.

– To wstydliwy dla naszego państwa, wciąż nierozwiązany problem. I nie można tłumaczyć, że rok 1956 to z jednej strony stalinowska odwilż, a z drugiej – zaledwie jedenaście lat po zakończeniu II wojny światowej. Po upadku Muru Berlińskiego, w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, Niemcy przyjmowali swych rodaków chcących się przesiedlić z dawnego Związku Radzieckiego bez warunków. Niemcy z Rosji przyjęli ponad dwa miliony ludzi. Sprowadzali całe rodziny. Nie stawiali im żadnych warunków, nawet wymogu znajomości języka niemieckiego. Żydzi czynili to na przestrzeni lat nie tylko w okresach przesileń, jakim był np. rok 1968… Nie proponowali swym rodakom jakichś pośrednich dokumentów… Po prostu przyjmowali ich i pomagali w adaptacji do nowej dla nich sytuacji. Polska, a właściwie politycy odwiedzający Polaków na wschodzie, mamiła swych rodaków tylko obietnicami. W końcu pojawiła się tzw. Karta Polaka. Oczywiście pomocna w naszym kraju dla ich posiadaczy. Ale i upokarzająca, bo posiadacz takiej karty de jure obywatelem Polski nie jest. Tam był „Polaczkiem”, a w Polsce „Ruskim”. Kiedy z pompą wręczane były w Kazachstanie czy Ukrainie pierwsze Karty Polaka, w USA czy Kanadzie Polonusom wręczano paszporty Rzeczpospolitej przywracające im obywatelstwo polskie. Gdy pytano, dlaczego dla Polaków ze wschodu mamy tylko Karty Polaka? Odpowiadano, że Polski – tak jak Niemców czy Izraela – nie stać na przyjęcie repatriantów z Kazachstanu… W tym czasie Kazachstan przeżywał odrodzenie islamu. Wiele rodzin, czujących się Polakami, widząc, że płynące znad Wisły obietnice są tylko słowami, decydowało się na przesiedlenie do Rosji czy Białorusi – w końcu byli obywatelami dawnego ZSRR… Poza tym rynek pracy w tych krajach był dla nich otwarty.

Bogusław Kołcz przywołał postać poety i dr med. Jerzego Masiora (zmarł w 2003 r.) związanego z Akademickim Liceum i Gimnazjum im. Króla Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu, który przygotowywał  starannie z młodzieżą kolejne wyprawy do Lwowa. Stawał przed mapą przedwojennej Polski, objaśniał, pokazywał zdjęcia z cmentarza Obrońców Lwowa, przywoływał swoje wspomnienia z lwowskiego harcerstwa,  mówił o pamiątkach polskich na Kresach. Uświadamiał, nauczał i zapalał młodzież, która jechała przygotowana na swoje wędrówki, wracała z własnymi doświadczeniami i własnym emocjonalnym bagażem. Czy jest tych działań wiele więcej?

– Jerzy Masior był przede wszystkim lwowianinem… Dzisiaj takich jak on szukać jak w korcu maku! Nie jest jednak tak źle, bo różnego rodzaju przeglądy czy festiwale piosenki kresowej ukazują, że jest w naszym kraju śpiewająca młodzież! W Krakowie taki muzyczny zespół „Promyki Krakowa” prowadzi Roma Krzemień. Są obecni podczas najważniejszych uroczystości patriotycznych i kresowych. Ale i dorośli też kultywują kulturę muzyczną z kresowym zaśpiewem! Mam na myśli zespół „Chawira” prowadzony przez Karola Wróblewskiego. Niedaleko, bo na w śląskim Bytomiu od lat bawi i wzrusza nie tylko Kresowian kabaret „Tyligentne Batiary” Adaśka Żurawskiego. A poetów też nie brakuje! Choćby Mariusz Olbromski zafascynowany Krzemieńcem czy opływający żaglowcami świat Franciszek Haber! Wierni czytelnicy kwartalnika Cracovia Leopolis od ponad dwudziestu już lat mogą czytać wiersze poetów urodzonych na Kresach lub nimi zafascynowanych, choćby Adam Zagajewski urodzony we Lwowie, zmarły w tym roku Bogusław Żurakowski pochodzący ze Stanisławowa czy Krzysztof Kołtun z Chełma. 

Jak mówi Mariusz Graniczka, dyrektor krakowskiego Gimnazjum imienia Stanisława Konarskiego, którego młodzież od 2000 roku regularnie wyjeżdża na Kresy, cyt.: „Kresy tkwią w każdym z nas – świadomie czy podświadomie – jako kraina owiana legendą, znana czy to z przekazów rodzinnych, czy literatury i filmu. W naszej wyobraźni jawią się jako miejsca pełne niesamowitości i tajemniczości – tygiel kultury narodowej. W poprzednich latach były przecież niedostępne. Teraz przyszedł czas, by dla siebie, a przede wszystkim dla młodzieży, odkrywać je od nowa”. Roma Krzemień mówi: „Przecież tam zostało wszystko! Tam jest Polska!”.

– Tam jest Polska, bo wciąż mieszkają tam Polacy!