Bańki nasze powszednie

87
FOTO: EPA

I baniek naszych powszednich nie odbieraj nam Panie! Gdy pękają, budzimy się w innym świecie, w nie swoim życiu, znów trzeba się czegoś uczyć, otwierać na odmienne oglądy rzeczywistości, znów coś nowego brać pod uwagę, a czasem nawet zmieniać nasze własne opinie i przyzwyczajenia. To tyle wysiłku! To takie niewygodne!

Korzystając z zaproszenia znajomych, Starsza pojechała na mały wakacyjny objazd Południa. Nie jednak, że do jakichś jego atrakcyjnych, turystycznych punktów. Nie. Pojechała donikąd. Pojechała po nic. Pojechała, choć mogła w tym czasie wyskoczyć na ładniejszą plażę, nad zagospodarowane pod turystów jezioro. Po roku nauki w trybie niemal „round the clock” mogłaby sobie zafundować prawdziwy odpoczynek, a ja jako rodzic tylko bym przyklasnęła. A jeśli nie, to mogłaby wykorzystać wolny czas na jakiś kolejny, podnoszący jej kwalifikacje stażyk czy inny ekonomiczny „gig”. Atrakcyjne CV nie napisze się przecież samo, trzeba na nie zapracować. Nie ma już dziś – o czym słyszę nieustannie! – w życiu młodzieży czasu na „nicnierobienie” w „nicmiejscu”. Nawet urlop jest/musi być „cośrobieniem”, bo wrzucone potem na insta fotki z „cośmiejsc” też stają się częścią publicznego profilu globczłowieka, a od tych profili zależy wszystko.

A jednak poparłam pomysł tego urlopu z entuzjazmem. Starsza obficie słała urocze, czasem komiczne fotki w aranżacji z aligatorami (w tle), przysmakami lokalnej kuchni (trudno przechodzącymi przez gardło) oraz pret-a-porter promowanym przez witryny lokalnych butików (damskie bikini kąpielowe w rzucik z konfederackiej flagi). W rozmowach przez telefon śmiechu było już jednak dużo mniej, ale o to chodziło. Było zdumienie, bicie się z własnymi myślami, czasem złość, czasem ulga, że coś, o czym wcześniej słyszała, lecz trudno jej było pojąć istotę sprawy, teraz stało się jasne. A przynajmniej dało do myślenia, zmusiło do rewizji wcześniejszych osądów i wniosków. Dokładnie to, czego można się spodziewać, gdy człowiek wynurza się z bańki, w jakiej żyje na co dzień.

Nigdy nie czyniłam świadomych starań, by zamykać moje dzieci w bańce, ale to zamknięcie, społeczne, ekonomiczne, poniekąd również edukacyjne, oczywiście było. To niczyja wina, to po prostu fakt. Naszą bańkę, jak każdą bańkę we współczesnej Ameryce, kształtował i wciąż kształtuje nasz próg dochodowy, rejon i miasto, które wybraliśmy do życia, osiedle, na którym stoi nasz dom, wreszcie znajomi, którymi się otaczamy. Dywersyfikacji socjogeograficznych doświadczeń moich córek dodatkowo nie pomagał fakt, że większość naszych krewnych też żyje na zachodzie USA i do tego w wyjątkowych, nawet ekskluzywnych, okolicach. Przy okazji odwiedzin u tych krewnych córki zwiedzały kolejkami linowymi San Francisco, żeglowały z dziadkami pod mostem Golden Gate i chodziły na spacerki po winnicach Napa Valley, z przerwą na podwieczorek w restauracji Francisa Coppoli, gdzie przy okazji oglądały z bliska w przyrestauracyjnym muzeum, jak wygląda oskarowa statuetka, kostiumy z planu filmowego czy torba reżysera z okresu pracy w wietnamskiej dżungli.

Z niczym nie walczyłam, niczego na siłę nie burzyłam, ani nie wznosiłam, bo rodzicielstwo, jak je pojmuję, to kwestia nieustannej adjustacji naszych oczekiwań i planów do potrzeb i możliwości dziecka. Przede wszystkim zaś – stwarzanie mu bezpiecznych warunków do wzrostu i rozwoju.

