Ameryko, nie daj się sprowokować

210
Nie znamy czystości intencji prezydenta Trumpa, bo odstąpienie od nalotów po strąceniu drona może być jedynie kalkulacją po zbadaniu opinii publicznej, która wojny nie chce - ZDJĘCIA: EPA

Wojna taryf związana z embargiem nałożonym na Iran z powodu niesubordynacji zbrojeniowych nie tyle zaszkodziła Azji, która niechętnie i tylko częściowo wycofała się z handlu z Teheranem, ile wyraźnie wpłynęła na problemy ekonomiczne USA.

Stany Zjednoczone niemal dławią się obecnie skroplonym gazem, który miał być sprzedawany na Dalekim Wschodzie, a w obecnej sytuacji nie jest.

ROZMOWY IRAN – JAPONIA

Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie była istotna dla nas, Polaków, ale w kalendarzu politycznym świata, to był zaledwie mało istotny epizod. 13 czerwca 2019 roku, czyli kilkanaście godzin po tym, jak dłonie ściskali prezydenci Polski i USA, na drugiej półkuli, w Teheranie, odbyło się spotkanie ajatollaha Alego Chamenei i premiera Japonii Shinzo Abe.

Ten ostatni w jakiś magiczny sposób miał spowodować perski pokłon przed USA, kiedy władza Iranu – po nałożeniu na nią ponownych sankcji za nuklearną niesubordynację – uparła się, że nakazów o zakończeniu budowy rakiet nuklearnych słuchać nie będzie. Też bym nie słuchała nikogo, mając w pobliżu hałaśliwe politycznie, uzbrojone po zęby, w tym nuklearnie, Małe Trójkątne Państewko, energicznie zaprzeczające, że taką broń posiada. 

Iran broń nuklearną ma otwarcie, lub będzie miał za chwilę, i stanie się siłą militarnie równoważną Izraelowi, który za nic na świecie nie chce do takiej sytuacji dopuścić. Dodatkowo premier tego państwa, Netanjahu, jest przeświadczony, że jeśli w jego interesie jest prowadzić wojnę z Iranem, to w oddalonych o tysiące mil Stanach Zjednoczonych panuje podobne nastawienie. 

Nic bardziej mylnego i to właśnie Donald Trump poprosił premiera Japonii, aby ten rozpoczął negocjacje z Teheranem. Tak jak uprzednio zerwał międzynarodową umowę, bez podania sensownych przyczyn, tak obecnie wysłał kolegę, aby ten wybadał perskie nastroje. Rozmowy zakończyły się fiaskiem, a przywódca narodu irańskiego Ali Chamenei napisał na Twitterze: “Republika Islamska nie ma zaufania do USA, a gorzkie doświadczenia negocjacyjne z przeszłości w ramach JCPOA nigdy już nie zostaną powtórzone, ponieważ żaden wolny i mądry naród nie zaakceptuje negocjacji pod naciskiem”.

KOMU ZALEŻY NA WOJNIE 

Rozmowy mogły zainicjować porozumienie, a ono nie jest na rękę Jerozolimie, dlatego medialna narracja to histeria na temat dążenia Iranu do konfliktu.

Tego samego dnia, gdy w Teheranie trwały rozmowy, dla zaprzeczenia dobrych intencji i podgrzania atmosfery perskiej złej woli, zostały zaatakowane w Zatoce Omańskiej dwa tankowce. Dla lepszego efektu – japoński Kokuka Courageous (pod banderą panamską) i norweski Front Altair (pod banderą Wysp Marszala). Przy okazji można nabyć wiedzę na temat uciekania od podatków, ale to inna, pewnie równie pasjonująca historia. 

Iran zaprzeczył zdecydowanie, aby to była jego robota. 

Donald Trump, po niefortunnej misji premiera Japonii, zmienił kierunek jak kurek na dachu i znowu umizgał się do lobby, z którym jest spokrewniony przez swojego zięcia, dlatego sekretarz stanu USA Mike Pompeo natychmiast i bez jakiekolwiek śledztwa wskazał Iran jako winowajcę. 

Wystarczy jednak spojrzeć na mapę, aby zrozumieć, że Teheran nie ma żadnego biznesu w atakowaniu Izraela, natomiast ma żywotny interes z utrzymywaniu spokoju w Zatoce Perskiej, cieśninie Ormuz i Zatoce Omańskiej, jako jedynej drodze wodnej służącej transportowi ropy z tego kraju. O jej przepustowość nie musi natomiast dbać Arabia Saudyjska i jej satelici (Bahrajn, Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie), bo powstał rurociąg w poprzek półwyspu i jeśli z jakiegoś powodu nie da się żeglować Zatoką Perską, ropa popłynie do portu nad Morzem Czerwonym – Dżuddy.

Zabiegi Teheranu o utrzymanie pokoju na tym terenie wynikają z geograficznej logiki, a niemal natychmiastowe oświadczenie oficjalne Mike’a Pompeo, że winien jest Iran, nie świadczy o mądrości tego dyplomaty, ale wynika z zależności politycznych, które o fakty zabiegają najmniej, i Iran jest traktowany niczym czerwony kur wojny. Dla zadania kłamu takiej tezie cytat z wypowiedzi generała Hosejna Salami, ostatnio powołanego na stanowisko dowódcy Armii Strażników Rewolucji Islamskiej. Wypowiedział się w rządowym kanale telewizyjnym następująco: „Iran nie chce wojny z żadnym państwem, ale jesteśmy w pełni przygotowani do obrony naszego kraju”.

