Teren nieogrodzony. Przedoskarowe refleksje, czyli oby nam się!

9

To ta pora roku, kiedy ekrany i okładki kolorowych pism zapełniają się rozlicznymi zdjęciami gwiazd z rozlicznych gal i przyjęć, w czasie których gwiazdom rozdaje się nagrody za rozliczne osiągnięcia, w tym za to, że są piękne i się nie starzeją, mimo metryki.

A przecież te gale i zdjęcia to przygrywka przed prawdziwą eksplozją urody i samouwielbienia – doroczną, hollywoodzką wersją wysyłania człowieka na Księżyc, czyli ceremonią wręczania Oscarów.
Oglądałam właśnie jakiś absolutnie cudny zestaw sukienek na nieznanych mi ni z twarzy, ni z nazwiska bardzo sławnych aktorkach, gdy w kącie ekranu wyskoczył link do jakiegoś niusa. Kliknęłam odruchowo i oto, co tam znalazłam:
a. w 250 najbardziej kasowych filmach z r. 2013 kobiety miały do odegrania mniej niż 30% ról wymagających wypowiedzi
b. kobiety stanowiły 16% zespołów zatrudnionych przy produkcji tych filmów (reżyserzy, operatorzy kamer, scenarzyści itd.)
c. najlepiej opłacana wśród aktorek Angelina Jolie wzbogaciła się w ub.r. o 33 miliony dolarów, tyle co dwójka najgorzej opłaconych aktorów z listy panów opłacanych najlepiej
d. łączne zarobki top 10-tki aktorek stanowiły 39% zarobków top 10-tki aktorów
e. 82% recenzji filmowych jest pisanych przez krytyków filmowych.
Przede wszystkim chcę się ustosunkować do ostatniego punktu, bo zdaje mi się, że wiem, dlaczego krytyczki filmowe tak nam nawalają. Mam w tej dziedzinie osobiste doświadczenie i powiem tak:
Mózg kobiety różni się od mózgu mężczyzny – rzecz stwierdzona naukowo (!) – i odmawia odczuwania przyjemności na widok mordujących się ludzi, wybuchających środków lokomocji i ściganek samochodowych, podczas których obowiązkowo przewraca się (czasem spala) kilka ciężarówek, kilka innych spada z mostu do wody, a na koniec i tak się okazuje, że wszystko nadaremno, bo sekwencja z pościgiem nie posuwa akcji do przodu ni klatki.
W związku z powyższym krytyczka filmowa ze szczerą ulgą oddaje zlecenie recenzji koledze z redakcji, tym bardziej, że recenzja jest sponsorowana i ma zachęcać do obejrzenia filmu, nie na odwrót. Że zaś 82% filmów współczesnego kina zalicza się do kategorii „wybuchowo-pościgowej”, to już nie wina krytyczek, a tego kina, przepraszam bardzo i żeby było jasne.
Co przywodzi mnie do reszty punktów – zainteresowanym powiem, że wypisałam je z raportu „Kobiety w mediach amerykańskich – stan na rok 2014” (Status of Women in Media 2014), opublikowanego właśnie przez Centrum Medialne Kobiet (Women's Media Center) z Waszyngtonu. Rozumiem, że można na te liczby patrzeć z uzasadnioną konsternacją, tym większą, jeśli nadmienimy, że wskaźniki udziału kobiet w mediach są obecnie niższe niż w latach 90. ub. wieku. Jednak ja na ich widok oddycham z ulgą. Naprawdę. Przecież to by dopiero był powód do prawdziwej paniki, gdyby okazało się, że to panie grają główne role i wymyślają scenariusze do nawalankowych produkcji ociekających śmiercią i absurdem!
Historia świata pokazuje wystarczająco dobitnie, że będąc ofiarami i świadkami przemocy, kobiety rzadko są jej instygatorkami. Kilka wojen i konfliktów na szeroką skalę nie doszło do skutku tylko dzięki kobietom. Szturm kobiet na kino krwawej akcji świadczyłby o pryncypialnych zmianach w naszej postawie względem przemocy i czego byłoby to zwiastunem – strach myśleć.
Wiem, że aż ciśnie się tutaj państwu na usta pytanie: skoro to dominacja brutalnego kina nie pozwala kobietom uzyskać w branży odpowiedniej reprezentacji, prominencji i zarobków – zmieńmy to kino! Z całego serca kochani, z najszczerszego. No, ale jest mały problem. Wiek może i mamy już XXI, lecz kulturę wciąż taką, że teza, iż mężczyzna na film z kobiecą rolą i kobiecą perspektywą nie pójdzie, to nie supozycja, to dogmat. Co by to było? Zgroza! Strata 48% widowni! A kobiety, 52% tej widowni, na ekranową nawalankę i wybuchy pójdzie, dlaczego zresztą miałaby nie pójść, jeśli nie da się jej wyboru, he-he.

Jak to mówią – cieszmy się z tego, co jest, bo jak tak dalej pójdzie, to będzie przecież jeszcze gorzej.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney