Mam mnóstwo pomysłów na filmy

463
Oskar Urbaniak przed budynkiem New York Film Academy w Los Angeles Zdjęcia: Archiwum Oskara Urbaniaka

"Bardzo chciałbym robić filmy. W Stanach doceniono moją pracę i drogę, jaką pokonałem oraz ogromny wysiłek. Ja po prostu chcę robić filmy. Tyle i aż tyle. Czuję, że do tego się urodziłem. To coś, jak natchnienie z nieba" – mówi Oskar Urbaniak, filmowiec, absolwent Szkoły Filmowej w Łodzi, w Nowym Jorku i Los Angeles.

Gdybyś miał się nam przedstawić, to jak byś zaczął?

– W miarę krótko? Pewnie byłoby coś takiego: nazywam się Oskar Urbaniak i jestem reżyserem i operatorem, absolwentem Szkoły Filmowej w Łodzi (PWSFTviT) i New York Film Academy w Nowym Jorku i Los Angeles. Pracowałem przy produkcjach filmowych fabularnych, dokumentalnych, głównie w dziale reżyserskim i operatorskim. Przed wyjazdem do USA pracowałem między innymi przy produkcjach filmów takich, jak „E=Mc2” Olafa Lubaszenko, „Wrota Europy” Jerzego Wójcika, „Cudownie ocalony” Janusza Zaorskiego w dziale reżyserskim, co pomogło mi rozwinąć bardzo silne poczucie narracji. Miałem zaszczyt asystować m.in. legendarnym polskim operatorom, takim jak Jerzy Wójcik („Popiół i diament”) czy Witold Sobociński („Ziemia Obiecana”), gdzie miałem okazję zdobywać doświadczenie. Zdobyłem też doświadczenie w pracy przy produkcjach różnych form telewizyjnych, na przykład seriali, reżyserowałem również filmy dokumentalne.

Zawsze interesowałem się ludźmi, którzy zostali w jakiś sposób odrzuceni, pozostawieni na marginesie społeczeństwa, którzy niekoniecznie pasują do obowiązujących norm. Pracowałem jako reżyser lub w dziale operatorskim, przy produkcjach telewizyjnych, gdzie wyreżyserowałem ponad 100 odcinków różnych programów. Mam doświadczenie w pracy przy teledyskach dla popularnych wokalistów, m.in. laureatów polskich edycji talent shows, jak na przykład „X-Factor” czy „Mam Talent”. Pracowałem przy reklamach np. dla Toshiby… Robiłem filmy krótkometrażowe w Europie i USA.

Pasja operatorska, którą odkryłem w sobie pracując jako reżyser, zamiłowanie do malowania światłem skłoniło mnie do podjęcia studiów operatorskich w USA. Uczęszczałem do New York Film Academy zarówno w Nowym Jorku, jak i w Los Angeles. Studia w USA ukończyłem jako Master of Fine Arts in Cinematography z najwyższymi honorami Summa Cum Laude. W międzyczasie byłem m.in. autorem zdjęć do kilku filmów krótkometrażowych.

Jak się zaczęła twoja miłość do kina?

– Właściwie kawał dzieciństwa spędziłem w kinie… Przyjeżdżałem do dziadków na wakacje do Mikołajek na Mazurach. Moi dziadkowie pracowali wtedy w ówczesnym kinie „Żagiel”, które odwiedzałem praktycznie w każde wakacje. Za komuny pracownicy kin dostawali od państwa pakiet ponad 30 biletów za symboliczną cenę – jednej złotówki – i mogli wykorzystać je jakkolwiek chcieli. Brałem więc te trzydzieści biletów i wykorzystywałem je co do jednego. Zdarzało mi się iść trzykrotnie w ciągu dnia do kina – nawet dwukrotnie na ten sam seans. Pierwsze filmy, jakie pamiętam, to „Powrót Jedi” i „Wejście Smoka” (Enter the Dragon). Pamiętam, że w tamtym czasie jako siedmiolatek, gdy odkryłem medium filmowe, nie potrafiłem zasnąć… Te obrazy absolutnie wryły się w moją głowę – śniłem nimi, oddychałem. Byłem poruszony maksymalnie i wtedy powstała we mnie myśl, że gdy dorosnę będę chciał opowiadać historię, jak tamci „mistrzowie dzieciństwa”, jak George Lucas, autor „Gwiezdnych Wojen”. Po powrocie do domu potrafiłem nachalnie cały czas opowiadać, czego byłem świadkiem. Zbierałem rodzinę i odtwarzałem po swojemu akcję z „Gwiezdnych Wojen”. Były to czasy dwóch programów w telewizji publicznej. Istniały jeszcze książki, radio i gra w kapsle. Dzisiaj moi filmowi mistrzowie oczywiście się zmienili.  

