Bzdura pączkuje na różne sposoby

223
Mała Greta dramatycznie jest świetna, ślicznie marszczy nosek, ale gdy na konferencji prasowej miała powiedzieć coś bez kartki – spaliła kompletnie FOTO: EPA

Z powodu niedorzeczności informacji dotyczącej premiera Kanady Justina Trudeau zaczęłam zastanawiać się, zresztą nie po raz pierwszy, czy postrzeganie, że ktoś jest czarny, biały, opalony, czerwony lub żółtawy, jest naganne.

Zawsze uważałam, że nie, ale to pewnie dlatego, że jestem przebrzydłą rasistką.

BIAŁE, CZARNE, KOLOROWE 

Premier Kanady Justin Trudeau w roku 2001 na imprezie szkolnej wystąpił pomalowany na ciemno, na głowie miał turban i udawał ponoć Aladyna – niedouczony jakiś. Pamiętam bohatera tej bajki z buzią białą i w turbanie, ale to z pewnością wina filmów Disneya, którego obecnie odsądzono by od czci i wiary, choć kiedyś dzieci wszelkiego koloru też chętnie oglądały jego bajki.

Pan Trudeau został wezwany na medialny dywanik i gęsto się tłumaczył w dwóch językach naraz z tej malowanej szuwaksem twarzy; gładko przechodził z angielskiego na francuski i z powrotem i tę część jego wypowiedzi jako sprawność lingwistyczną dedykuję naszym kołom rządzącym językami niewładającym.

W sumie nie chodziło o to, że jest rasistą z powodu pomalowania twarzy, choć o tym krzyczano najgłośniej, ale o kompromitację faceta przed wyborami, co nie sądzę, aby było możliwe jeszcze bardziej, bo premier już pokazał malowniczość usposobienia oraz beztroskę w sprawach rządzenia. Na ogół to on się zajmuje sprawami, które zostały mu nakazane przez światowe lobby progresywne, zainteresowane idiotami na najwyższych stanowiskach państwowych, a nie ludźmi zdolnymi do samodzielnego myślenia. Premier Kanady uwielbia LBGT z całym anturażem gołych facetów z gwizdkami na wierzchu (dosłownie) maszerujących ulicami Toronto (upalne lato sprzyjało), to znów przebiera się w galabiję i jest przyjmowany przez wyznawców islamu. Zachwyca się walką ze zmianami klimatu, przyjmowaniem nielegalnych emigrantów bez opamiętania. Udowadnia, że kanadyjski dług narodowy nie ma w sobie niczego złego, bo rząd dba o swoich obywateli – osobiście jako mróweczka na samym dole tej piramidy mam zupełnie odmienne zdanie. W odpowiedzi na medialny tumult o czarną twarz Justina odpisuję cytatem z książki „Kwiat pustyni” autorstwa Waris Dirie, pięknej Somalijki, supermodelki w latach 1987-2002, która tak opisała pierwsze zetknięcie z białym człowiekiem: „[…] Odwijałam i pożerałam cukierki, obserwując jednocześnie towarzyszy podróży. Wydawali mi się oziębli i jacyś chorowici. Gdybym znała wtedy angielski, powiedziałabym: ‚Trzeba wam trochę słońca’. Przecież nie powinni byli tak wyglądać, no nie? Pewnie zrobili się biali, bo zbyt długo przebywali pod dachem. Wpadłam nawet na pomysł, żeby kogoś uszczypnąć w policzek – może wtedy biała farba zlazłaby ze skóry. Przecież pod spodem każdy z nich musiał być czarny!”.

Rasistka! Czyż nie? 

Co teraz zrobimy z Otellem? Czy tylko czarni będą grali Maura, bo żaden biały artysta nie pomaluje twarzy, w strachu przed poważnym procesem sądowym?

A Madame Butterfly?

Niewątpliwie są Japonki z cudownym głosem, ale biała diva też chciałaby tę rolę zaśpiewać, ale jak ma wyglądać na scenie, jeśli nie ma prawa do charakteryzacji na japońską gejszę, która z kolei i tak malowała twarz kompletnie na biało, aby wręcz była nierozpoznawalna. Zawijas rasowy nie do przyjęcia w czasach wynaturzonej poprawności politycznej. Co z żołnierskim kamuflażem? O zielony ET się nie upomni, ale zadanie w podmokłym kraju może wymagać czerni i brązu na twarzy. I co wtedy? 

A co z graczami w futbol amerykański i ich czarnymi paskami pod oczyma, wyraźnie przypominającymi barwy walki wielu prymitywnych plemion? Gracze niech się cieszą, że do afrykańskich ostępów daleko, być może nie ma tam internetu, bo już widzę wspaniały proces o zniesławienie. 

Słyszałam również o plemionach, których członkowie z okazji uroczystości malują się na biało. Przecież, jako osoba biała, mogę powiedzieć, że się oburzam. 

Podobnie mogę się obrazić na czarnoskóre dziewczyny i kobiety prostujące włosy i farbujące je na blond. 

Plotę trzy po trzy? 

A awantura medialna o twarz pomalowaną na brązowo z okazji imprezy to nie bzdura? 

Zastanawiam się, czy aby ktoś nie poda mnie do sądu, bo udaję osobę rasowo ciemniejszą poprzez opalanie.

