Co by powiedział Ludwik Stomma?

1
Gigantyczna skala awarii energetycznych w Teksasie wstrząsnęła mieszkańcami tego stanu FOTO: EPA

To była najbardziej zapowiadana bomba śnieżna mojej emigracji. Meteorolodzy, porwani własnymi wizjami, mówili o kumulacji nawet powyżej 2 metrów śniegu. Politycy, porwani własnymi sukcesami na polu kontroli społecznej, przykazywali nam jak dzieciom w przedszkolu, by zrobić zawczasu zakupy i siedzieć w domu. Mój własny mąż, porwany okazją, nabył elektryczną odśnieżarkę.

Pogodę tuż przed śnieżycą mieliśmy ładnie wiosenną, sprzyjało to więc nie tylko kontestacji prognoz meteorologicznych, ale i przymiarkom do wiosennych porządków. Zabrałam się do nich i ja, a zaczęłam od sterty ubiegłorocznych polskich periodyków, zalegających w okolicach nocnej szafki.

Wzięłam do ręki pierwszy z brzegu i bum! – bomba eksplodowała od razu, w przeciwieństwie do tej śnieżnej, która ostatecznie okazała się tylko granatem. Ze stron „Polityki” mrugało do mnie wspomnienie o Ludwiku Stommie, wybitnym człowieku kultury i publicystyki, który zmarł na początku marca ubiegłego roku.

Aż się uszczypnęłam z niedowierzania, bo timing tej eksplozji nie mógł być bardziej nieprzypadkowy. Właśnie niedawno, choć wcale nie rocznicowo, wróciłam do kilku ulubionych lektur autorstwa Stommy: „Historii niedocenionych”, „Historii przecenionych” i „Polskich złudzeń narodowych”. Książek, w których Stomma po mistrzowsku rozprawia się z największymi mitami kształtującymi naszą historyczną świadomość i tożsamość. A jeszcze genialniej demaskuje mechanizmy odpowiedzialne za kreację fałszywych bądź podkolorowywanych przekazów historycznych, nie odmawiając sobie przy tym przyjemności wyjaśnienia, dlaczego niektóre z nich po dziś dzień stoją na warcie honorowej przed rezydencją, gdzie ów nieprawdziwy obraz przeszłości spokojnie i dostatnio wciąż sobie mieszka.

Stany Zjednoczone nie figurowały na pierwszym planie zainteresowań Stommy, a szkoda. Rozmyślałam o tym przy okazji jeszcze innej śnieżycy, tej, która kilka tygodni temu zaatakowała Teksas i, jak wiemy, skończyła się katastrofą humanitarną.

Między teksańskimi włodarzami wciąż trwają kłótnie o to, kto zawinił naprawdę/najbardziej. Prywatni przedsiębiorcy goniący, jak to przedsiębiorcy, za zyskiem i przedkładający go ponad ludzkie dobro i zdrowie, w tym wypadku oszczędzający na remontach infrastruktury, by przystosować ją do zmieniających się warunków klimatycznych? Czy raczej sami politycy, stanowa legislatura, która sprywatyzowała i skrajnie rozregulowała usługi publiczne, pokazując środkowy palec idei o obywatelskim prawie do bezpieczeństwa energetycznego?

Mamy do czynienia z układanką o wielu elementach, niewykluczone więc, że nie wszystkie jej elementy nawet jeszcze znamy. To jednak, co wiemy o Teksasie na pewno, to fakt, iż nawet po doświadczeniach drastycznie obnażających niedorzeczności teksańskiej polityki, stanowi nacjonaliści i tak krzyczą, że nikt im nie będzie mówił jak żyć i co myśleć. Dlaczego? Bo fundamentem teksańskiej tożsamości jest wolność. Wolność w absolutnym tego słowa znaczeniu.

Brzmi świetnie. Tylko… czy jest prawdziwe?

Historia Teksasu zaczyna się pod koniec pierwszej połowy XIX wieku. Teksas wstąpił do Unii, bądź, jak kto woli, został anektowany przez USA w roku 1845. Zanim do tego doszło, przez prawie dekadę funkcjonował jako państwo/terytorium niezależne po tym, jak w 1836 r. oderwał się od Meksyku.

Meksyk nigdy owej niezależności nie uznał, stąd wcielenie Teksasu do USA potraktował jako akt kradzieży i powód do wojny – mówimy o sławetnej wojnie amerykańsko-meksykańskiej w latach 1846-48. Nie zapominajmy jednak, że Stany Zjednoczone bynajmniej nie były prospektem tego konfliktu zasmucone. Przeciwnie. Amerykanie rzucili się w wir walk z przeświadczeniem, iż to nie tylko obrona interesów nowych mieszkańców Unii, ale i realizacja wyższego, iście boskiego planu.

Zachowały się listy ówczesnego prezydenta Polka, które ten plan objaśniają: sam Bóg nałożył na USA moralną obligację rozszerzenia amerykańskiej cywilizacji i jej zdobyczy na cały kontynent. Mówimy jednak o genezie tożsamości stanowej, więc wojnę zostawmy, wróćmy do wydarzeń, które odkleiły Teksas od Meksyku i dały początek procesowi formowania się tej tożsamości.

Idea wyszła od białych osadników. Zaczęli tu ściągać tabunami już od początku XIX wieku, gdy tylko w świat poszła wiadomość, że na tych dogodnych klimatycznie ziemiach da się  stworzyć nowe bawełniane imperium. Niestety, pojawił się problem. Do pracy na plantacjach potrzebni byli niewolnicy, tymczasem Meksyk ze swą świeżo wywalczoną (1821 r.) niepodległością od Hiszpanii zafiksował się na ideach wolności i progresywizmu, i w 1829 r. ogłosił abolicję. Prosperita nowych bawełnianych baronów stanęła pod znakiem zapytania. Terytorialna niezależność od Meksyku, a następnie ucieczka pod skrzydła USA były o tyleż wyrazem tęsknoty za wolnością, co dążeniem do utrzymania lukratywnego finansowo status quo.

Flaga Stanów Zjednoczonych i stanu Teksas FOTO: EPA

Wojna Meksyku z USA zakończyła się dla Teksasu pomyślnie. Meksyk przegrał, Teksas został w USA, bawełniana ekonomia „nowego Południa” mogła bez przeszkód kwitnąć. Niewiele ponad 20 lat później Teksas jako stan konfederacki odegrał kluczową rolę w wojnie secesyjnej. Nikogo chyba nie zaskoczę mówiąc, że był jej wynikiem rozwścieczony i to wtedy, w odpowiedzi na abolicję, w teksańczykach zaczął budzić się duch stanowego nacjonalizmu i izolacjonizmu. Z nim postawa, że rząd federalny jest dla Teksasu wrogiem i należy zawsze trzymać się od Waszyngtonu jak najdalej.

Model niezależnego rynku energetycznego, jaki się potem w stanie ukształtował – a dziś tak spektakularnie powalił go na kolana – był bezpośrednim wynikiem takiej polityki i takiego światopoglądu.

Co więc tak naprawdę legło u fundamentów osławionej teksańskiej wolności? Panie Ludwiku, czyż to nie przedni materiał na kolejne historyczne sprostowanie? I to z rodzaju takich, które można spokojnie umieścić zarówno w cyklu „przecenione” jak i „niedocenione”? Nie tylko teksańczykom, wszystkim nam życzę u progu wiosny więcej zdrowia, mniej bezrefleksyjnej mitomanii i jak najczęstszych powrotów do historii. Tylko wiedząc kim naprawdę jesteśmy, możemy zrozumieć i naprawić błędy popełniane z niewiedzy.