Jak trafiłeś do New York Film Academy?

– Pewnie trzeba by się cofnąć do prapoczątków. Pierwszy raz, jako turysta, odwiedziłem Nowy Jork z moją eks-dziewczyną. Ona miała tutaj mamę. Ja byłem nasiąknięty obrazami „Wielkiego Jabłka”, dzięki filmom Woody’ego Allena takim jak „Anny Hall” czy „Manhattan”, a z drugiej strony mrocznym „Taxi Driver” Martina Scorsese. Było to miasto, które zawsze chciałem zobaczyć. Nowy Jork roił się w mojej głowie jako miejsce, w którym wszystko jest możliwe.

Dałem mu się zahipnotyzować i pokochałem to miasto. Mogę więc powiedzieć, że do Nowego Jorku pierwszy raz przywiodła mnie miłość. Pamiętam, że gdy z moją dziewczyną zwiedzaliśmy Manhattan, zatrzymaliśmy się na Union Square. Gdy przysiedliśmy na ławce w tamtejszym parku, zobaczyłem – akurat wtedy zachodziło słońce – łopoczące na wietrze flagi New York Film Academy. Zobaczyłem też studentów biegających z kamerami i nagrywających coś… Pomyślałem wówczas, że „to jest to miejsce, tutaj przynależę (here I belong), tutaj chcę studiować”. Zachodzące słońce, studenci z kamerami… Zawsze chciałem studiować w USA.

Oskar sprawdza kadr na planie filmu „Tender” w Nowym Jorku

Minęło trochę czasu i spełniły się Twoje marzenia…

– Tak. Po powrocie do Warszawy zacząłem wysyłać listy do władz szkoły, pisząc o sobie, że bardzo chcę zostać ich studentem.

Kiedy wróciłeś do USA?

– Po roku. Tym razem do Waszyngtonu. Podjąłem współpracę, jako  freelancer, z Telewizją Polską. Pomagałem korespondentce robić materiały do telewizji. Wyglądało to tak, że 4 dni spędzaliśmy w Waszyngtonie, a weekendy w Nowym Jorku. Robiliśmy materiały o wydarzeniach polonijnych w Nowym Jorku takich, jak np. ważny dla polskiej kultury „Rok Grotowskiego”, spektakl Grzegorza Jarzyny „Macbeth”, czy sztuka off-Broadway „Irena’s Vow” o Irenie Gut – kobiecie, która ratowała Żydów podczas hitlerowskiej okupacji, przechowując ich w piwnicy własnego domu, który dzieliła z mężem – oficerem SS… Porażająca, niesamowita historia. Podobno zainteresowało się nią Hollywood.

Mając już wtedy wizę dziennikarską, zacząłem realizować plan. Dalej wysyłałem lity do mojej wymarzonej uczelni, poznawałem jej historię. Po kilku latach ostatecznie zdecydowałem się postawić wszystko na jedną kartę i powiedziałem, że „teraz albo nigdy” i znalazłem się po raz kolejny na Wschodnim Wybrzeżu USA. Tym razem na dłużej.

