Covidurlop i s-ka

135
Skoro covidurlop w naszej rodzinie nie może trwać dłużej niż weekend, to następnym razem rozstawimy namiot w ogródku FOTO: PEXELS.COM

Spodziewać się, że urlop w covidroku będzie przypominał urlopy z przeszłości, było, oczywiście, naiwnością. Naiwność tłumaczy jednak fakt, że na odległość, a gdzieniegdzie to nawet i z bliska, pojawiało się złudne wrażenie, że może to być urlop, który się zna i lubi.

Nie wiem jak Państwo, my mamy tak, że po czterech miesiącach siedzenia w domu nawet najładniejszy ogród z najwygodniejszymi leżakami zaczyna w naszych oczach przyjmować postać tej strasznej woźnej z podstawówki, o której się wiedziało, że popija kanapki wywarem ze zdechłych żab, a jak kogoś złapie, niechby tylko po to, żeby pogłaskać po głowie, to mu się potem będą w nocy śniły wampiry. Dlatego pandemia pandemią, ale urlop trzeba mieć.

O urlopie zaczęliśmy myśleć już w czerwcu. Zrobiliśmy przegląd namiotów i ekwipunku biwakowego. Znajomi donosili, że wyskoczyli już i tu, i tam, to na dzień, to na dwa, my jednak z premedytacją na nic się nie „rozdrabnialiśmy”. Z braku opcji biwakowanie miało przyjąć na siebie rolę regularnego urlopu, planowaliśmy więc eskapadę wielką i wyjątkową, w miejsce na tyle odległe i nowe, by było wiadomo, że urlop właśnie, a nie jedynie „weekendowy wypad”.

Tydzień przed planowanym wyjazdem władze ogłosiły zakaz palenia w naszych stanowych lasach ognisk. Przyczyna prosta – zagrożenie pożarowe. Rzecz jednak ciekawa, bo lato nie jest w tym roku szczególnie suche, bywało gorzej. Do tego mieliśmy zimą w górach rekordowe opady śniegu i poziom wody w zalewach oraz rzekach pozostaje przyzwoity.

Prawdziwa przyczyna tego rozporządzenia faktycznie okazała się inna: liczba amatorów biwakowania. Już kilka tygodni temu na skutek zbyt wysokiej eksploatacji łona natury wprowadzono w naszym stanie nowe opłaty za użytkowanie lasów. Tak, dobrze państwo przeczytali. Bilet wstępu do tych lasów, gdzie istnieje jakakolwiek infrastruktura, czyli wyznaczone miejsce do kempingu oraz postój ze stolikiem i budka jako ubikacja na skraju drogi. Leśnicy zaczęli się skarżyć, że z tych ławeczek, ubikacji i leśnych traktów korzysta w covidroku zdecydowanie za wiele osób, trzeba te tłumy przetrzebić opłatami. Opłaty widać na mało się zdały i stąd pomysł na zakaz pieczenia kiełbasek nad ogniskiem.

W naszym przypadku zadziałał. Może jesteśmy jacyś dziwni, ale uważamy, że wyjazd pod namiot bez ogniska to jak zwiedzanie Florencji przez szybę samochodu. Raczej bez sensu.

Starsza jako jedyna w rodzinie ucieszyła się.

– No to teraz już nie mamy wyjścia. Jedziemy na glamping! Zawsze chciałam spróbować!

Już po odpaleniu stron z wyszukiwarką kwater miny nam zrzedły. Sieć sklepów REI przyznała niedawno, że kto pójdzie przez pandemię z torbami, ten pójdzie, ale na pewno nie oni. Im w covidroku sprzedaż podskoczyła w porównaniu z całą ubiegłą dekadą o 400%. Myślę, że o co najmniej tyle samo podskoczyły rezerwacje absolutnie każdego rodzaju kwater wakacyjnych w naszym stanie. Przecieraliśmy ze zdumienia oczy najpierw na widok stawek za wynajem, a następnie kalendarzy pokazujących dostępność kwater. Dokładnie – ich brak. Osobie, która mi niedawno donosiła, że w Polsce nad morzem talerz pomidorowej kosztuje w tym roku 60 zł, rewanżuję się: nocleg w 4-osobowej chałupce, która tyle ma wspólnego z glampingiem, co kret ze słoniem, to koszt od 250 dolarów za dobę w górę. Plus 200-300 dolarów za „covidowe sprzątanie”. Dlaczego aż tyle?! – Bo obowiązują nas nowe rozporządzenia, są kontrole i musimy sprzątać! – wyjaśniła nam telefonicznie jedna z właścicielek letniskowej chałupki. To kiedyś nie trzeba było?! Chałupka i tak zresztą nie była dostępna w żadnym interesującym nas terminie, czyli kilka dni z rzędu. Wszędzie wyskakiwały jedynie okienka z dostępnością na jeden, góra dwa dni.

