Co za dużo, to niezdrowo!

28
Konwencja ONZ z 1989 r. o prawach dziecka głosi: „Żadne dziecko nie będzie podlegało arbitralnej lub bezprawnej ingerencji w sferę jego życia prywatnego, rodzinnego lub domowego" FOTO: PEXELS.COM

Jestem więcej niż zaniepokojona. Jestem przerażona kierunkiem, jaki niektórzy nadgorliwcy, a może wręcz fanatycy, chcą nadać mojemu państwu! Rozumiem, że początek polskiej państwowości wiąże się z chrztem i Polak-katolik to było zawsze coś naturalnego nad Wisłą, ale odnoszę wrażenie, że w niektórych sferach życia zaciera się ta delikatna granica, która być powinna, a bez której zaczyna się państwo wyznaniowe, czyli takie, w którym przepisy religijne są jednocześnie przepisami prawa dla wszystkich.

Mamy z tym do czynienia choćby w krajach islamskich, gdyż islam od początku swojego istnienia nie rozdzielał sfery świeckiej i religijnej. Chrześcijanie postępowali inaczej. Chrystus nauczał, że należy oddać Cezarowi, co cesarskie, a Bogu, co boskie. Niezaprzeczalnie więc u początków naszej wiary został ustanowiony porządek sacrum i profanum – świecki i religijny, które należy od siebie oddzielić. To nie oznacza, że należy je sobie przeciwstawić, nic nie stoi na przeszkodzie, aby Kościół i państwo współpracowały ze sobą. Tym bardziej że łączy je wiele wspólnych celów, u których podłoża jest dobro nas wszystkich.

Polska Piastów była katolicka. Polska Jagiellonów też taka była – książę litewski, by przyjąć koronę, musiał ochrzcić się jako katolik (bo, wbrew informacjom ze szkół, nie był poganinem, a prawosławnym). Każdy król Rzeczypospolitej, także elekcyjny, musiał być katolikiem. August II, elektor saski, by zostać królem Polski, przeszedł na katolicyzm. Nawet wielce liberalna i postępowa Konstytucja 3 maja nazywała wprost katolicyzm wiarą dominującą. Katolicyzm zrośnięty z polskością był powodem ataków zaborców. Bolszewicy nienawidzili nas właśnie za wierność wierze i papieżowi. Polska była, jest i zapewne zawsze będzie katolicka, ale jak mówi przysłowie: „Ostrze często szlifowane nie będzie długo służyć”.

Co mnie tak wzburzyło? Informacja ta pojawiała się cichutko w mediach, ale teraz potwierdziłam ją z pewnego źródła od mojej koleżanki uczącej w szkole podstawowej. Otóż dzieci klas 1-3 pytane są w ankietach o dane drażliwe, dalece wykraczające poza to, do czego ponoć są gromadzone. W ramach corocznej diagnozy potrzeb rozwojowych uczniów (w tym czynników chroniących i czynników ryzyka), która jest potrzebna przy opracowaniu programu wychowawczo-profilaktycznego (przewiduje to art. 26 ustawy z 14 grudnia 2016 r. – Prawo oświatowe), szkolnych maluchów pytano na przykład: czy mieszkają z biologicznymi rodzicami? Czy chodzą do kościoła? Czy należą do oazy?

Czemu te pytania mają służyć? Komu? Jakiemu programowi?! Jak się to ma do art. 53 ust. 7 Konstytucji RP, który stanowi, że: „Nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania”? Jak się to ma do słynnego ostatnim czasy RODO i zapisów art. 9, według którego do danych szczególnie chronionych należą dane ujawniające przekonania religijne lub światopoglądowe? Jak się to ma do art. 16 ust. 1 ratyfikowanej przez Polskę konwencji ONZ z 20 listopada 1989 r. o prawach dziecka, która głosi: „Żadne dziecko nie będzie podlegało arbitralnej lub bezprawnej ingerencji w sferę jego życia prywatnego, rodzinnego lub domowego czy w korespondencję ani bezprawnym zamachom na jego honor i reputację”? Po co Ministerstwu Edukacji takie dane? Albo sam minister nie wie, albo wie, tylko z jakichś względów nie chce dzielić się wiedzą, bo w tej sprawie milczy, a mnie to wszystko przeraża!