WŁAŚNIE. OPALONA TWARZ

Jest pani Christine Lagarde, która ma zawsze pięknie opaloną buzię, co znakomicie kontrastuje z jej białymi włosami. Nie życzę jej szczególnie dobrze, bo jej wszelkie dążenia prą w kierunku zmasowanego uzależniania gospodarek poszczególnych państw (Grecja, Islandia) od Banku Światowego, a szczególnie naraziła mi się wystąpieniem na temat starzejących się społeczeństw i sposobów temu zaradzenia. Otóż ta pani uważa, że ludzie żyją zbyt długo, co niezwykle obciąża budżety państwowe, a w przyszłości będzie wpływać niekorzystnie na ekonomię rządu światowego. Uważa ta opalona pani, że należy zgrabnie podregulować emerytury i opiekę zdrowotną, aby nie dać staruchom żyć zbyt długo. Oczywiście takich jak ona problem nie dotyczy – choć sama jest już stara – bo na koncie i w aktywach posiada ponad miliard dolarów. Soros w końcu też nadużywa cierpliwości ludzkiej i boskiej swoją długowiecznością (88), a wcale się tym nie przejmuje i żyje. Był w Davos w 2019 r. w styczniu, przemawiał i nawet zgodził się pod pewnymi względami z prezydentem USA Donaldem Trumpem, również nie młodzieniaszkiem.

Przecież większość rządów świata to zaślepieni, stetryczeli starcy i staruchy lub idioci. Może od nich zacząć wprowadzanie eutanazyjnych pomysłów pani opalonej?

KLIMAT NA DRAMAT

Dawno, dawno temu jako 16-letnia dziewczynka wyobrażałam sobie, że jak już skończy się komunizm, to będzie pięknie. Tymczasem obecnie 16-letnia Szwedka Greta Thunberg krzyczy do nas starszych: How dare you? (jak śmiecie zabierać nam dzieciństwo?!), a chodzi o zmiany klimatyczne, które to niby ludzie powodują. Może ona też stanie się autorką konkluzji, że z powodu ludzi w podeszłym wieku topią się lodowce? Nic nie wiadomo. Niedawno szwedzki uczony doszedł do wniosku, że kanibalizm może zbawić ludzkość. Proszę mi wybaczyć, nie będę odszukiwać jego nazwiska, tak obezwładniła mnie tego typu bzdura.

Na początku spoglądałam na Gretę zdziwiona i zastanawiałam się nad jej determinacją, choć w osobiste autorstwo tekstów nie wierzyłam nawet przez 10 sekund. 

Po zapoznaniu się z jej życiorysem doszłam do wniosku, że jest niezwykle uzdolnioną nastolatką przesiąkniętą atmosferą dramatu. Jej kazus jest skomplikowany, bo to wcale nie jest dziewczynka z zapałkami, którą nagle i niespodziewanie odkryto. Pochodzi ze znanej od pokoleń rodziny aktorskiej. Jej mama, śpiewaczka operowa, Malena Ernman, rozpoznawana w Szwecji jako wysokiej klasy mezzosopran, zaśpiewała nawet na otwarciu moskiewskiego wydania festiwalu Eurowizji w 2009 roku. Ojciec małej Grety, Svante Thunberg, też jest aktorem i równocześnie synem znanego, ciągle żyjącego Olofa Thunberga – reżysera, aktora telewizyjnego, jak i radiowego, dość powszechnie rozpoznawanego w Szwecji. Zatem to nie było takie trudne natknąć się na dziecko z porządnym, wielopokoleniowym aktorskim pochodzeniem. 

Greta nie jest taka młodociano-niewinna, za jaką się ją uważa. Zaczęła od tego, że przestała chodzić do szkoły, co z punktu widzenia mojego pokolenia jest sprawą absolutnie niedopuszczalną. Wagarowanie było piętnowane, a uczęszczanie do szkoły traktowano jak formę pracy. Mało tego, że sama nie chodzi do szkoły, to jej sponsorzy uczynili z takiego procederu zachowanie stanowiące wzorzec dla tysięcy innych uczniów na świecie. 

Usiłuje się nam wmówić, że już nie ma dwóch płci, każdy może mieć, jaką zechce, że mają zniknąć państwa, religie i w końcu rodzina. Teraz dochodzi niekonieczność uczęszczania do szkoły, gdy jeszcze pokolenie wcześniej opuszczenie zajęć usprawiedliwiała choroba, rodzinny duży problem i śmierć. 

Mała Greta dramatycznie jest świetna, ślicznie marszczy nosek, ale gdy na konferencji prasowej miała powiedzieć coś bez kartki – spaliła kompletnie. Od początku było wiadomo, że ktoś jej pisze te płomienne przemówienia, dba o jej niewinny image nieco już podstarzałej Lolitki. Czekam tylko, aż Gretka zaśpiewa pełnym sopranem, a media się rozpłyną, choć nie ma nad czym, bo od XVI wieku śpiewaczki operowe startowały, gdy nie były starsze niż 14-15 lat. Już wtedy wiedziały, że muszą się śpieszyć, aby zdążyć przed trzydziestką wyśpiewać majątek na resztę życia, ewentualnie bogatego męża. 

Greta zmienia otoczenie. Rodzice przeszli na weganizm (albo tak mówią), a mama zawiesiła karierę diwy, aby nie latać samolotami, które zanieczyszczają atmosferę; bardziej zrezygnowała ze śpiewania z powodu podeszłego wieku i lepiej opłacającej się kariery córki – ale pewnie się czepiam. 

Nie uważam, aby ta mała do końca wiedziała, co czyni i dlaczego rozpacza za ginącą Planetą Ziemią z powodu zmian klimatycznych. Gdyby chodziła do szkoły na regularne zajęcia z biologii i geografii, dowiedziałaby się, że nie ma nad czym szat rozdzierać. Sponsorom Grety nie chodzi jednak o obiektywną wiedzę, ale o barwny dramat w wykonaniu uzdolnionej młodocianej aktorki, która mogłaby zagrać duże szekspirowskie role, może nawet Desdemonę u boku malowanego czy też prawdziwie ciemnoskórego Otella.