Chwile, dla których warto żyć

98
FOTO: PEXELS

– Przepraszam, a skąd pani ma tę maseczkę? Twarz sprzedawczyni w Walgreensie ozdabiała kolorowa maseczka z materiału, jej wzór był mi bardzo znajomy. Z takiego dokładnie materiału szyłam jedne z pierwszych maseczek w pierwszych tygodniach pandemii.

Sam materiał przeleżał w koszyku z przyborami do szycia od czasów przeprowadzki do naszego obecnego domu. Miałam z niego zrobić poszewki na poduszki do pokoju Starszej, wówczas dwulatki. Nie pamiętam już, co stanęło mi na przeszkodzie, nigdy się do tego projektu nie zabrałam. Pod koniec marca 2020 r. metr gęstej, dobrej jakościowo bawełny był idealny, by pociąć go na kwadraty, z których powstawały maseczki. Zamiast gumek, bo nie sposób było je dostać, przyszywałam do nich w tych pierwszych kilku tygodniach (potem gumki podrzucili życzliwi) rozciągliwe tasiemki z zestawu robótek ręcznych dla dzieci, były w jaskrawych kolorach i nie zawsze „pasowały” do wzoru na materiale, ale kto by się wtedy takimi rzeczami przejmował. Maseczka, na której zatrzymałam wzrok w Walgreensie, nosiła ślady wielu prań – wzór był już wypłowiały, a krwista czerwień tasiemki na uszy teraz bardziej pomarańczowa niż czerwona.

– A, moja maseczka? – Upewniła się kobieta. – Noszę ją, bo jest bardzo wygodna, a poza tym pasuje mi do kilku sukienek, mam do niej wielki sentyment – odpowiedziała.

– Ale… skąd ją pani ma?

– Skąd mam? – powtórzyła i zamyśliła się na moment. – Od mamy. A ona od kogoś, kto je szył i rozdawał, to było jeszcze na samym początku pandemii.

– Wydaje mi się, że to ja ją uszyłam – powiedziałam i podałam kobiecie nazwę mojej ulicy.

– Tak! – wykrzyknęła i obie znieruchomiałyśmy. I chyba obu nam w tej samej chwili zakręciła się w oku łza.

Nie wiem, co przeszło przez głowę mojej rozmówczyni. We mnie uderzyło kilka emocji naraz. Wydało mi się, że spotkałam przyjaciela z bardzo odległej przeszłości, która dziś, szczególnie gdy mam gorszy dzień, wydaje mi się niemal rajem utraconym. Wiele bym dała za powrót do życia z przedpandemiczną niewiedzą i niefrasobliwością, z tamtymi nadziejami i oczekiwaniami.

Po drugie, wydało mi się niemożliwe, że po ponad dwóch latach w 200-tysięcznym mieście natknę się jeszcze na moją maseczkę. Absolutna większość z nich na pewno już od dawna leży na wysypiskach śmieci, o zdecydowanej większości nikt już pewnie nawet nie pamięta. Maseczki, jeśli je ktoś wciąż nosi, mamy dzisiaj raczej jednorazowe, ze sklepu. Tak działa „postęp”. A tu proszę: taki symbol, taki namacalny odcisk mojego życia na życiu drugiej osoby. Jeżeli sens naszego istnienia to naprawdę idea tak prosta jak to, by przekazać/zostawić po sobie cegiełkę i w ten sposób przyczynić się do kształtowania biegu świata, to mogę być z siebie dumna. Zapałka, którą zapaliłam, gdy zgasło światło, wciąż przede mną stała i świeciła, ktoś wciąż jej używał, potrzebował, wciąż miała dla kogoś znaczenie.

Być może najważniejsza była emocja trzecia. Poczułam się zainspirowana, coś, czego mi w ostatnich dwóch latach bardzo brakuje i wiem, że nie mnie jednej. Poczucie, że wydarzyło się tak dużo, że czasami nie ma siły nawet tego dźwignąć, drugie tyle nieodwracalnie się zaś zmieniło i potrzeba oddzielnego wysiłku, by to „ogarnąć”, zaakceptować i nauczyć się z tym żyć, a do wszystkiego jeszcze poczucie, że trwamy w stanie przejściowym bez wpływu na to, kiedy może się on zakończyć, nie sprzyja zbytnio kreatywności. Może tylko u psychopatów.

Pozytywna energia nie roznosiła mnie zbyt długo. Wystarczyło jej na tyle, bym po powrocie do domu ze śpiewem na ustach podlała ogród, a wieczorem wybrała się z Młodszą „na miasto”, gdzie najadłyśmy się niezdrowych lodów i zmoczyłyśmy się biegając przez trawnikowe zraszacze.

Już następnego dnia klimat w domu i w głowie wrócił do swojej obecnej normy. Mąż zbudził się z bólem gardła i choć pierwszy domowy test nie potwierdził, że to COVID, niczego nie można wykluczyć. Nie wiem jak u Państwa, w moich okolicach zakażenia biją wszelkie rekordy, a ludzie biją własne, rekordowo nie zwracając już uwagi na żadne statystyki ani przestrogi ekspertów. Jesteśmy już tak wszyscy pandemią wymęczeni, że zaakceptowaliśmy życie w stanie permanentnego zagrożenia. Na ochotnika przywdzialiśmy wojenne mundury i już nawet nie siedzimy w okopach. Jak trafi, to trafi, trudno.

Za trzy dni mieliśmy wyruszyć do Parku Narodowego Glacier, nasz pierwszy „dłuższy” rodzinny urlop od czasów sprzed pandemii. Prawdopodobnie nie ruszymy, bo mieliśmy się tam spotkać z teściami. Kolejny znak obecnych czasów: ludzkość podzieliła się na tych, którym „wolno” zachorować, i tych, którzy zachorować nie powinni. Testując własne granice ryzyka nie przekraczamy więc jednak pewnych innych. Głębi wdech i wydech. Mąż tak bardzo czekał na ten urlop, pierwszy od trzech lat. A więc: rozczarowanie, strata, taka konieczność – który to już raz?

Stany przejściowe nie sprzyjają żadnym rodzajom definitywności (zaryzykuję neologizm, ale brzmi mi on tutaj nawet lepiej: definityzmu!) ani w refleksjach, ani w konkluzjach, najmniej w planach. Jest coś, co jednak wydaje mi się definitywne. Definitywny jest nasz absolutny brak wiedzy na temat tego, czym życie nas zaskoczy – w tym pozytywnie. Definitywnie warto żyć dla takich chwil jak ta, która mnie spotkała w Walgreensie. Definitywnie warto nie czekać, aż coś dla nas zrobią inni, aż będzie między nami wyrównany rachunek, aż nadejdą sprzyjające okoliczności, byśmy poczuli się gotowi wyjść z naszej strefy komfortu i wartości. Warto szczególnie wtedy, gdy czujemy się skrzywdzeni, zagubieni i sami potrzebujemy pocieszenia i komfortu. Może się okazać, że pocieszenie i komfort nadejdą z najmniej oczekiwanej strony.