Rzucanie karzełkiem

0
0

Prawdopodobnie znudzeni monotonią horyzontu traktorzyści australijscy wpadli na ekstremalny pomysł w bezruchu ugotowanego powietrza, w pewnych przypadkach lasującego zdrowy rozsądek i umiarkowanie.

Każdy sport wymaga predyspozycji. W tej konkretnej dyscyplinie wskazane, ale nie przymusowe, są zdecydowanie duże muskuły, a najlepiej sprawdza się zawodnik o co najmniej stu kilogramach żywej wagi, długich ramionach, zacięciu myśliwego i szybkości zawodowego mordercy. W tym sporcie nie ma rozgraniczenia na strefę kobiecą i męską, ale dama winna wykazywać się zdecydowanie cechami fizycznymi kulomiotki. Jednak o ile najcięższa kula waży nieco ponad siedem kilogramów, o tyle „obiekt”, którym trzeba jak najdalej cisnąć, jest znacznie większy, niewygodny, bo niewymiarowy, może osiągnąć 45 kilogramów i w dodatku jeszcze się rusza. W związku z trudnymi warunkami dozwolone jest stosowanie dopingu w postaci napojów wyskokowych i innych substancji podnoszących bojowość, pewność siebie i poziom radości z powodu uzyskanego wyniku. Twarz nieskalana myślą żadną, oczy tęskniące za rozumem nie peszą w takiej kompanii.

O co chodzi, zatem?

Trudno uwierzyć, ale o rzucanie karzełkiem, czyli małym człowiekiem, którego genotyp nie pozwolił mu na osiągnięcie wzrostu uznanego za normalny. Rzucanie nie sztucznym, nadmuchanym, wypchanym watą czy innymi cięższymi wypełniaczami, ale żywym, prawdziwym człowiekiem, jedynie mniejszym, a przez to uznanym przez niepokojąco rosnącą rzeszę fanów za zabawniejszego niż pluszowy miś.

Karzełka, rzadziej karliczkę, ubiera się najpierw w coś śmiesznego: strój Smerfa, bobasa albo Supermana, zakłada się na niego odzież chroniącą przed upadkiem, kask jak również uprząż, za którą łapie osiłek, huśta następnie jak dużą kulą kręglarską i rzuca przed siebie na materace rozpostarte na podłodze. Zabawa przednia, ludzie walą do klubu jak na hokejowy finał, a impreza wzbudziła już zainteresowanie międzynarodowe, bo Amerykanie z Detroit, zwabieni nowym igrzyskiem, pędzą oglądać, jak nisko spada bezrobotny Windsor. Głupia to radość, 40 proc. populacji z metropolii detroickiej też nie ma pracy i nie jestem pewna, czy to jest aby inna historia.

Nie przekonuje mnie w żaden sposób argument, że jeśli pełnoletni Bradley „Tripod” Kalbefleisch zgadza się na rzucanie nim jak żniwnym brykietem słomy, to fakt jego zgody ma gwarantować przyzwolenie społeczne na taką degradację człowieczeństwa. Zdecydowanie nie, bo we Francji, państwie o długiej, bogatej tradycji, znęcania się nad niewygodnymi (noc św. Bartłomieja, publiczne gilotynowanie w czasie rewolucji) w miejscowościach, gdzie rzucano karzełkami sąd zabronił procederu, motywując, słusznie zresztą, że to uwłacza godności ludzkiej, bez względu na fakt, że karły wyrażały zgodę na takie traktowanie. Zabroniła Dwarf tossing Floryda i Nowy Jork, natomiast bawi się ich kosztem dystyngowana Wielka Brytania, gdzie rozgrywane są mistrzostwa świata w rzucaniu małymi ludźmi. Rekord światowy wyniósł ponad dwanaście stóp.

A jakby tak znowu zacząć pokazywać rodzeństwa syjamskie albo porzucać sobie ludźmi, którzy urodzili się bez kończyn? Może zwołać ich na zawody jedzenia na wyścigi bez użycia rąk? Nie trzeba na takich bez przerwy patrzeć, aby nie dopychali kolejnego hamburgera palcem. Środki za monitoring można przesunąć na nagrody dla organizatorów za wdrożenie wyjątkowo dobrego pomysłu.

Po raz pierwszy, czym nie należy się chwalić, karzełkami rzucano w Windsorze już w 2003 roku i Sandra Pupatello, lokalna MPP, wystąpiła o wydanie zakazu. Propozycja utonęła w procedurach legislacyjnych, a właściciel klubu striptizowego kasuje od głowy 5 dol. za wejście. Jeszcze przed otwarciem lokalu formują się kolejki zarówno fanów, jak i przeciwników.
Ja tam nie byłam, wódki z nimi nie piłam, na YouTubie zniesmaczona obejrzałam przybijanie „piątki” rzucającego z rzucanym i w tym miejscu pozwoliłam sobie zaprzestać dalszych poszukiwań dowodów na obniżanie lotów gatunku ludzkiego.

Autor: HALINA KACZMARCZYK