Co o nas powie przyszłość?

116
Migracja do USA jawi się tysiącom mieszkańców z terenów na południe od Meksyku nie tyle jako sposób na lepsze życie, co jedyna szansa na to, by mieć jakiekolwiek życie. Na zdjęciu: wędrujący w kierunku amerykańskiej granicy migranci z Gwatemali - FOTO: EPA

Jeszcze tego nie wiemy, ale nie można wykluczyć, że nasi potomni, opisując z perspektywy świat z początków trzeciego tysiąclecia, będą zaczynać każdą książkę, rozdział w podręczniku i artykuł od stwierdzenia, że nasilające się kryzysy migracyjne, które kształtowały politykę całych kontynentów, były ściśle związane ze zmianami klimatycznymi.

I dalej, zaraz w następnych paragrafie, a może już zdaniu: nasze postawy wobec tych zmian, a więc .ich negacja, w najlepszym zaś razie lekceważenie bądź metoda na przeczekanie (problem jakoś sam się rozwiąże!) były z kolei jednym z najlepszych w całej historii ludzkości dowodów na to, co się dzieje, gdy człowiek przedkłada służbę wybranym ideologiom i światopoglądom nad widzenie świata takim, jakim jest on naprawdę.

Mam nadzieję, że słyszeli Państwo o pracach badawczych, które potwierdziły, i to nie jeden ośrodek, ale kilka, że kryzys w Syrii, i w ogóle cała wiosna arabska najpewniej nigdy by się nie wydarzyły, gdyby nie historyczna, wyniszczająca ekonomie tych krajów susza, jaka nawiedziła region w latach bezpośrednio poprzedzających rewolucję. .Wypadki potoczyły się książkowo. Brak środków do życia przełożył się najpierw na zmasowaną migrację z terenów rolniczych do miast, to załamało gospodarkę, ludzie wyszli na ulice, żądając przy okazji reform z gatunku politycznych, rząd z niczym sobie nie poradził i w efekcie rozpoczął się szturm na drzwi Europy.

Na naszych oczach, w trakcie gdy piszę te słowa, rozgrywa się nasza własna, amerykańska wersja kryzysu migracyjnego, a w istocie to jego kolejna odsłona, bo kryzys podchodzi pod południową granicę USA falami. Były kryzys „dziecięcy” (2014-15 r.), potem kryzys „pierwszokarawanowy” (2018 r.), teraz mamy kryzys „multikarawanowy”. Choć retoryka amerykańskich władz o tym, że kryzys napędzają marzenia o lepszym życiu, które Ameryka od początku swego istnienia rutynowo oferuje przesiedleńcom, jest lotna i świetnie pasuje do autoportretu, do którego Ameryka, bez względu na realia, wciąż ma stosunek czołobitny niczym dla pacierza, jest to, w najlepszym wypadku, tylko część prawdy. Połacie Ameryki Południowej, podobnie jak północne części Afryki i wiele innych rejonów globu, od jakiegoś czasu również odczuwają katastrofalne skutki zmian pogody. Wysychają ziemie uprawne, a plony niszczą nowe rodzaje szkodników, które plenią się w nowych, zmienionych warunkach klimatycznych i żadne sztuczne ich zwalczanie nie daje większych rezultatów. .Migracja do USA jawi się tysiącom mieszkańców z terenów na południe od Meksyku nie tyle więc jako sposób na lepsze, bardziej cywilizowane życie (by użyć słów niektórych ekspertów, szukających przyczyn kryzysu wyłącznie w sposobie przekazu dzisiaj informacji i nadmiernie, w związku z tym, rozbudzonych żądz konsumpcyjnych społeczeństw słabiej rozwiniętych), co jedyna szansa na to, by mieć jakiekolwiek życie. By w ogóle przeżyć.