STRĄCENIE DRONA

Dla pewności rozprzestrzeniania chaosu dnia 17 lipca 2019 roku zamordowany został nikomu już niepotrzebny politycznie Mohamed Morsi.

Nie było jednak czasu na dywagacje, kto miał interes w nagłym zejściu byłego prezydenta Egiptu, bo dla utrzymania napięcia w rejonie został zestrzelony trzy dni później amerykański dron. I faktycznie dokonały tego siły zbrojne Iranu za pomocą rakiety balistycznej. Swoje działanie uzasadniły prawem do ochrony wód terytorialnych. Amerykańska opinia medialna z lewej strony krzyknęła, że to były wody międzynarodowe, ale Iran podał współrzędne, i jakby ataki przycichły, a prezydent Trump znowu zmienił kierunek. Wyraził się następująco: „Sądzę, że to była pomyłka; uważam, że ktoś na szczeblu wykonywania rozkazów popełnił duży błąd”.

ATAKI NIEZIDENTYFIKOWANYCH GRUP TERRORYSTYCZNYCH

Najpierw trzy razy poleciały rakiety na Mosul i Bagdad, nikomu włos z głowy nie spadł. I tydzień po spotkaniu w Teheranie kolejna rakieta spadła na iracką Basrę, a dokładniej na amerykańskiego molocha wydobywczego ExxonMobil. Tutaj już było groźniej i zostały ranne trzy osoby.

Bagdad zareagował na zapas, zaprzeczając sytuacji, której nie było. Prezydent Iraku Barham Salih wygłosił oświadczenie, że nie pozwoli USA atakować Iranu ze swojego terytorium. Nancy Pelosi głosiła strach przed eskalacją, a prezydent Trump oświadczył, że wstrzymał przygotowania do nalotów, bo mogłoby zginąć około 150 osób. Ile w tym prawdy, że nie chciał ofiar, ile w tym, że samoloty były gotowe, co znowu pod wątpliwość poddała urocza Nancy, która inaczej semantycznie, ale przekazuje podobne treści co prezydent. Na zasadzie – głupi elektorat nie połapie się.

NETANJAHU – MISTRZ SIANIA NIEPOKOJU

Iran, po ponownym nałożeniu sankcji w maju 2018 roku, według premiera Izraela, miał przyjść na kolanach do USA. Nie przyszedł i nie ma zamiaru, wręcz odblokował ograniczenia produkcji wzbogaconego uranu – teraz już nie musi się kryć. Również blokada ekonomiczna Azji bliższej i dalszej nie udała się mimo międzynarodowego kokietowania Turcji (import gazu z Iranu) i mimo grożenia Chinom (import ropy z Iranu). 

O ile gest przeniesienia ambasady z Tel Awiwu do Jerozolimy był ukłonem poparcia ze strony USA, o tyle wysłanie amerykańskich rakiet do kraju (Iranu), który wielokrotnie udowodnił, że raczej nie zaczepia, ale jak trzeba, odda, i to z nawiązką – nie jest grą prostą. Prezydent Trump, wbrew ocenom, nie dał się wciągnąć w konflikt pod wpływem premiera Izraela, stawiającego Małe Trójkątne Państewko na pozycji ofiary i błagającego USA o obronę. 

Nie znamy również czystości intencji prezydenta Trumpa, bo odstąpienie od nalotów po strąceniu drona może być jedynie kalkulacją po zbadaniu opinii publicznej, która wojny nie chce. Gdyby społeczeństwo, czy jego część, wojny chciało, mielibyśmy ją, bo chodzi o wyborców i zbliżającą się elekcję. Niemniej obojętne, jaka racja stanu na rzecz pokoju – nie ma następnego konfliktu i to się liczy. 

W swoich wypowiedziach premier Benjamin Netanjahu niejednokrotnie udowodnił, że pragnie obezwładnić Iran

Każdy, kto myśli logicznie, nie wierzy w irański napad na tankowce, nie wierzy w perskie rakiety w Mosulu i Basrze, nie traktuje poważnie irańskiego rwania się do wojny. Natomiast w kolejnych wypowiedziach premier Netanjahu niejednokrotnie udowodnił, że pragnie obezwładnić Iran, widzi jego działania militarne w Gazie, Libanie, Syrii i w zasadzie wszędzie, gdzie rząd danego państwa śmie się z nim nie zgadzać. 

Choć dywagując nad problemem głośnej medialnie wymiany rakiet i dronów – w efekcie zupełnie niegroźnej – wyraźnie widać, że tworzy się parawan dla rozmów USA, Rosja, Izrael na temat podzielenia stref wpływów w Syrii w okresie odbudowy – i to nie jest wiadomość z pierwszych stron. Nie sądzę, aby szybko doszło do porozumienia, bo Izrael nie pragnie przygranicznej pustyni bez wody, ale Eufratu. I to się może nie udać, pomimo tworzonej żywo historii o zamieszkiwaniu północnych terenów Lewantu przez plemiona żydowskie w nieokreślonej starożytnej przeszłości.

Jest amerykańska oferta, mająca na względzie dofinansowanie Palestyny w całości, z pominięciem terytoriów okupowanych, ale detale będą po wyborach w Izraelu na początku jesieni (Netanjahu chyba przegra). 

Prezydent Trump – w celu łagodzenia opinii publicznej, nieszczególnie kochającej lobby izraelskie i Światowy Kongres Żydów – wystąpił o ponowienie starań wybudowania eksterytorialnej autostrady ze strefy Gazy na Zachodni Brzeg. No cóż, Netanjahu już nie ma tak bardzo bezkrytycznego sprzymierzeńca w Białym Domu…

Czas to wykorzystać.