Wiersze dla Joanny

0
0


KATARZYNA ANNA LISOWSKA urodziła się 15 czerwca 1990 roku w Wadowicach. Ukończyła dwa kierunki studiów pedagogicznych, studiowała także historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Obecnie studiuje filologię polską oraz medycynę. Wydała blisko 100 publikacji (m.in. artykuły, szkice, eseje, poezję, opowiadania). Jej twórczość była przekładana na kilka języków, m.in. angielski, niemiecki, francuski, ukraiński, hiszpański. Publikowała m.in. w USA, Kanadzie, Niemczech, Australii, Izraelu. Brała udział w audycjach radiowych, reportażach telewizyjnych. Współpracuje z małopolskimi hospicjami, Domami Pomocy Społecznej, muzeami oraz wieloma pismami, m.in. polonijnymi. Przygotowuje dramat sceniczny dla teatru w Bielsku. Prowadzi wykłady w ośrodkach kultury, gdzie także wystawia swoje grafiki. Projektuje okładki książek. Jej publikacje można nabyć m.in. w Londynie. W czasie studiów pedagogicznych organizowała spotkania z poetami młodej generacji w Integracji Galicyjskiej oraz interdyscyplinarne konferencje naukowe. Od maja 2014 do września 2015 roku była redaktorką naczelną „Pisma Głównego” Zarządu Literatów Polskich – zrezygnowała, by redagować z osobami niepełnosprawnymi w WTZ powołane przez siebie pismo.

O samym sobie

O samym sobie powiem tyle, że człowiek.
Człowiek, lat 25.
Człowiek o snach jak podróże długie w światy,
które nie zostały stworzone,
a istnieć powinny.
Lepsze.
Człowiek,
marzenie. To on.
Patrzcie na niego, jaki jest.
Człowiek a jak mgła, jawa, sen.
Klęczy przed kwiatem paproci.
Pracuje przy konserwowaniu starych, przydrożnych kapliczek.
Nie było go tu w zeszłe lato,
kiedy samochód uderzył w jedną z nich,
którą co dopiero odnowił,
bo zginąłby ze swoim przyjacielem na miejscu,
a tak to był jeden pogrzeb zamiast dwóch.
Trzeba było potem z tych brył
znowu wznieść wiekową kapliczkę.
Ludzie klęli, że to tyle kosztuje, na sprawcę wypadku,
którego dopiero pochowali
w białej trumnie.
Była sobota. Spieszył się z pracy do fryzjera.
A czym jest życie ludzkie wobec tych brył i piasku,
które wznosimy jako fundatorzy
na swoją wieczną cześć i pamięć,
jaka trwa tu tylko po nas przez chwilę?

Tylko jeden raz odwiedzamy świat

Oddycham.
Oddycham.
Za oknem świat.
Skorupka. Orzech. Pękam. Na połowę.
Wznoszę się jak ptak.
Opadam. Z sił.
Uczę się od nowa. Chodzić.
Jak człowiek.
Ja.
Człowiek.
Wskrzeszony. Do życia z życia.
Powoli. Jeszcze raz. Spróbuję.

Człowiekiem

Wygrałem życie.
Urodziłem się
Człowiekiem.
Umrę.
Wiem.
Ale zostawię coś po sobie.
Wątłe wspomnienie.
Zapisane wśród gwiazd niebytu.

Pusty

Spójrz.
Zobacz mnie, człowieka.
Nie mam nic.
Straciłem wszystko.
Mam wielki, pusty dom
i jeszcze większy ogród.
I puste sny.
I dni jak kamienie.
I grób swój wykupiony na cmentarzu
w słonecznej jego części.
Mam 25 lat i niektórzy twierdzą,
że kolosalny dorobek życia.
Nie wie nikt jak spędzam wieczory.
Zwijam się jak skorupka orzecha w słońcu.
Budzę się o godzinie samobójców.
Jeśli mam dalej żyć – tak powtarzam.
Nad ranem idę do Warsztatu Terapii Zajęciowej.
Napotykam starców
uciekających z Domu Pomocy Społecznej.
Idę do domu ludzi,
których dawno wszyscy uznali za szalonych.
Czekają na mnie na progu. Nikt tu nie wchodzi.
Dobrze się rozumiemy.
Pijemy kawę z pustych spodków.
Wszystko jest na niby, bo tu nic już nie wolno.
Niby jesteśmy normalni,
ale świat już dawno o nas zapomniał,
doprowadzając wcześniej tu.
Dużo jest terminalnie chorych,
stąd miesiące spędzone w szpitalu
ucząc się opieki paliatywnej.

Tren XXXIV

To przez samotność…

* * *

Cisza.
Jest.
Jestem.
Tutaj.
Trwam.

Świat

Świat stał się nieznośny.
Kolejna doba w hospicjum.
Czasami zdaje mi się, że wszyscy już pomarli,
ale wciąż pojawiają się nowe przypadki
zdiagnozowanych nowatorów.
Czy ja pomagam umierać?
Ja, pedagog, człowiek.