Bańka, w której dziecko się wychowuje, jest jak by nie patrzeć środowiskiem, w jakim czuje się najbardziej komfortowo i jakie bierze za swoje naturalne. Jej przedwczesne zniknięcie zawsze niesie ze sobą chaos, którego dziecko może nie być w stanie pojąć, ani ogarnąć. Zmieni się to dopiero wtedy, gdy dziecko posiądzie już pewien rodzaj dojrzałości i oswojenia ze światem. Wtedy, znów podpowiada mi rodzicielska logika, dorastające/dorosłe dziecko nie tylko może, ale wręcz powinno wychodzić ze swej strefy komfortu i przyzwyczajenia ile tylko się da. Mieć świadomość czym jego bańka jest, a czym nie jest, i czym nigdy się nie stanie. W chwili obecnej, w czasach, z jakimi przyszło nam się mierzyć, trzeba podejmować takie próby częściej niż kiedykolwiek.

FOTO: EPA

Dlaczego tak uważam? Bo należę do grona pesymisto-optymistów, których z jednej strony obezwładnia zdumienie i żal, jak bardzo jako pojedynczy ludzie i całe społeczeństwa zawiedliśmy siebie samych w walce z pandemią, z drugiej jednak uskrzydla wiara, że pandemia pozwoliła nam na kilka istotnych „odkryć”. Jeśli mądrze do nich podejdziemy, mogą obrócić się na naszą korzyść. Jednym z ważniejszych jest konstatacja, że nasze bańki mają ściany o wiele grubsze niż się nam wydawało, oraz że potrzeba dużej siły i odwagi, by z nich wyjść, bo przed exitem powstrzymuje nas nie tylko grubość tych ścian, lecz i inni bańkolokatorzy, z którymi je dzielimy. Ci drudzy być może nawet bardziej, niż ci pierwsi. Wreszcie, w nowym świetle rzuconym na nasze bańki ostrzej widać nie tylko przepaści dzielące od siebie bańki rozlokowane na różnych biegunach w zależności od ich statusów socjo-, polityczno- i rasowoekonomicznych, ale i – a może nade wszystko! – ignorancję jednych bańkowiczych względem drugich. Ignorancję w kluczowym temacie, jak naprawdę wyglądają realia życia w bańkach innych, różnych od mojej: co te realia kształtuje/napędza, jak można je niwelować, co tę niwelację uniemożliwia.

Dlaczego jest to takie istotne „odkrycie”? Bo czy to się nam podoba czy nie, współczesna Ameryka to kraj dziś rekordowo (nawet w skali własnej historii) zróżnicowany pod względem rasy, pochodzenia, wyznania i oczywiście zasobności. Czy to się nam podoba czy nie, jest to w naszym wspólnym interesie jako jednostek i społeczeństwa, byśmy niezależnie od tego, w jakiej bańce sami tkwimy, mieli świadomość, kto i dlaczego znajduje się w innej. Bo stworzyliśmy sobie świat, przy wydatnej pomocy technologii, gdzie zamykanie się w bańkach przy jednoczesnym podgrzewaniu złych emocji i instynktów wobec „wrogów” z innych baniek jest prostsze niż kiedykolwiek. Niesie to nowe, realne wyzwania i niebezpieczeństwa dla wszystkich bez wyjątku. Mieliśmy już nawet ich przedsmak. Dały się nam porządnie powąchać 6 stycznia tego roku.

W pokolenie moich równolatków nie bardzo już wierzę z tej prostej przyczyny, że jesteśmy generacją przełomu i trudno nas przekonać, że sposób naszego myślenia, postępowania i wartościowania już się zużył. Jeśli jest niedobrze, to przecież będzie lepiej. Wcześniej czy później. Przecież musi być, prawda? Zawsze jakoś to było, więc i teraz jakoś będzie. Sama jestem winna takiego myślenia i postawy. Łapię się na niej w najmniej oczekiwanych momentach. Gdy widzę obozowisko bezdomnych na tyłach reprezentacyjnego Union Square w San Francisco i gdy czytam, że kolejny policjant staranowany przez „patriotów” podczas obrony Kapitolu popełnił samobójstwo.

Tylko, że doskonale wiem, czuję to każdą kostką i tkanką mojego jestestwa, iż to zwyczajne okłamywanie się. Bierność niczego już za nas nie rozwiąże. Nie w nowych postpandemicznych czasach, gdy świat naprawdę zacznie wyglądać zupełnie inaczej od tego, jaki znaliśmy. Gdy słowa kooperacja, wspólnota, współdziałanie i solidarność nabiorą nowego, zasadniczego znaczenia. Ta rewolucja będzie należała do młodych, a jak uda im się ją poprowadzić, będzie zależało od świadomości, z czym się mierzą. Możemy im pomóc. Czasami chodzi tylko o to, by nie utrudniać im wystawiania nosa poza bańkę, w której ich sami trzymamy.