Człowiek, czyli morderca

1
Nastąpił wielki postęp w produkcji maszyn, które uczą się, jak być… nami FOTO: PEXELS.COM

Choć nie mamy siły żywiołu (jeszcze!), podobno jesteśmy najbardziej niebezpiecznym zjawiskiem na planecie. Najbardziej niebezpiecznymi mordercami. My, ludzie.

Tak, w każdym razie, twierdzi znany paleontolog i biolog ewolucyjny, prof. Nick Longrich z brytyjskiego Uniwersytetu Bath. Prof. Longrich wspiera się prostym faktem, że w przeszłości, nie tak nawet zamierzchłej, po ziemi chodził nie jeden, a dziewięć gatunków ludzi. Toczyła się między nimi rywalizacja o terytorium i pożywienie, zupełnie podobnie jak obecnie między poszczególnymi gatunkami fauny, dzielącej między siebie las czy sawannę. Fauna miewa w swej historii lepsze i gorsze okresy, to kwitnie, to się kurczy, ale generalnie – przeżywa. Nasi ludzcy krewni nie mieli tego szczęścia. Choć proces ich wymierania, a raczej wybijania, nie wydarzył się od razu, był zadziwiająco szybki, wystarczyło 300 tysięcy lat. Stała za tym, naturalnie, inteligencja homo sapiens: jej umiejętność abstrakcyjnego myślenia i kreatywności, której rywalom zabrakło. Gatunkowa „czystka” umożliwiła nam dalszą ekspansję terytorialną, a w efekcie całkowite zawładnięcie dobrami planety w każdej ich formie i przejawie. Ewoluowaliśmy na królów i królowe, cesarzów i cesarzowe, na niepodzielnych władców. Jest się z czego cieszyć i jest się czym martwić.

Organiczny świat, który jest naszym domem – póki co nie znamy innego, a świat maszyn jeszcze się dla nas domem nie stał (sic!) – cechuje dwoistość. Niemal każda cecha, przymiot, umiejętność, aspekt życia organicznego można rozpatrywać w dwójnasób. To co piękne, np. gracja, z jaką porusza się w pełnym pędzie gepard, czy misternie utkana koronka pajęczyny, na której zbierają się o poranku krople rosy i lśnią jak żywe diamenty, istnieje po to, by umożliwić zwierzęciu akt morderstwa. Podobnie z oszałamiającymi w naturze kolorami (np. skrzydła ćmy pawicy księżycowej), zachwycającymi kształtami (np. żuraw lub łabędź) i niespotykani umiejętnościami (choćby pchła, która potrafi skakać na wysokość przekraczającą jej wzrost 200-tu krotnie!). Każde z tych zjawisk – medali, można rzec – ma swoją drugą, mroczną i zabójczą stronę. Nie tylko więc można, ale należy liczyć się z faktem i nigdy o nim nie zapominać, że geniusz homo sapiens, ten sam, który umożliwił nam włożenie na głowę korony gatunku kontrolującego świat, też jest mieczem, który potrafi ciąć obosiecznie.
Wyeliminowaliśmy z gry rywali najbardziej nam zagrażających ze względu na pokrewieństwo rodzajowe. To, że do dzisiaj mamy na świecie do czynienia z przyrodą, w tym fauną, wynika po części z faktu, że potrzebujemy jej do przeżycia, po części, że przez dotychczasowy okres naszego panowania na Ziemi nie dysponowaliśmy bronią zdolną te elementy krajobrazu wytrzebić do cna. Oto jednak ten okres się kończy. Zmiany klimatyczne dowodzą, że taka broń, choćby pod postacią zanieczyszczeń, które są ubocznym skutkiem postępu cywilizacyjnego, istnieje. Wiemy, oczywiście, że posiadamy dziś także i broń jak najbardziej realną, stworzoną od początku do końca z myślą o anihilacji życia na planecie. Jeśli posiadamy gen nastawiony na zabijanie i destrukcję – a sądząc po naszym dotychczasowym zachowaniu, jest to bardziej niż pewne – to przed użyciem tej broni powstrzymywała nas do tej pory przytomność umysłu, że zabijając w ten sposób, zniszczymy jednak i samych siebie. Nadto także wspólne wszystkim organizmom żywym w naszych ziemskim ekosystemie instynktowne, podświadome dążenie, by zachować i przedłużyć własny gatunek.
Tak było do tej pory. Czy jednak tak będzie dalej? Być może właściwym pytaniem, które powinno tu paść, jest: jak długo jeszcze uda nam się uchronić siebie przed naszym własnym instynktem zabijania? Zabijania, na dodatek, które już trwa, już jest w pędzie, już nas zaczęło eliminować, tylko o tym nie mówimy, bo, jak to mamy w naszym ludzkim zwyczaju, wolimy nie nazywać rzeczy po imieniu, nie dostrzegać prawdziwych rozmiarów klęsk, które prokurujemy, używając naszego geniuszu i kreatywności, w sposób lekkomyślny i krótkowzroczny.