Nie wchodźmy w papierkowe, formalne szczegóły, bardziej interesuje mnie Twoja artystyczna, życiowa droga. Początki były trudne?

– Tak, niestety. Poznałem, jak pewnie wszyscy próbujący realizować swój „american dream” rodacy, smak ciężkiej, niezwiązanej z wyuczonym zawodem pracy. To też jest osobny temat na film albo książkę. Postanowiłem, po różnych początkowych zmaganiach, że zacznę od pracy w mediach polonijnych Wschodniego Wybrzeża. To była najbardziej rozsądna droga. Udało mi się dostać pracę w redakcji „Nowego Dziennika”, który miał wtedy siedzibę w Garfield, NJ. Tak naprawdę to była wówczas jedyna licząca się polskojęzyczna gazeta. Redakcja miała wtedy również własny program telewizyjny. Napisałem wiele artykułów, pracowałem w dziale graficznym, realizowałem programy dla telewizji. Z tyłu głowy miałem jednak wciąż wybraną uczelnię…

Po pewnym czasie złożyłem wymagane papiery. Wysłałem władzom uczelni informacje o tym, co do tej pory zrobiłem: obrazy, próbki filmowe z Polski… Po tym, gdy wysłałem mój film dokumentalny o stroicielu fortepianów w Szkole Filmowej w Łodzi, otrzymałem Stypendium dla Talentów i…  miejsce na wymarzonym wydziale. Oficjalnie zostałem przyjęty na wydział Cinematography. Wiedziałem, że chcę zrobić tu magisterium – Master of Fine Arts. W Nowym Jorku zajęcia prowadzone były na dolnym Manhattanie, przy Battery Place. Studia kończyły się po roku dyplomem zwyczajnym. Każdy, kto był zainteresowany zdobyciem tytułu magistra,  wcześniej musiał pochwalić się dyplomem co najmniej Bachelor. Miałem już dyplom magisterski MFA (Master of Fine Arts) Szkoły w Filmowej z Łodzi, mogłem więc dokończyć studia tej samej uczelni na wydziale w Los Angeles. Byłem jedynym studentem z mojego roku w Nowym Jorku, który kontynuował studia magisterskie w Los Angeles.

Z jakimi wynikami ukończyłeś etap w Nowym Jorku?

– Mając europejskie wykształcenie, które mi bardzo pomogło, ukończyłem studia w Nowym Jorku z najwyższymi wynikami – same „A grades”, czyli po polsku, w rodzimej nomenklaturze, piątki od góry do dołu.

Czyli zdobyłeś dyplom najlepszego studenta na roku w Nowym Jorku?

– Tak. Później w Los Angeles również…

Jak wyglądały zajęcia w Nowym Jorku?

– Studia były bardzo wymagające, mega intensywne. Na moim roku było 12 osób; poza Amerykanami, byli to studenci m.in. z Hiszpanii i Filipin. Pracowałem w sumie przy blisko 80 projektach, które realizowaliśmy na potrzeby szkoły w różnych funkcjach. Ideą szkoły było zawsze „learning by doing… practice, practice, practice”. Sami o sobie piszą, że jest to “the best hands-on film school in the world”. To był tygiel. Cały tydzień zajęcia, w weekendy często praca nad innymi studenckimi projektami. Podczas studiów w obu miastach robiliśmy mnóstwo projektów różnymi kamerami, zaczynając od kultowej taśmy filmowej 16 mm, 35 mm, po Arri Alexę – kamerę, którą było kręcona największa ilość filmów oscarowych. Miałem nieprawdopodobne szczęście, gdy kręciłem kilka projektów na Ridgewood czy Bushwick w Nowym Jorku, gdyż spotykałem absolutnie wspaniałych Polaków – szczególnie tulę Majkę z 60th Place na Queensie i Panią Anię. Nagrywałem m.in. w jej ogrodzie i domu. Jeśli tylko potrzebowałem, nigdy nie odmówiła mi pomocy.

