Czego Polska wciąż w Ameryce nie może zrozumieć

2
FOTO: EPA

Zachodnia cywilizacja na rozdrożach wartości. Wpadł mi w ręce kolejny artykuł z polskiej prasy, w którym autor wieści światu upadek, powołując się na wynik ostatnich wyborów prezydenckich w USA, nasilenie się ruchów cywilnych typu BLM, a także, a może przede wszystkim, trującą nam życie globalizację, źródło wszelkiego, nękającego nas ekonomicznie zła.

Artykuł przypomniał mi wypowiedź, jaka trzy tygodnie temu padła z ust znanego w Polsce autorytetu od „spraw wszelkich amerykańskich” (swego czasu mojego wykładowcy na UW), w związku z inauguracją Joe Bidena na nowego prezydenta USA. Pan profesor zajął stanowisko, że w orędziu inauguracyjnym Biden powiedział wszystko, tylko nie to, co powiedzieć powinien. Truł, marnując nam czas, o jedności i człowieczeństwie zamiast, jak przystało na lidera światowego mocarstwa, rzucić mięsem i pogrozić pięścią, by wszyscy wiedzieli kto tu rządzi i rządzić będzie.

Pomijając pogardę dla Ameryki i jej nowego prezydenta, jaką przesiąknięty był profesorski komentarz, zastanowiło mnie co innego. Jakie, w związku z tym, są oczekiwania profesora, a z nim Polski, wobec Ameryki? Jeśli nie podoba się jej wydanie a la Biden, które z tego, co można na razie wnioskować, faworyzuje pokój, dyplomację i międzynarodową współpracę, to musi chodzić o rozdanie przeciwne? A więc izolacjonizm, rozwiązania siłowe, polityczne biegunowanie w stylu władca-podwładny?

Lubię się czepiać, gdy jest czego, zapytam więc, skupiając się na historii ostatnich 20 lat: co Ameryce na scenie międzynarodowej z takich dokładnie rozwiązań przyszło? O ile mi wiadomo nic dobrego (szacunek i poparcie reszty świata dla USA są najniższe w historii), a polski profesor był swego czasu pierwszym krytykującym interesowność Amerykanów, którzy, jak się niby nagle okazało, w nosie mają ideały i troskę o stabilność świata. Na pierwszym miejscu zawsze bowiem stoi u nich pieniądz i skoncentrowana troska o jego transfer do prywatnej, amerykańskiej kieszeni. Co przywodzi mnie z powrotem do przeciwnika globalizacji i wiesza końca świata szykowanego nam przez liberałów.

Wychodzi na to, że równie szybko, co profesor i ten komentator zapomniał, iż znienawidzona globalizacja, podobnie jak i bliskowschodnie wojny, to majstersztyk amerykańskiej prawicy. Przepisy ułatwiające amerykańskiej korporacji globalną ekspansję, konkretne zmiany w ustawodawstwie, by można było takie kroki podejmować, rozpoczęły się, a potem wyrosły bujniej niż chwasty pod rządami republikanów właśnie. O lewicy z jej postulatami ochrony pracownika i miejsc pracy (w tym ograniczanie offshoringu) oraz lobbującej za przepisami, by amerykańskie koncerny płaciły podatki w Ameryce, a nie w zagranicznych rajach podatkowych, mówi się, że jest gospodarczym obstrukcjonistą. To jak w końcu? Czekam i czekam, i wciąż bez skutku, by mi ktoś sensownie wyjaśnił te rażących sprzeczności w oglądzie amerykańskiego świata przez polskich komentatorów.

Pocieszam się, że cały świat sprzecznościami obecnie stoi, a sytuacja polityczno-społeczna w Polsce jest tego bodaj najlepszym przykładem. Polska prawica wciąż stawiająca sobie za najważniejszy cel zwalczanie wszelkich pozostałości po komunizmie, walczy o to metodami jako żywo zaczerpniętymi z podręcznika komunizmu oraz annałów „najlepszych” taktyk stosowanych onegdaj w praktyce: społecznym rozdawnictwem, rządową propagandą oraz systemowym nepotyzmem i kolesiostwem, które nie tylko nie doprowadziły nas do kraju „ludzi z marmuru”, lecz ten co jest coraz bardziej zmieniają w kraj z tektury, a nawet waty.

