Czego oczy nie widzą, od tego dusza umiera

192
Foto: EPA

"Czego oczy nie widzą i uszy nie słyszą, od tego głowa nie boli" – mawiano za mojego dzieciństwa. Ładnie brzmi, tylko że plony takiego myślenia odbijają się gorzko, a czasami aż dławią.

Wątek pierwszy.

Gdy byłam w ciąży ze Starszą, dopadła mnie i mocno wzięła w objęcia hyperemesis gravidarum (w drugiej ciąży zresztą też), co moją mamę wprawiło w skrajny szok i niepokój, gdyż, jak powtarzała, ona się nigdy z czymś podobnym nie spotkała, nawet o tym nie słyszała. Rzecz dla mnie przeciekawa, bo mama wychowała się w rodzinie i w otoczeniu kobiet, miała trzy siostry, a do tego przez kilkadziesiąt lat pracowała w branży również zdominowanej przez kobiety. I również głównie z kobietami wystawała przez długie lata w wielogodzinnych kolejkach przed sklepami, a ponieważ czasem jej towarzyszyłam, pamiętam, że nie były to okazje do milczenia, wręcz przeciwnie.

Zapytałabym mamę, gdzie się wychowała, że nie wie o tak podstawowych, ludzkich sprawach, ale nie muszę. Znam odpowiedź. Ona po prostu wychowała się w polskiej kulturze. W kulturze, która o tym, co inne, co leży poza obszarem „normalności” definiowanej na dokładkę tak długo przez głównie męski i katolicki punkt widzenia, uwielbiała milczeć, a jeszcze lepiej udawać, że nienormalności i różnorodności po prostu nie ma. Komuniści wynieśli tę sztukę na nowe wyżyny, bo była im ona, rzecz jasna, bardzo na rękę w urabianiu społeczeństwa na modłę jednolitej masy nie trapionej refleksją, że życie z natury cechuje niejednorodność i wielopłaszczyznowość. To, co w nim płaskie, pojedyncze i jedyne właściwe, jest najbardziej podejrzane.

Przypomnę jednocześnie, że termin hyperemesis gravidarum do dziś nie doczekał się w polskim słowniku żadnej dobrej nazwy. Funkcjonuje jego tłumaczenie, ale śmiało, proszę się nie krępować, mnie też śmieszy ono do łez, bo brzmi: niepowściągliwe wymioty ciężarnych.

Starsza była już siódmej klasie, a moje wspomnienia z pierwszych trymestrów obu ciąży szczęśliwie przyprószone pudrem czasu, gdy mama, poinformowana przez media, że z hyperemesis gravidarum zmaga się sama księżna Kate z brytyjskiego dworu, zadzwoniła pełna ulgi, że jednak wszystko było ze mną w porządku. Fizjologiczny horror, przez jaki przeszłam jednak mieści się w granicach tego, co normalne. Tutaj zakończę ten wątek.

Wątek drugi.

Córka znajomej odkąd wyrosła z butów zbuntowanej nastolatki i przepoczwarzyła się w fajną, młodą kobietę, zacieśnia więzy ze swoją polską babcią. Rozmawiają o wszystkim, a babcia z czasem stała się powiernicą refleksji i tajemnic, których wnuczka nawet nie próbuje filtrować. Skoro babcia taka cool, tak dobrze się z nią gada, to na pewno wszystko z marszu chwyta i kojarzy. Wychowana w USA wnuczka nie ma pojęcia, że w istocie niektóre jej zwierzenia bywają dla babci, duszy na wskroś polskiej, obrazoburcze i szokujące, i że wtedy do głębi poruszona babcia chwyta za słuchawkę, by wybrać numer własnej córki, czyli mojej znajomej. I dzieli się z nią jedynymi słusznymi, wartościującymi opiniami i radami, których oszczędza wnuczce, a brzmią one mniej więcej: „to nie jest normalne, może niech ona zmieni znajomych i środowisko”. Do „szokujących” informacji należą zwłaszcza opowieści wnuczki o tym, jak z raczkującą dorosłością, z pracą i ze związkami radzą sobie inni młodzi ludzie z jej otoczenia.

– To jest niemożliwe! To chyba tylko tam u was w waszym stanie taka epidemia zaburzeń, nienormalności i chorób psychicznych. U nas nic takiego nie ma, nie słyszy się – odnosi się babcia do informacji (z punktu widzenia wnuczki absolutnie niewinnej, kategoria „codzienność mojego pokolenia”) o tym, że np. komuś pogorszyły się syndromy choroby dwubiegunowej, a ktoś inny zmienił psychotropy, bo nie działały na nowy rodzaj stresu związany z nową pracą.