Ale i tutaj covidrok poniekąd rozwiązał za nas sprawę sam. Jako że korporacja mojego męża nie wyłamała się z trendu i też „przez pandemię” zwolniła sporą część pracowników, zwiększając przy tym zakres obowiązków tym, których „ocaliła”, trzy dni przed planowanym wyjazdem okazało się, że tydzień wolnego zredukował się mężowi do jedynie wolnego piątku. Jak się pracuje za czterech, można wziąć wolne za jedną, góra dwie osoby, ale całą czwórką jednocześnie się nie da.

– Ale pojedźmy, bo to pewnie i tak będzie nasz jedyny urlop w tym roku – powiedział z grobową miną mąż.

– Przysługują ci trzy tygodnie, z czego nie wziąłeś w tym roku jeszcze ani dnia. Nie żartuj! – zareagowałam.

Mąż popatrzył na mnie tak, że zaniechałam dalszych pytań. Już i tak jest wystarczająco przygnębiony. Korporacja, jak mnóstwo innych na świecie, odkryła, że zdalny pracownik to jednak niebywały skarb, a do tego jakie oszczędności, gdy nie trzeba otwierać biur! (utrzymanie, zasilanie, pomoc techniczna itd., itd.). Taki pracownik tyra również w weekendy i w ogóle jest dyspozycyjny, że ho, bo przecież siedzi w domu, he-he. Mąż dowiedział się właśnie, że zdalna praca ze stanowiska w naszej własnej piwnicy, gdzie ma tymczasowe „biuro” (norę – jak sam to określa), czeka go przez cały następny rok, co najmniej do lata 2021.

Ktoś gdzieś wycofał się z rezerwacji i udało nam się znaleźć domek na weekend, czyli mamy nasz covidurlop! Okolica z jeziorami, więc zapakowaliśmy deski paddleboard, kajak i kapoki. Nie będzie ogniska, ale będzie woda i plaża. Humory wszystkim się poprawiły, na moment zapomnieliśmy, że to covidrok.

Covidrok nie zapomniał o nas.

Z desek udało nam się skorzystać przez godzinę. Weekend naszego covidurlopu akurat okazał się deszczowy i nawet zimny. Nastroje wśród innych urlopowiczów – różne. Nie zliczę, ile razy byliśmy świadkami niemiłych scen w związku z maseczkami. Obóz „nie noszę” wraz z podobozem „nie noszę na letnisku” kontra obóz „noszę, a ty jesteś idiotą” ścierały się ze sobą wszędzie. Na brzegu jeziora, w sklepie spożywczym, w kolejce po lody.

Drogę powrotną zaplanowaliśmy przez park narodowy i całe szczęście, że ją „zaplanowaliśmy”. I tu bowiem covidrok wprowadził swoje zmiany. Do parku można teraz wjeżdżać jedynie po dokonaniu uprzedniej rezerwacji online na konkretną godzinę, liczba tych rezerwacji jest mocno ograniczona. Połowa kierowców aut podjeżdżających do budki kontrolnej na granicy parku odjeżdżała stamtąd w chmurze gniewu, niekiedy i werbalnej agresji w kierunku strażników, a nas, szczęśliwców wpuszczanych na teren parku po uprzedniej kontroli rezerwacji, odprowadzając nienawistnymi spojrzeniami. Covidrelaks w trakcie covidurlopu zdecydowanie przybierał coraz to bardziej kuriozalne formy.

W parku dalej padało, a co ciekawe, okazuje się, że szał remontów w covidroku naprawdę ogarnął wszystko wszędzie, nawet twory natury. Jakby ktoś się wybierał do wodospadu Alluvial Falls w Parku Narodowym Gór Skalistych, to uprzedzam – wodospad jest w remoncie.

Niedzielną kolację zjedliśmy już na własnym tarasie. Było bardzo przyjemnie, nie padało, jedzenie z mrożonki wyjątkowo smaczne. Opowiedziałam córkom o kultowych konserwach, które towarzyszyły każdym moim wakacyjnym wyprawom po Polsce w latach młodości. Stanęło na tym, że skoro covidurlop w naszej rodzinie i tak nie może trwać dłużej niż weekend, to następnym razem rozstawiamy namiot w ogródku i kupujemy konserwy dla stworzenia atmosfery. Covidrok: rok, w którym odkryliśmy, że da się żyć minimalistycznie, a kultywacja wyobraźni to nie tylko wymysły znudzonych artystów. To prawdziwe narzędzie przetrwania.