Nie jestem przekonana, że Biden to trafny wybór na czasy, w jakich się znaleźliśmy. Po fali polskich komentarzy jestem jednak wyzuta z ostatnich złudzeń, że Polska rozumie, co się naprawdę w Ameryce dzieje i czego Ameryka naprawdę potrzebuje, by być w stanie utrzymać swą rolę w świecie. A nawet – utrzymać się w ogóle. Dlaczego? Na to pytanie odpowiedź jest wciąż taka sama, tylko z czasem brzmi coraz smutniej. To jeden z efektów kuriozalnej polityki prowadzonej przez władze Polski wobec Polonii. Zamiast korzystać z zasobów polonijnej wiedzy na temat krajów, w których Polonia żyje, polscy włodarze wolą powoływać się na opinie ekspertów czerpiących swą ekspercką wiedzę o zagranicy podczas wycieczek turystycznych czy odwiedzin z odczytami uniwersyteckimi. W efekcie – z uporem maniaka trzymających się wyrobionych sobie wieki temu tez. Na przykład, że fundamenty amerykańskiej „demokracji” czy raczej republikanizmu, są niezniszczalne, bo idee, z których to państwo wyrosło w połączeniu z tradycyjnym, amerykańskim pragmatyzmem, zawsze zwycięży. Ględzenie Bidena o tym, że najważniejsza jest jedność, by pokonać słabość to abberacja, bo czego jak czego, ale Ameryce siły nie brakuje.

Nic nie jest w chwili obecnej bardziej naiwne, niż to ostatnie twierdzenie. W czasach prosperity łatwiej było Ameryce kamuflować swoje braki i bolączki, bo były sukcesy, którymi dało się je przykrywać i w ten sposób mitygować ogólne wrażenie. Kryzys w związku z pandemią bezlitośnie jednak obnażył całą dioramę. Choć ściany amerykańskiego domu pękają, a tynk odpada od nich całymi płatami już od dawna, ostatni rok był jak cios monstrualnego pięściarza, po którym z wielu konstrukcji pozostał jedynie gruz i kurz. Stąpając po nich amerykańskie społeczeństwo odpowiedziało w jedyny sposób, jaki wydał jej się słuszny: wzmożonym gniewem, by nie rzec wyciem rozpaczy, i jeszcze większymi politycznymi oraz ideologicznymi podziałami, które z braku innych perspektyw, uznało za jedyną pozostałą jeszcze zwykłemu człowiekowi do dyspozycji „broń” przeciwko życiu, które rozczarowuje od dawna.

Powtórzę raz jeszcze, bo to sprawa najistotniejsza. Stan amerykańskiego państwa i społeczeństwa, którego symbolem stały się zamieszki na Kapitolu 6 stycznia, to nie jest coś, co spadło na Amerykę nagle i z czego Ameryka szybko i bez problemu się otrząśnie, jak pies po wyjściu z wody. To wynik erozji na wielu, wielu szczeblach i w wielu korytach społecznego i politycznego życia trwająca od dziesięcioleci. Nie zrozumie tego nikt, kto nie żyje tutaj na co dzień i nie styka się osobiście z całym tym spektrum systemowych słabości, makiawelicznej korupcji, a zwłaszcza praktyki wzajemnego tratowania się w imię ideałów dalekich od tych zawartych w konstytucji. Podziały rozszarpujące Amerykę na części jak kły dzikiego zwierza są dziś realne i bardziej sprawcze, niż chce się wierzyć – zwłaszcza reszcie świata.

Trudno powiedzieć, czy doły, a może nawet już i kaniony przepaści między ludźmi, jakie są dziś częścią tutejszego życia, są do całkowitego zasypania. Nikt jednak nie ma wątpliwości, że jako naród Ameryka dotarła do ściany. I albo zaczniemy ze sobą rozmawiać i współdziałać, by ratować wspólne dobro, albo, wybierając przemoc i tłukąc w tę ścianę głowami aż do powszechnego rozlewu do krwi, zafundujemy sobie autentyczną autodestrukcję.

O tym mówił nowy prezydent USA, który nie ma złudzeń w jakim Ameryka jest naprawdę stanie, a z którego ignoranci w roli ekspertów za granicą postanowili się pośmiać. I który, co powinno zastanowić zwłaszcza wszystkich obrońców naszej ginącej, judeochrześcijańskiej cywilizacji, stanął z tym przesłaniem dużo bliżej jej ideałów, niż ci, którzy nawołują do bratobójczego wyniszczania się, by tych ideałów bronić.

Nie było jeszcze w historii państwa, któremu udałoby się utrzymać przywódczą rolę i admirację reszty świata przy jednoczesnym słabnięciu od wewnątrz. Nie ma w tym krzty logiki, a greccy myśliciele, u których szukamy mądrości i inspiracji, poradziliby nam oblać się wiadrem lodowatej wody dla otrzeźwienia, jeśli chcielibyśmy się z nimi o to kłócić. I druga ważna nauka od tychże: nie jedna droga prowadzi do celu, ale najważniejsze są zawsze metody, jakimi staramy się ten cel zrealizować.

Nie jestem pewna, czy Biden, ani ktokolwiek inny, jeśli mam być szczera, posiada odpowiedź na wszystkie problemy i bolączki współczesnej Ameryki. Koncentracja uwagi na wspólnym nam wszystkim człowieczeństwie i wynikającym z tego obowiązkom, a nawet misji, nie jest jednak przejawem żadnej słabości, przeciwnie. Sygnuje jak najbardziej realną strategię, której celem jest rzecz w tej chwili najważniejsza dla amerykańskiego być albo nie być – wzmocnienie wewnętrzne.