Nie lubię się nudzić

0
0

Od lat znamy cię jako dziennikarza “Nowego Dziennika”, a od 2008 roku, kiedy wydałeś swój pierwszy tomik poezji “Nuta Cienia”, także jako poetę. W tym roku przed świętami pojawiło się twoje autorskie nagranie pt. “Święta, Święta”. Od kiedy zacząłeś zajmować się również muzyką i w jakim charakterze?

Zaryzykuję stwierdzenie, że to muzyka zaczęła się mną zajmować. W 1983 roku, kiedy miałem 8 lat, rodzice po uprzednich konsultacjach w większym familijnym gronie uznali, że posiadam tzw. słuch muzyczny i zgłosili mnie na przesłuchanie do warszawskiego chóru Lutnia. Wtedy był to jeden z liczących się chórów w Polsce, z blisko 100-letnią tradycją. Tam zaczęła się moja przygoda z muzyką.

Dla 8-letniego chłopca śpiewanie w chórze, nawet znanym, to chyba mało fascynujące zajęcie?

Też tak początkowo myślałem. Jak się jednak okazało, nie w tamtym miejscu i czasie. Przede wszystkim byli tam niesamowici pedagodzy ze szczególnym uwzględnieniem nieżyjącego już dyrygenta Jana Tkaczyka. To byli ludzie, którzy potrafili trafić do mało zdyscyplinowanych młodych ludzi i czegoś ich nauczyć. Pięć lat w Lutni wspominam jako niesamowitą przygodę i odskocznię od, jakby nie było, szarej rzeczywistości lat 80. Coś bowiem musiało skłaniać 8-letniego chłopca, aby co drugi dzień tam i z powrotem przemierzał autobusem blisko godzinną trasę z Ochoty na Powiśle. W tamtych czasach Towarzystwo Śpiewacze Lutnia, gdyż tak brzmiała pełna nazwa chóru, zapraszane było na liczne występy, co dawało możliwość koncertowania w najbardziej znanych salach koncertowych w Polsce i w Europie. Graliśmy również epizodycznie w filmach, nagrywaliśmy programy dla telewizji i Polskiego Radia. Wraz z grupą kilkunastu rówieśników wystąpiłem między innymi w epizodycznej scenie w ekranizacji “Biesów” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Jedną scenę w cerkwi na Pradze kręciliśmy wtedy przez całe popołudnie, ale nie pamiętam, żebym był zmęczony. Zaśpiewać w filmie Wajdy, to przecież było coś. Żałuję jedynie, że byłem za młody, aby wystąpić w “Akademii Pana Kleksa”. Kilku starszym kolegom się udało. A potem, mówiąc dzisiejszym językiem, zaznali oni iście hollywoodzkiej sławy. Z tego, co pamiętam, śpiewać im się za bardzo później już nie chciało (śmiech). Ale za to dziewczyny były bardzo zdekoncentrowane w ich obecności.

Dlaczego przestałeś śpiewać w chórze?

Po mutacji, jak to często w takich wypadkach bywa, nie wróciłem już do chóralnego śpiewania. Poza tym trzeba było skupić się na nauce. Ale później myślę, że dopadł mnie tzw. syndrom posceniczny. To, że jak już się raz na tą scenę wejdzie, i zasmakuje się tego scenicznego “blichrtu”, to chciałoby się tam znaleźć ponownie. Później zawsze człowiek chce gdzieś tam wystąpić, zaśpiewać, czy też zagrać. Po opuszczeniu chóru wytrzymałem bez muzyki dwa lata, a później mając 15 lat postanowiłem nauczyć się grać na gitarze. Następne lata to takie garażowe bluesowo-rockowe granie w różnych składach i konfiguracjach. Ale kontakt z muzyką był i to się liczyło.

Później była przygoda z formacją Modfunk i muzyką klubową…

Znacznie później. Bodajże w 2001 roku mój wieloletni przyjaciel Marcin Chmarzyński znany bardziej jako Tigermaan, a współtworzący powstałą dwa lata wcześniej formację Modfunk zgłosił się do mnie z propozycją wspólnych występów. W Polsce był chyba wtedy szczyt przybyłego z Wysp Brytyjskich tzw. clubbingu, a nowe kluby, gdzie grali DJ’e, powstawały jeden za drugim. Współpraca z Modfunk, tworzącym muzykę elektroniczną, to było przeżycie zarówno muzyczne, jak i estetyczne, gdyż grywaliśmy wtedy w najbardziej zatłoczonych warszawskich klubach, między innymi w Piekarni, Muzie, czy też Organzie. Moja rola ograniczała się właściwie do improwizacji gitarowej na zadany temat. Poruszałem się więc w klimatach muzyki house i elektro wcześniej mi dość odległych. Okazało się to jednak specjalnie bez znaczenia, gdyż liczyły się jedynie emocje i fakt, że ludzie się dobrze bawią. Czyli inaczej mówiąc, jak się tam ręka o parę progów omsknęła, to nikt żadnych dramatów nie robił. Dzięki współpracy z Modfunk miałem okazję również pojawić się na scenie z innymi artystami, takimi jak między innymi wokalistka Nuno, DJ Platoon B. czy też duet wokalny Tonik.