Widziałam wariatów

Widziałam wariatów,
którzy nie różnili się niczym
od normalnych ludzi.
Zatarły się granice.
Normalności.
Dobra.
Zła.
Radości.
Cierpienia.

Oni

Przychodzę na grób Szymborskiej.
Piszę wiersze dla Niej i Kornela.
Zawsze nie mam przy sobie papieru.
Wyrywam więc kartki z tyłu indeksu…

Żaden kot się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych kotów.

Oni powinni leżeć obok siebie,
ze zwróconymi ku sobie sercami i czaszkami,
trzymając się na wieki za ręce,
aż nic z nich nie pozostanie.
Chrząstka palca…

Mam 24 lata

Jestem pedagogiem, mam 24 lata,
ocaleję jeszcze nie raz
z hospicjum.

* * *

Mam niezbywalne prawo istnienia.
Nie umierania.
Nie odchodzenia.
Wiecznie tu trwam
kropla cieszy sącząca się
po gałązce drzewka oliwkowego.
Moi potomkowie są wieczni,
zbudowani z promieni słonecznych
ukazują ludziom
trwanie innych bytów pośród siebie.

* * *

Zestarzeję się.
Umrę jeszcze nie raz.
Będę jak stary wielki ogród przed zimą.
Pusty.
Już.
Cały.

Nauczony doświadczeniem

Jestem, żeby być.
Nie nauczono mnie umierać.
Jestem, bo jestem.
Nie odpowiadam na pytania dlaczego.
Ich się nie zdaje.
Pełne są wyrzutów.

Człowiek

Podparty własną dłonią
wznoszę się do oceanu nieba.

Zatracony

Ciszą jestem o poranku.
Jestem martwym tchnieniem.
Obudzę się. Na pewno. Proszę mi wierzyć.
Umieram na niby każdej nocy.
Budzę się.
Tak, na pewno.
Wszystko jest jak ma być.
Doskonale nieidealne.

Nieba

Łoskot nieba.
Kilometry nieprzebytych dróg.
Dokąd to.
Na północ.
Każda z dróg
kończy się w tym samym punkcie.
Na kropce horyzontu nieba.
Tam się spotkamy i zjednoczymy w pełnię.

* * *

Udowodnij mi, że życie ma sens.
Że życie ma sens.
Życie,
ma sens.
Że nie rodzę się, by umierać.
Nie rodzę się,
by umierać.

Wczoraj

Zamknę przeszłość jak szklane drzwi.
Zawieszą ją na ścianie jak rzeźbioną ramę.
Nauczę się nie pamiętać.
Nie odchodzić w środku dnia,
na skraju lata.

Sen nad ranem

Miasto kołysze się na mej dłoni.
Jak rozedrgane promieniami ciszy
jaka okala pierścieniem mury,
lasy, doliny.
O czwartej nad ranem
uczę się milczeć.
Jestem pozbawiony ludzkiego stada.
Nie mam czterech łap upadania na nie
z każdego wysoka.
Mam jedno okno
otwarte na oścież.

Człowiekiem II

Umiem odróżnić czerń od czerni.
Potrafię wiele.
Jestem człowiekiem.
Zabijam zwierzęta tak, by nie czuły bólu.
Trudną sztuką jest morderstwo
i pożeranie ofiary, by przetrwać kolejny dzień.
Ktoś ją najpierw musi dokładnie wypatroszyć,
zanim podadzą mi ją na talerzu przyprawioną.
Nie preferuję własnego przyrządzania mięsa.
Patrzenia w oczy umarłe mojego posiłku.
To tylko witaminy i budulec komórek.
Strawione przez pracę mojego żołądku niczym się stają.
Pożeram świat swymi kłami.
Gatunki giną na mym talerzu.
Ludzie czasem zabijają dla zabawy.
Wieszają jelenie rogi z dumą nad ścianą.

Przywykłem

Do ciemnych ulic wielkich miast – przywykłem.
Przywykłem do domów z betonu.
Przywykłem do drzew podłużnych
jak wieszaki, zimą, przywykłem
do ptactwa nie do wykarmienia
i ludzi
głodnych na ulicach świata – przywykłem.
Mówię o sobie – ja, człowiek.

Do czego to doszło

Do czego to doszło,
że ludzie śpią na dworach naćpani.

Do czego to doszło,
że ludzie chodzą bezdomni ulicami jak obłąkani.

Do czego to doszło,
że ludzie emigrują z kraju tego,
„gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi”,
bo jej na stole brakło.

Do czego to doszło,
że poeci krzyczą jak opętani.

Do czego to doszło,
że człowiek leży na bruku nagi i rozkrzyżowany.

Do czego to nie doszło.


Czas się pogubił

Kim jesteś?
Obudzony w środku dnia?
Na skraju ulicy,
którą staje się twój dom?
Można cię zobaczyć przez okno,
jak siedzisz na łóżku.
Odchyl tylko trochę zasłonę.
Nie zakładaj żaluzji.
Chcesz zobaczyć ptaka na parapecie,
to bądź jak on, trzymany na czyjejś dłoni.
We własnej łazience
jak na rynku w fontannie…

Autor: KATARZYNA ANNA LISOWSKA