USA też zresztą doświadcza coraz mocniej postępującej katastrofy klimatycznej. Pod koniec ubiegłego roku panel ekspertów przygotował i przedstawił Białemu Domowi raport liczący ponad 1600 stronic autorstwa wiodących autorytetów i specjalistów z różnych dziedzin, obrazujący, jak konkretne zmiany w klimacie przekładają się na konkretne „klęski” nawiedzające konkretne rejony kraju. A mówimy i o dewastujących, niespotykanych do tej pory na taką skalę pożarach w Kalifornii, o sypiącej się infrastrukturze na południu, o kurczących się możliwościach hodowlanych i uprawnych Midwestu, i wreszcie powodziach w rejonach, gdzie do tej pory się o nich nie słyszało. Urzędujący prezydent raport zignorował. Z uporem powtarza, że kryzys migracyjny ma wymiar ekonomiczno-polityczny (patrz ponownie: rozbuchane aspiracje biedoty – sic!) i nie ma zamiaru doszukiwać się żadnych innych jego przyczyn. .Rozeźlony na naukowców i ich raport odpowiedział obcięciem pomocy humanitarnej dla krajów Ameryki Południowej.

Problem jest, naturalnie, ogromny. .Nawet gdybyśmy, jako globalne społeczeństwo, stanęli solidarnie ramię w ramię wyznając, że zmiany klimatyczne są prawdziwe i to one są odpowiedzialne za kryzysy humanitarne i migracyjne na świecie, gościnne otwieranie na oścież granic przez państwa najbogatsze nie będzie dobrym rozwiązaniem. .Barierę stanowią przecież nie tylko możliwości ekonomiczne tych państw, ale sprawy z kategorii „miękkich”, takich jak postawy społeczne, kwestie kulturowe, integracyjne, edukacyjne itd. Przeciążenie jednego systemu przez drugi w sytuacji, w której ten pierwszy jest na to niegotowy (w chwili obecnej nawet państwa najbogatsze nie są przygotowane na wchłanianie ogromnych liczb migrantów w szybkim tempie), doprowadzi do załamania się całego systemu na wszystkich frontach, i tak tylko otworzymy sobie drogę do zagłady na skalę globalną.

Nie jestem marzycielką kompletnie oderwaną od realiów i postulującą, że utopijny, idealny świat mamy na wyciągnięcie ręki, jeśli tylko bardzo będziemy tego chcieć. Ale jestem wielką zwolenniczką traktowania naszej planety z należnym jej szacunkiem. Jestem matką, której zależy na tym, by jej potomkowie mieli .gdzie żyć i by przyszłość, w której będą się obracać, nie przypominała żadnej formy futurystycznej makabry ze znanych filmów sci-fi.

Jako cywilizacja jesteśmy dziś w stanie nie tylko niszczyć, ale i naprawiać. Najnowsze technologie to nie tylko 5G do nieprzytomnie szybkiego przepływu danych czy autonomiczne samochody, ale przecież i instrumenty zdolne wpływać na pogodę, zabezpieczać środowisko przed zanieczyszczeniami, oczyszczać je skutecznie z tych zanieczyszczeń. .Umiemy wywoływać na zamówienie deszcze. Umiemy już produkować żywność przy znacznie obniżonych kosztach i nakładzie surowcowym. Umiemy, wreszcie, generować energię z nowych, odnawialnych źródeł, dzięki czemu jej produkcja jest jak najbardziej możliwa tam, gdzie obecnie nie jest, co może w pojedynkę odmienić los i zdolności przeżycia mieszkańców takich rejonów. Mamy te technologie. Dysponujemy nimi. Co by było, gdybyśmy pieniądze, jakie obecnie wydajemy na programy utrzymywania i integracji migrantów w krajach, gdzie starają się osiedlić, na fortyfikowanie granic, by zabezpieczyć się przed ludzkimi masami, na pomoc, ograniczającą się wyłącznie do darowizn w postaci gotowej żywności i przedmiotów codziennego użytku, na bezsensowne wojny prowadzone w imię przekonań religijnych i politycznych, przeznaczyli na równoważenie negatywnych skutków zmian klimatycznych? Gdzie i jak szybko byśmy zaszli?

Książki, podręczniki i artykuły o tym, jak traktowaliśmy świat, który jest dla nas domem, pisze się już dzisiaj. My je piszemy. Nie wiem jak Państwu, mnie będzie po prostu wstyd, jeśli nasi potomni – zakładając, że zostawimy po sobie świat, w którym wciąż będą mogli żyć – będą mnie opisywać w sposób, w jaki rozpoczęłam ten tekst. Choć powiem też, że patrząc na to, co dzieje się wokół, na naszych polityków i na społeczeństwo, wydaje mi się momentami wręcz nieuniknione, że to właśnie będą czynić.