Studia w Nowym Jorku zakończyłeś zrealizowaniem ciekawego filmu dyplomowego. O czym jest ten film, jak powstawał?

– Film nosi tytuł „Tender”. Jest to opowieść o dziewczynie uzależnionej od narkotyków. Po odwyku postanawia odwiedzić dawno niewidzianą babcię. Samotnie mieszkająca na Brooklynie babcia jest terminalnie chora i wyjawia jej, że pewnie nie dożyje kolejnych Świąt Bożego Narodzenia. Bohaterka Julia postanawia jej wyprawić Wigilię w środku lata. Dzień przed przystąpieniem do realizacji filmu straciłem główną aktorkę, musiałem więc w ostatniej chwili znaleźć inną na jej miejsce. Musiałem też „wyczarować” sztuczny śnieg. To kolejny temat na film. Chyba całe moje życie to suma nieprawdopodobnych zdarzeń, dziwnych zbiegów okoliczności.

Montaż kończyłem już w Los Angeles, ponieważ po trzech dniach od tzw. ostatniego klapsa mojego filmu dyplomowego musiałem już tam lecieć, aby zacząć nowy semestr w szkole. Pożegnałem ludzi z roku i zaczął się etap kalifornijski…

Trafiłeś więc do Los Angeles. Miałeś miejsce do mieszkania i konkretny plan?

– To było kompletnie obce dla mnie miasto, nikogo tam nie znałem. Zacząłem od poszukiwania mieszkania. Początkowo co chwilę zmieniałem miejsca, gdzie mogłem się przespać. No i rozpoczęły się zajęcia. Miałem genialnych i legendarnych twórców nominowanych do Oskara oraz ludzi pracujących w ścisłej szpicy Hollywood. To chyba jedyna uczelnia w Stanach, która zatrudnia m.in tylu operatorów z ekskluzywnego grona American Society of Cinematographers (Stowarzyszenia Amerykańskich Operatorów Filmowych).

To szkoła absolutnego profesjonalizmu. System kręcenia filmów w LA jest pod kilkoma względami inny od tego w Nowym Jorku. Można jeszcze zrobić „partyzancką” akcję w Nowym Jorku, po prostu wtrynić się gdzieś z kamerą, najlepiej, gdy nie ma się statywu, np. do metra licząc na to, że nie zatrzyma cię policja – takie rzeczy nie przejdą w Los Angeles. Tam na absolutnie wszystko trzeba mieć pozwolenie. Znane są przypadki, że kręcąc scenę na ulicy, trzeba wynająć oddział policji i zapłacić za ujęcie go na ulicy. Kalifornia to zupełnie inny świat…

Kręciłeś tam w jakichś ciekawych miejscach? 

– Tak, mieliśmy np. zajęcia i kręciliśmy w miejscach takich, jak legendarne Universal Studios w Hollywood.

Wiem, że masz gotowe scenariusze, to znaczy gotowe do nakręcenia…

– Mam wiele pięknych historii – ponad sto.

Sto? Chcesz powiedzieć, że masz sto pomysłów na film?

– Dokładnie tak. Mam mnóstwo pomysłów na filmy piękne, głębokie, poruszające i kopiące w serce – tak sądzę. W sumie 108 pomysłów na filmy… Potrzebuję producenta, kogoś, kto mi zaufa i sfinansuje produkcję. Może na tym polega mój pech, że trudno w to uwierzyć… W ilość historii i pomysłów,  które mam.

Szkołę w Los Angeles podobno ukończyłeś ze specjalnymi honorami…

– Tak, z najwyższym możliwym dyplomem – (z łac.) Summa Cum Laude, czyli With the Highest Distinction. Najpierw myślałem, że będzie to o stopień niżej – Magna Cum Grande,  ale jeszcze wtedy nie skończyłem wszystkich zajęć. Gdy zsumowano wszystkie oceny i gdy okazało się, że w rezultacie przyznano mi to Summa Cum Laude, dyplom wysłano do Polski, którą odwiedziłem niedawno. Gdy trzymałem ten dyplom w ręku poczułem wzruszenie. Chciało mi się wyć ze szczęścia.

