Cena ludzkiej godności

116
Foto: EPA/Arch.

Czytam kolejne raporty i analizy na temat stanu zatrudnienia – czy raczej pokutującego nam niezatrudnienia (sic!) i nadziwić się nie mogę. Nie temu, że statystyki są jakie są, lecz temu, jak bardzo wszyscy się im dziwią.

Zgadzam się – zaskoczeniem była pandemia, choć oczywiście są tacy, którzy uważają, że wcale nie, bo gdybyśmy tylko mieli szerzej otwarte uszy i oczy, to o żadnym zaskoczeniu mowy by nie było. Zaskoczeniem były postawy przyjmowane przez rządy i państwa w obliczu pandemicznej “próby ognia”, bo choć istniały oczywiste wybory, wiele z nich dokonywało tych nieoczywistych, kłócących się nawet ze zdrowym rozsądkiem. Zaskoczeniem, wreszcie, pozostają po dziś dzień postawy indywidualne i to pomimo, a może na skutek tego wszystkiego, co wiemy o ludzkiej naturze. Na usta cisną się pytania, czy to możliwe, że jednak nie jesteśmy niczym więcej niż tylko zbieraniną egoistów kierujących się wyłącznie poczuciem własnej wygody i to w jej doraźnym wydaniu? Konstatacja to tym bardziej przygnębiająca, że przedkładając swoje “tu i teraz” nad “wspólne jutro” pomijamy dobro naszych własnych dzieci.

Ale czy zaskakuje, że choć gospodarka już niemalże wróciła do stanu sprzed pandemii, pracodawcy biją na alarm, iż nie mają rąk do pracy? I to gdzie? W Ameryce – w kraju, który jest przecież ojczyzną zadeklarowanych pracoholików, ludzi budujących swoje poczucie wartości i nawet tożsamości w oparciu o ekonomiczny sukces, w narodzie nienawidzącym nicnieróbstwa, ani wyciągania ręki po cokolwiek, co nie zostało wypracowane w pocie własnego czoła? Niemożliwe! A jednak. Czy to znaczy, że koniec świata już nastąpił?

Foto: EPA/Arch.

Pozwolę sobie stanąć w kontrze do tego gremialnego przecierania oczu w geście zdumienia i oburzenia. By lepiej wyjaśnić dlaczego, podzielę się pewnymi osobistymi odkryciami, których właśnie w czasie pandemii dokonałam. Wiem, niektórzy nauczyli się podczas lockdownów nowego języka, inni pokończyli trzecie i czwarte fakultety, które może nawet do czegoś im się w życiu przydadzą, a ja chodziłam na spacery, rozmyślałam i porządkowałam rodzinne historie, zwłaszcza zaś mój stosunek do nich.

Nie mam już dzisiaj wątpliwości – jestem dzieckiem ludzi, których ukształtowało w życiu poczucie odrzucenia. Dramatycznego i bardzo destrukcyjnego, bo odrzucenie, a wręcz wykluczenie, wyszło ze strony członków ich najbliższych rodzin i społeczności, w jakich się wychowywali. Ta skaza, wypaczenie, przypadłość, jakkolwiek to nazwać, w zasadniczy sposób wpłynęły na ich życiowe postawy, a dawały o sobie znać szczególnie mocno w chwilach zagrożenia i kryzysu. Prócz utraty w katastroficznych okolicznościach (typu np. wypadek) najbliższej nam osoby czy osób, nie wiem, czy jest coś, co potrafi sprokurować w naszym ludzkim psyche spustoszenie większe niż właśnie syndrom odrzucenia – świadomość, że nas nie chcą, nie jesteśmy ważni, nasze życie jest dla otaczającego świata bez znaczenia, nikt nie liczy się z naszymi potrzebami, nie mówiąc o aspiracjach i marzeniach. I że dzieje się tak bez względu na to, jak mocno się staramy, jak dobrymi, uczciwymi, pracowitymi jesteśmy ludźmi.

Noszenie w sobie tego rodzaju poczucia bezwartości nieuniknienie prowadzi do buntu i jest on zawsze z gatunku najbardziej zdesperowanych. Nie ma okoliczności, które by go powstrzymały. Nie ma okoliczności, które przyspieszyłyby jego koniec, póki sam się nie wypali. Jątrzenie się tej rany i bunt przeciwko niej to przewodnie hasła mojego dzieciństwa i młodości, choć będąc swego czasu ich świadkiem nie wiedziałam skąd się brały, ani dlaczego. Kluczowych faktów z rodzinnej historii dowiedziałam się bowiem dopiero w ostatnich kilku latach.

Wróćmy do czasów współczesnych. Mamy erę globalizmu i żyjemy w realiach – sami je sobie stworzyliśmy! – w których na niwie zawodowej coraz częściej konkurujemy z całym światem. Rosnąca rzesza z nas w większości zawodów mierzy się z więc w związku z tym z poczuciem, że jest dla swego pracodawcy wymienialna i to na na zawołanie, zaś od utraty posady dzieli nas nie więcej niż jeden niewłaściwy krok, jedna pomyłka, jeden niedotrzymany termin. W grupie, która została przez pandemię potraktowana najgorzej – wśród ludzi zatrudnionych w usługach za najniższe stawki, nieważne, że często w sektorach uznawanych za “niezbędne” – świadomość, iż pracodawca nie ma wobec pracownika żadnej lojalności, była powszechna i niemal już tak naturalna jak oddychanie. W nowoczesnych poradnikach dla menedżerów metoda na “trzymanie” pracownika w nieustającej niepewności co do jego miejsca i pozycji w firmie, to zalecane narzędzie zarządzania, tym atrakcyjniejsze, że pozwalające jeszcze więcej na pracowniku zaoszczędzić. Człowiekowi o niskim poczuciu zawodowej wartości nie trzeba przecież dawać awansów ani podwyżek, ani oferować mu pakietów socjalnych. Czy już brzmi to znajomo? Czy zabrzmi jeszcze bardziej znajomo, jeśli weźmiemy pod uwagę doniesienia o stanie zatrudnienia z innych części świata. Tam – o dziwo! – a może żadne dziwo, stan nie jest aż tak krytyczny jak w USA. Czy teraz brzmi to jeszcze bardziej znajomo? Czy jeżeli przypomnimy sobie, że w bogatej Ameryce toczy się batalia o podniesienie federalnej płacy minimalnej do 15 dolarów za godzinę, podczas gdy badania wykazują, że najniższa stawka potrzebna na przeżycie w obecnych warunkach ekonomicznych to 25 dolarów – sprawa stanie się już właściwie tak jasna, że aż przejrzysta?

Foto: EPA/Arch.

Pandemia przeorała rynek pracy i możliwe, że już nic nie będzie takie samo. Choć jeśli tak się stanie, będzie to nam wszystkim bardzo nie na rękę. Co się z tymi ludźmi porobiło? – zastanawiał się niedawno pewien znany komentator w jednej z telewizyjnych sieci informacyjnych… Szanowny komentatorze, nie porobiło się nic, czego nie można było przewidzieć, a nawet się spodziewać.