Ameryka AD 2013

638

Koniec roku sprzyja podsumowaniom. Ale sporządzając bilans zysków i strat roku ubiegłego chcielibyśmy też spojrzeć w przyszłość. Tej jednak nie da się dokładnie przewidzieć. Większość prognoz i tak zresztą nigdy się nie sprawdza. Mimo to można się pokusić o wskazanie kilku trendów, które mogą dominować w przyszłym roku w Ameryce.

Wybory prezydenckie w 2012 roku przyniosły praktycznie status quo. Demokraci utrzymali dwie z trzech kluczowych instytucji rządowych – Biały Dom i Senat. Jednocześnie jednak ci sami wyborcy postanowili, że Izba Reprezentantów pozostanie w rękach republikanów. Ten układ sił zdeterminuje wydarzenia w Waszyngtonie przez pierwszą połowę drugiej kadencji Baracka Obamy. Widzimy to już dziś podczas kłótni związanych z klifem fiskalnym. Żadna ze stron nie chce łatwo ustąpić, a wola zawierania kompromisów jest, delikatnie ujmując, ograniczona. Polaryzacja życia politycznego na pewno nie ułatwi rozmów na temat limitu długu publicznego i szukania długoterminowych rozwiązań w sprawie kryzysu budżetowego.

Tak czy inaczej rok 2013 będzie rokiem wyższych podatków. I to niezależnie od tego, co postanowią politycy na Kapitolu i na jakich warunkach dogadają się z Białym Domem. Zarówno propozycje republikanów, jak i demokratów nie przewidują przedłużenia pewnych ulg podatkowych, które wprowadzono tylko na ograniczony czas. Wzrosną np. podatki od zysków kapitałowych i dywidend. Nadchodzący rok będzie piątym z kolei, w którym deficyt budżetowy przekroczy bilion dolarów i prędzej czy później trzeba będzie ten dług zacząć spłacać. Republikanie będą więc naciskać na zwiększenie kontroli wydatków państwa federalnego, tym bardziej że systematycznie będą wchodzić w życie kolejne elementy reformy ubezpieczeń medycznych (Obamacare). Opozycja nie jest w stanie odwołać Obamacare, bo nie ma na to wystarczającej liczby głosów w Kongresie, ale będzie o tym głośno przypominać.

Masakra w Newtown, która wydarzyła się w pierwszej połowie grudnia 2012 roku, bez wątpienia będzie miała także swoje polityczne reperkusje w nadchodzących miesiącach. Już podczas pierwszej sesji nowego Kongresu demokratyczna senator Dianne Feinstein z Kalifornii ma wnieść projekt nowej ustawy o zakazie sprzedaży broni bojowej (assault weapons) w USA. Inicjatywę najprawdopodobniej zablokują republikanie, ściśle powiązani z Krajowym Towarzystwem Strzeleckim i głośno deklarujący swoje przywiązanie do Drugiej Poprawki do Konstytucji USA. Ale dyskusja o dostępie do broni rozgorzeje na dobre, zwłaszcza jeśli przypadki strzelanin do zwykłych uczniów czy przechodniów będą się powtarzać.

Dużo więcej niewiadomych czeka Amerykanów, jeśli idzie o gospodarkę. Wiele będzie zależało od kształtu ostatecznego kompromisu w sprawie klifu fiskalnego. Do jakiejś ugody musi dojść, bo żadna z partii nie ma interesu w tym, aby wpędzić kraj w kolejną recesję. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest zniesienie kilku dotychczas obowiązujących ulg podatkowych i umiarkowane cięcia budżetowe. Gdyby między Kapitolem a Białym Domem doszło do rozsądnego kompromisu, byłaby szansa na to, że na koniec roku 2013 stopa bezrobocia spadnie do 7 proc. Pozytywnym prognostykiem na przyszły rok jest ożywiający się rynek nieruchomości, który zawsze jest uważany za papierek lakmusowy kondycji amerykańskiej gospodarki. Szkoda by było to popsuć.

Waszyngton jednak nie jest do końca przewidywalny i dlatego wielu ekonomistów ocenia, że prawdopodobieństwo recesji w USA w 2013 roku będzie większe niż w 2012 roku. Trzeba tu przecież pamiętać o tym, że amerykańska gospodarka, choć wciąż największa na świecie, nie funkcjonuje w próżni. Ameryka bez wątpienia odczuje skutki kryzysu w Europie, gdzie największe gospodarki przez większość 2013 roku notować będą ujemny wzrost PKB. Wbrew pozorom kryzys samego euro jeszcze się nie skończył, a dodatkowym czynnikiem ryzyka jest niebezpieczeństwo niepokojów społecznych na Starym Kontynencie i groźby wystąpienia z Unii Europejskiej pojawiające się coraz częściej w Wielkiej Brytanii. Na szczęście przeciwwagą dla Europy będzie Azja, utrzymująca wciąż stabilne wskaźniki wzrostu.

W długofalowej perspektywie wielką niewiadomą pozostają skutki polityki monetarnej prowadzonej przez Rezerwę Federalną. Fed nadal zasila gospodarkę pustymi pieniędzmi i nie ukrywa, że będzie chciał utrzymać politykę niskich stóp procentowych do 2015 roku albo do momentu, kiedy bezrobocie nie spadnie poniżej progu 6,5 proc. Chyba że wcześniej pojawi się inflacja. Nie brakuje ekonomistów ostrzegających, że przy strumieniu pieniędzy pompowanych w gospodarkę jest ona nieunikniona. Innym czynnikiem ryzyka, który może napędzać inflację, jest rynek ropy naftowej. Destabilizacja polityczna na Bliskim Wschodzie nie jest nieprawdopodobnym scenariuszem, a wszyscy wiemy, jakie są skutki każdej wzmianki o możliwości zakłócenia funkcjonowania szlaków transportowych tego surowca.

Rok 2013 pozostanie czasem ostrych politycznych sporów w Waszyngtonie. Karty rozdawać będą wciąż prezydent Barack Obama oraz przewodniczący Izby Reprezentantów John Boehner (nie zapominajmy także o prezesie rezerwy Federalnej Benie Bernanke, którego słowa potrafią wpływać na zachowanie giełd na całym świecie). Jednym z niewielu pól, na którym republikanie i demokraci mogą zacząć się dogadywać, może być imigracja. Rola, jaką odegrali Latynosi podczas ostatnich wyborów, każe odejść od twardej antyimigracyjnej retoryki. Jeśli republikanie chcą serio myśleć o wprowadzeniu w 2016 roku swojego człowieka do Białego Domu, muszą zyskać większe poparcie właśnie w tej grupie etnicznej. A dla osób wywodzących się z Ameryki Łacińskiej właśnie reforma imigracyjna jest jednym z najważniejszych problemów. Być może więc, po kilkunastu latach starań, doczekamy się poważnych zmian w systemie imigracyjnym.

Przyszłość jest jednak nieprzewidywalna, a wszystkie prognozy mogą wziąć w łeb np. w przypadku wybuchu poważniejszego konfliktu gdzieś na świecie. W 2012 roku nie mieliśmy końca świata i życie musi toczyć się dalej.

Autor: TOMASZ DEPTUŁA