Czy któryś z Twoich kolegów również otrzymał ten wyjątkowy dyplom?

– Nie. Ja byłem jedynym studentem wydziału Cinematography – Director of Photograhy (operator obrazu filmowego – autor zdjęć) na moim roku i na moim wydziale, który został tak wyróżniony.

I jak się z tym czujesz?

– W tej chwili, gdy „opadł już kurz”, to chyba nie ma wielkiego znaczenia. Udało mi się spełnić marzenie. Teraz czekają na mnie kolejne wyzwania.

Myślisz, żen ten dyplom, te „specjalne honory”, pomogą Ci w karierze?

– Nie wiem, czy w Polsce by pomogły. Mam wrażenie, że to nie ma wielkiego znaczenia, niestety. Bardzo chciałbym robić filmy. W Stanach jakoś doceniono moją pracę i drogę, jaką pokonałem i ogromny wysiłek. Ja po prostu chcę robić filmy. Tyle i aż tyle. Czuję, że do tego się urodziłem. To coś, jak natchnienie z nieba… Z jednej strony przekleństwo, z drugiej błogosławieństwo. To jak powołanie do stanu duchownego. Tak sobie wyobrażam ten wewnętrzny głos i imperatyw, że decydujesz się na specyficzny rodzaj i wzór bardzo niełatwego, wbrew pozorom, życia. To silniejsze ode mnie.

Kto jest Twoim ulubionym operatorem filmowym?

– Darius Khondi („Delicatessen”, „The City of Lost Children”, „Se7en”), Anthony Dod Mantle („Antichrist”, „Slumdog Millionaire”), Sławomir Idziak, od czasów współpracy z Kieślowskim przy produkcji filmów „Podwójne Życie Weroniki” i „Niebieski”. Dariusz Wolski zajmuje szczególne miejsce w tej mojej hierarchii. Bardzo lubię Manuela Alberta Claro i zdjęcia do „Melancholii” Von Triera.

Oskar przy kamerze na taśmę filmową 35 milimetrów na planie filmowym w Nowym Jorku

Dlaczego tak bardzo fascynuje Cię sztuka operatorska?

– Bo piękno to sztuka. Bo – cytując Dostojewskiego – piękno zbawi świat. Malowanie światłem, kadrowanie, tworzenie obrazów filmowych w ruchu to najpiękniejszy zawód świata, który pozwala na tworzenie własnych światów i kolorów.

Chcesz komuś podziękować?

– Tak, na zawsze moim wyrozumiałym rodzicom i bratu Andrzejowi, że nie wyrzekli się takiego rebelianta i wspierają mnie zawsze (nawet wbrew logice i rozsądkowi). Nigdy nie zapomnę, gdy na pierwsze konsultacje do Łodzi, jeszcze przed maturą, moja mama Krystyna pojechała ze mną nocnym pociągiem. Wzrusza mnie to za każdym razem, gdy o tym pomyślę… Kibicuje mi od zawsze.

Mam nadzieję, że znajdziesz jakiegoś producenta, który uwierzy w Ciebie, i da Ci szansę zrobienia fabuły i dokumentu. Czego byś sobie życzył?

– Poza zdrowiem i szczęściem swoim i rodziny, niczego innego nie pragnę bardziej niż robienia filmów. Mam cudowne pomysły i potrzebuję kogoś, dobrej współpracy z producentem, aby je realizować. Chodzi nawet o skromne budżety. Nie interesuje mnie kino z wielkimi fajerwerkami. Marzę o tym, żeby robić filmy artystyczne, ważne, skupione na indywidualnej ludzkiej, skromnej historii, wzruszające i mądre.

Dziękuję Ci za poświęcony czas. I życzę, abyś sukcesywnie przenosił marzenia na ekran.

Rozmawiał: Janusz M. Szlechta