Polska babcia przeżyła dzieciństwo i młodość własnych dzieci, stresów nie brakowało żadnej ze stron, a jednak epidemii samobójstw i maniactwa wśród młodych nie było. Nikt się na taką skalę nie leczył. Nie było potrzeby. Nie było diagnoz. Nie ma w takim razie mocnych, to musi być coś w powietrzu, w wodzie lub w glebie w tej innej części świata, gdzie przyszło żyć jej wnuczce. W przeciwnym razie coś by się przecież słyszało, coś widziało, coś czytało. Koniec wątku drugiego.

Pomyślą państwo, po co to piszę. Odpowiem ostatnim przykładem.

FOTO: EPA

Wątek trzeci.

Kilka tygodni temu byłam na kameralnym przyjęciu. Sami bliżsi znajomi, w tym nowi sąsiedzi, którzy przez pandemię wciąż jeszcze na dobre nie przeprowadzili się do swego nowego domu i kursują co kilka tygodni między Kolorado a Kalifornią. W czasie jednak, gdy już po trochu „pomieszkują” w naszej okolicy, zawiązują i rozwijają lokalne znajomości. Przyjęcie było więc czwartą, a może i piątą okazją, by się spotkać i poznać. Bezpośredni, otwarci ludzie, zdawało się, że zdążyliśmy się już o nich dowiedzieć wszystkiego, co najważniejsze: od historii chorób w bliższej i dalszej rodzinie po najgorszych szefów, z jakimi mieli do czynienia w pracy. Nadeszło wspomniane przyjęcie. Atmosfera lata i urlopu (nieważne, że nikt go akurat nie miał) sprzyjała otwieraniu kolejnych butelek wina, ich liczba dawno przekroczyła to, co stanowiło dotychczasowy rekord. Posypały się śpiewy, tańce, a wreszcie i zwierzenia.

– Już dwa razy próbowała się zabić – wychlipała mi w ramię nowa sąsiadka. – Gdy wyjechała na studia przez chwilę było odrobinę lepiej, ale gdy tylko zjawiła się w domu na święta, znów się posypało. Czuję się z tym wszystkim taka samotna, taka osaczona. I nawet nie ma z kim porozmawiać, nie znam nikogo kto by się borykał z tego typu problemami u swoich dzieci…

Powiedziałam jej z kim na pewno może porozmawiać i na kogo na pewno może liczyć. Wskazałam palcem, kto w obrębie naszego grona sąsiadów i przyjaciół boryka się z dokładnie tymi samymi problemami i dramatami.

Była w szoku.

– No bo nikt o tym nigdy otwarcie w oczy nie mówi. A zaczynać samemu… Widzisz, ja też musiałam się nieźle spić, by to z siebie wyrzucić.

Sąsiadka jest Amerykanką. Przyjęcie też, można rzec, było na wskroś „amerykańskie”, stanowiłam tam jednoosobową reprezentację kategorii osób bez amerykańskiej metryki urodzenia. Jeśli chodzi o „trudne” tematy, zwłaszcza tematy o „normach” i „normalnościach”, Ameryka wyprzedza Polskę o lata świetlne. Idę o zakład, że moi polscy znajomi, nawet zmotywowani alkoholem, nie wyrywaliby się z tego typu rodzinnymi rewelacjami w większym gronie. Nie muszę szukać daleko. Na polonijnych edukacyjnych i rodzicielskich forach i platformach wspomniany temat właściwie nie istnieje. Nasze polonijne pociechy są niemal wyłącznie najlepszymi uczniami i uczennicami w swoich szkołach i zawsze dostają się na wybrane uczelnie czy do drużyn sportowych. Co najwyżej potrzebna jest pomoc w znalezieniu dermatologa, bo z trądzikiem sam nie wygrasz, oraz regularnie jakaś „sprawdzona” metoda na nauczenie młodego/młodą jak utrzymywać w pokoju porządek. Bo do czego to podobne, polska rodzina, a dziecko bałagani zupełnie jak Amerykanin. Mamy początek nowego roku szkolnego. Piszę o tym wszystkim, bo to dobry moment, by nad niektórymi rzeczami się zastanowić. W tym nad naszym polskim, swojskim „czego oczy nie widzą…”, które, choć stoi na nogach słabiej niż w pokoleniach żyjących w PRL, to jednak wciąż ma się świetnie. Za świetnie. Za zmianę tej postawy podziękują nam nie tylko nasze dzieci, ale i nasi najbliżsi znajomi.