Przenieśmy się do Nowego Jorku. Czy utwór “Święta, Święta” to twoje pierwsze nagranie w USA?

Tuż po przyjeździe do Stanów w 2003 roku nagrałem jeszcze kasetę demo dla jednego z polonijnych zespołów w New Jersey, jednak znalazły się tam tylko tzw. covery kilku polskich kawałków rockowych. Po przyjeździe do Stanów dorabiałem do skromnej pensji śpiewając i prowadząc imprezy karaoke w klubach, głównie polonijnych, ale także amerykańskich, a nawet jednym greckim. Po 3 latach zarzuciłem knajpiano-barową działalność, gitara wylądowała w kącie i sięgałem po nią sporadycznie. Aż do tegorocznych świąt.

Jak doszło do nagrania piosenki “Święta, Święta”?

Refren piosenki, jak i motyw fabuły, zwyczajnie przyśnił mi się pewnej nocy pod koniec listopada. Rano wziąłem gitarę do ręki i stwierdziłem, że melodia jest chwytliwa i może warto by ją nagrać. Poprosiłem o opinię kilka osób, które pozytywnie wypowiedziały się o utworze, a później to już jakoś poszło…

Jak to wyglądało od strony techniczno-praktycznej?

Od strony czysto praktycznej było to ćwiczenie pod tytułem “jak zorganizować nagranie kolędy w czasie 2 tygodni i dodatkowo zrealizować do niej teledysk”. Nieoceniona okazała się tutaj osoba i doświadczenie Szymona Rapacza, który nie tylko zagrał w nim na gitarze basowej, ale podjął się również produkcji całego utworu i klipu, zapraszając do współpracy doświadczonych muzyków sesyjnych. Tak więc w utworze na bębnach zagrał Glenn Grossman znany ze współpracy z Bobem Dylanem, Chuckiem Berry i 50 Cent. Z kolei realizacji klipu podjął się znany fotograf i operator Clay Patrick McBride, który wcześniej realizował projekty dla tak znanych muzyków, jak: Jay Z, Norah Jones, Kid Rock czy też Metallica. W tym miejscu dziękuję im gorąco za wsparcie.

W nagraniu piosenki “Święta, Święta” udział wzięły też dzieci ze Szkoły św. Stanisława Kostki na Greenpoincie. Jak doszło do tej współpracy?

Rok temu wraz z Bożeną Konkiel, nauczycielką muzyki w szkole św. Stanisława Kostki, byłem współproducentem płyty świątecznej z polskimi kolędami, którą nagrali właśnie uczniowie tej szkoły. Kiedy pojawiła się koncepcja, aby w refrenie zaśpiewały dzieci, wybór mógł być więc tylko jeden. Zadzwoniłem do Bożeny, a ona od razu podjęła temat. Pod względem muzycznym przygotowała dzieci do tego projektu perfekcyjnie. I co najważniejsze błyskawicznie, za co jej bardzo dziękuję. Choć projekt to niewielki, to jednak bez współpracy kilku zgranych osób, nie doszedłby do skutku. W tym miejscu dziękuję również Joasi Koryckiej, która była odpowiedzialna za stroje i charakteryzację, a szczególne podziękowania składam władzom Konsulatu Generalnego RP, które udostępniły pomieszczenia do realizacji klipu.

Kim jest ta urocza dziewczynka, która towarzyszy ci w teledysku?

Viktoria Lesiczka ma 8 lat i uczęszcza do Szkoły św. Stanisława Kostki. Od wielu lat uczęszcza do kółka teatralnego i w ogóle jest wszechstronnie utalentowanym dzieckiem. Okazała się również całkowitą profesjonalistką. Byłem pełen podziwu, że zniosła wielogodzinne kręcenie w niskich temperaturach i ani razu się nie poskarżyła. 

Czy planujesz dalsze nagrania? Może wydanie płyty?

Nagrania dalsze to ja planuję od zawsze (śmiech), co nie zmienia faktu, że projekt “Święta, Święta” powstał dość spontanicznie. Nagrać płytę obecnie jest dość łatwo, gdyż wystarczy mieć tylko na to fundusze. Zawrzeć na płycie jakieś przesłanie, tak aby była ciekawa i znalazła odbiorców, to już większa sztuka. Być może zmierzę się z tym tematem w przyszłości. Nie mówię nie.

W którym “języku” – muzyki, słowa, fotografii – wyrażasz się najlepiej?

Będę trochę przewrotny, ale nie ma to dla mnie większego znaczenia. Ważne, żeby lubić to, co się w życiu robi, a ja lubię wszystkie wyżej wymienione obszary działalności. Towarzyszą mi one od wielu lat. Najważniejsze, że są i dzięki nim nie nudzę się. I o to chyba w życiu chodzi. Również o to…

Autor: