A może jednak KPA?

0
2

Zorganizowanie takiego zjazdu, zważywszy na brak w tamtych czasach internetu (Facebooka, e-maili) czy ogólnokrajowych mediów, musiało być nie lada przedsięwzięciem – a jednak się udało. Dzisiaj, w 70. rocznicę tamtego spotkania, do Buffalo ponownie przyjeżdża Polonia, w większości ta starsza, często anglojęzyczna, i trochę tej młodszej, urodzonej w ojczystym kraju. Ilu Polonusów przyjedzie na zjazd? Zapewne tym razem nie będziemy liczyć w tysiącach, na bankiecie z okazji tej zacnej rocznicy pojawi się niespełna 300 osób.

Niejednokrotnie z przymrużeniem oka wypowiadałem się na temat KPA, które to od lat kojarzyło mi się z klubem seniora – organizującym poczty sztandarowe i zabawy taneczne przy muzyce Bobby'ego Vintona. Gdy kilkanaście lat temu pan Ludwik Wnękowicz namawiał mnie, bym wstąpił w szeregi KPA – gdyż potrzeba młodych – aby go nie urazić, grzecznie tłumaczyłem się brakiem czasu. Prawdę mówiąc nie interesowało mnie wtedy, czym Kongres się zajmuje i nie odczuwałem specjalnej potrzeby, by w ogóle istniał.

Jednak jakiś czas temu zacząłem zauważać brak silnej organizacji reprezentującej interesy Polonii i Polski. Było to wynik frustracji związanej z ciągłą walką z „polskimi obozami śmierci”, ze stereotypem „wyssanego z mlekiem matki antysemityzmu Polaków” czy wreszcie z ciągnącym się latami znoszeniem wiz do USA dla Polaków. Zacząłem zauważać zupełny brak Polaków polskiego pochodzenia w polityce amerykańskiej – nie ma nas nigdzie. Jak to jest, że kongresmanami, senatorami czy burmistrzami lokalnych miast są Irlandczycy, Włosi, Żydzi i coraz częściej Azjaci, a gdzie my?

Trudno nam walczyć o swoje, właśnie – to tu leży pies pogrzebany – nieobecni głosu nie mają…

Bywając tu i tam spotykałem podobnie myślących Polaków, zgodnie twierdzących, że trzeba coś zmienić. W większości przypadków rodziły się pomysły tworzenia nowych organizacji, coś w rodzaju Polish Anti-Defamation League czy Polish Political Action (wiele podobnych nawet powstało). Będąc sceptycznie nastawiony do możliwości organizacyjnych zapracowanych Polonusów (poza fazą słomianego zapału), negująco kiwałem głową – to nie może się udać. Budowanie struktur i angażowanie do partycypowania w nich większej liczby Polaków wydawało mi się nie do osiągnięcia (zwłaszcza w czasach pokoju). Przypomniałem sobie propozycję pana Wnękowicza – by wstąpić do KPA. Nagle zrozumiałem, że struktury już są, jest znaczna liczba członków, są zacne cele i tylko brakuje mnie. KPA to potężne narzędzie z 70-letnią historią. Organizacja, którą do Białego Domu zapraszają prezydenci USA, której list czy petycja nie ląduje z marszu w koszu – po co więc kombinować, zakładając nowe, początkujące zrzeszenia?

Postanowiłem podzielić się swoimi przemyśleniami z Polonusami, rozważającymi zakładanie Polish Anti-Defamation League.

Na samo hasło KPA popatrzyli się na mnie z przymrużeniem oka… really? „To przecież trup”, „dziadki od honorowej warty”, „wszyscy przyrośli do stołków”. By nie spalić słomianym zapałem tematu, postanowiłem nie cisnąć go dalej, z pomysłem wskrzeszenia KPA ruszyłem do swoich bliższych znajomych, zachęcając ich do wstąpienia w szeregi największej polonijnej organizacji. Znajomi, by mnie nie urazić, grzecznie tłumaczyli się brakiem czasu…
Znalazłem się dokładnie tam, gdzie jeszcze niedawno stał Ludwik Wnękowicz, namawiając mnie.

Więc co trzeba zrobić, by KPA stał się atrakcyjny, by zmienił się jego nadszarpnięty wizerunek?

Wydaje mi się, że Kongres Polonii Amerykańskiej powinien zadbać, by Polonia wiedziała, jakie działania podejmuje on na co dzień. Polonia powinna poznać jasno postawione cele KPA, sposób i plan ich osiągnięcia. Powinna słyszeć o problemach, ale przede wszystkim o sukcesach. Kontakt z polonijnymi mediami powinien być jednym z priorytetów organizacji. By aktywnie działać, w biurze KPA powinno pracować kilka osób, codziennie kontaktując się z amerykańskimi politykami. KPA powinien być obecny i mieć swoje zdanie wręcz codziennie. Poza sztandarowymi sugerowałbym kilka łatwiejszych projektów, by przez te mniejsze sukcesy zdobywać członków, młodzież i budować podwaliny pod większe akcje.

Polakom mieszkającym w Stanach sugeruję natomiast, by zamiast narzekać na „dziadków”, weszli w struktury KPA. W ilości siła, a 35-dolarowa roczna opłata członkowska raczej nie powinna zniechęcać. By cokolwiek znaczyć w amerykańskiej polityce, należy mieć albo pieniądze, albo wyborców (głosy). Będąc liczebną, silną organizacją etniczną może uda nam się skuteczniej walczyć o to, co dla nas ważne.

Możemy się szczycić nieprzeciętnymi zdolnościami organizowania się, jednością i walecznością w obliczu zagrożenia – wtedy nie ma nam równych. Gdy jednak wszystko jako tako funkcjonuje, szlag trafia te nasze zalety. Patrzymy wilkiem jeden na drugiego, niejednokrotnie mówiąc, że z drugim Polakiem nie idzie się dogadać. Inne nacje, niewsławione w bitwach i bohaterskich wyczynach, potrafią na co dzień podawać sobie rękę… Cóż więc my możemy zrobić? Zdefiniować nowego wroga? Znaleźć nowe zagrożenie? A może jednak uda nam się bez wojen i bitew podtrzymać dzieło naszych poprzedników? Fundamenty stoją solidne, jeśli ktoś chce budować na skale – polecam KPA.

Po wielu latach posłuchałem pana Wnękowicza – jestem członkiem Kongresu i wcale nie mam zamiaru uchodzić za „trupa” czy jedynie maszerować w defiladach. Chcę realnie coś zrobić, by nikt w przyszłości nie śmiał mi się w oczy mówiąc, Polacy i ryby głosu nie mają…

Autor: LESZEK SADOWSKI