Bez dachu nad głową i perspektyw

760
ZDJĘCIA: EPA

Nowy Jork zawsze borykał się z problemem bezdomnych, których zobaczyć można nawet w najbogatszych dzielnicach, śpiących na ławkach przystanków autobusowych, w korytarzach metra i w pociągach, wałęsających się prestiżowymi ulicami i deptakami. Pełno ich także w parkach i na placach zabaw.

Liczba osób pozbawionych dachu nad głową waha się w zależności od sytuacji ekonomicznej miasta i państwa, która na ulice wypycha nawet tych, którzy mieli dobrą pracę, dobre zarobki i niemałe oszczędności. Zależy także od tego, jaka jest w danej chwili polityka władz w ratuszu i nakładów finansowych na rozwiązywanie problemu najbardziej skrzywdzonych przez los mieszkańców danego ośrodka.

Pandemia koronowirusa, która zbiera żniwo pośród całej populacji nowojorczyków, nie omija bezdomnych.  Pozbawieni dostępu do środków dezynfekcyjnych, nie mówiąc o utrzymaniu higieny osobistej, mieszkający na ulicy pozostawieni zostali na łasce losu, gdyż burmistrz de Blasio obciął roczny budżet miejskiej policji o miliard dolarów, a więc z tego, co zostało, nie będzie funduszy na jednostkę zajmującą się bezdomnymi.

Jednostka, która przed cięciami miała do dyspozycji 4,5 mln dolarów, została zlikwidowana już w lipcu i od razu liczba telefonów ze skargami na „ludzi ulicy” podskoczyła aż o 450 procent.

Wbrew pozorom, nowojorczycy są wyrozumiali i wiedzą, że nie wszystkim w życiu się układa, nie chwytają zatem od razu za telefon widząc obdartego, cuchnącego i brudnego człowieka siedzącego przed wejściem do ich budynku. Wiedzą jednak, że w tym gronie stosunkowo duży procent to ludzie z zaburzeniami psychicznymi lub wręcz mentalnie chorzy, stanowiący realne fizyczne zagrożenie.

Nierzadko przyszło mi omijać takiego jegomościa, wokół którego leżał cały jego dobytek, stare walizki, torby turystyczne i plastikowe worki na zakupy, załadowane na rozklekotanych wózkach dla dzieci, bądź wózkach z supermarketów. Jeżeli spał, cicho otwierałem drzwi frontowe i szybko je zamykałem, żeby go nie obudzić, bo nie wiedziałem, jak się zachowa, czy nie będzie się wydzierał (co w takiej sytuacji jest normalką), czy może rzuci się na mnie, żeby mnie pobić albo wbić mi nóż w brzuch.

Mimo tego, że miałem duszę na ramieniu, nie dzwoniłem pod numer alarmowy, bo szkoda mi było tych ludzi, szukających  ciepłego kąta. Nie chciałem też angażować policji, która ma ważniejsze sprawy na głowie.  Poszczególni sąsiedzi, którzy bardziej się bali niż ja, dzwonili za każdym razem, kiedy w przedsionku budynku usadowił się kolszard…

Nie powinienem narzekać, bo to co się dzieje gdzie indziej jest nie do pozazdroszczenia. Najbardziej dotkniętą problemem przecznicą, gdzie nie zjawiają się stróże porządku, jest odcinek Zachodniej 72 Ulicy pomiędzy alejami Broadway i West End, gdzie na wszystkich 57 skarg dotyczących bezdomnych nie było żadnych odpowiedzi ze strony policji.

Burmistrz Bill de Blasio, który zawodzi nowojorczyków na każdym froncie i aż dziw, że wybrali go oni na drugą kadencję, w tej kwestii także daje dowód swojej indolencji.  Pod wpływem demonstrantów „Black Lives Matter”, którzy latem przez tygodnie koczowali na schodach ratusza, żądając obcięcia funduszy na policję, ustąpił i skasował wspomnianą na początku jednostkę do spraw bezdomnych, liczącą 86 funkcjonariuszy.  Zastąpić ją mieli cywilni pracownicy jego administracji, ale do dzisiaj nikt nie porzejął pałeczki.

„Za chorobliwymi podpowiedziami doradców, obcinając w pośpiechu fundusze na policję, następują konsekwencje” – powiedział szef związku detektywów Paul Di Giacomo. Wtórował mu przewodniczący Stowarzyszenia Policjantów, Pat Lynch.

W konsekwencji bezdomni nie tylko straszą nowojorczyków swoją aparycją, ale też zagrażają im swoimi czynami. Obecny, chory do szpiku kości trend spychania pasażerów z peronu na tory metra, to nie tylko działania szaleńców, mają w nim także udział ludzie żyjący stale na ulicy.

W jednym z ostatnich takich ataków 33-letni Michael Medlock – poważnie chory umysłowo bezdomny z 25-letnią historią agresywności i irracjonalnego zachowania – bez powodu wepchnął nieznajomego mężczyznę na szyny. Na szczęście, nie nadjeżdżał w tym momencie pociąg, a ofiara nie doznała poważnych obrażeń. Powyższy przykład pokazuje, że bezdomni borykają się z chorobami psychicznymi, które w połączeniu z brakiem miejsca zamieszkania (zawsze stanowiącego oazę mninimalnego spokoju, czego władze miejskie nie dostrzegają), dają zabójczą kombinację, to już jednak temat na osobny artykuł, którego wkrótce się podejmę.