O czym mówię dokładnie? Jeśli przeoczyli Państwo najważniejsze doniesienia mijającego roku, to były nim informacje o kolejnych, milowych krokach, jakich dokonaliśmy w technologiach inwigilacji (w tym autoinwigilacji!) i maszynizacji naszego codziennego życia. Sama końcówka roku zwieńczona była fantastycznymi – jak to określili technokraci – targami technologii inwigilacyjnych we Francji, gdzie głównymi wystawcami byli innowatorzy i przedsiębiorcy z Chin. Tak, z Chin, tych samych Chin, gdzie notorycznie łamane są prawa człowieka, i które ponoć powinny być dla reszty świata przykładem tego, jak nie organizować życia politycznego i społecznego. Dlaczego zamiast tego są bohaterem dnia? Oto jest pytanie!
Z drugiej strony nastąpił wielki postęp w produkcji maszyn, które uczą się, jak być… nami. Przykładem choćby google’owski system BERT, zaprezentowany światu z fanfarami ubiegłej jesieni, najbardziej kompleksowy z dotychczasowych program, który „uczy” maszyny naszego systemu myślenia, wartościowania, wyborów, a w tym – szalenie ambitne zadanie! – nawet metod rozpoznawania zakodowanych w informacjach uprzedzeń oraz dyskryminacji. Maszyny, które nie tylko liczą, sprawdzają i wyszukują, ale nawet są w stanie odgadywać, co myślimy, a w perspektywie doradzać nam, nie mówiąc o wyręczaniu nas w coraz większej ilości zajęć i prac, w których potrzeba było do tej pory, tzw. czynnika ludzkiego, bo w grę wchodziły emocje, kwestie moralne i etyczne itp., elementów ludzkie – te maszyny są już na wyciągnięcie ręki. A może nawet i już są.

Wszystko pięknie, gdyby nie jeden fakt, na który z uporem – i coraz większym zaniepokojeniem – zwracają uwagę sami specjaliści pracujący ze sztuczną inteligencją. Przytoczę słowa profesor lingwistyki komputacyjnej Emily Bender z University of Washington, bo myślę, że dobrze oddają ten alarm: „Nawet ludzie, którzy projektują sztuczną inteligencję, nie mają pojęcia, jak ostatecznie będzie ona się zachowywać ani co robić z analizowanymi przez siebie danymi”.
Nieoceniony historyk i myśliciel współczesności, z którym, mam nadzieję, i Państwo mieli się już sposobność zetknąć, Yuval Harari, nie ma złudzeń (i wyraża to w każdej swojej książce), że człowiek jest zabójcą, to element jego konstrukcji biologicznej. Po drugie zaś – że człowiek zachowuje się głupio. Z lenistwa, z niezdrowej ciekawości, z jeszcze niezdrowszej przekory, a bardzo często niestety wyłącznie z chciwości bierze do ręki ogień i nie wypuszcza go niekiedy nawet wtedy, gdy ogień już podpala na nim ubranie. Harari jest absolutnie przekonany, że nasza autodestrukcja jako gatunku ludzkiego, który do tej pory chodził po ziemi, wydarzy się nie dalej niż za 100 lat, a całkiem bezpiecznie jest dywagować, że już za 50.
Przyłączam się do niego i do innych badaczy, którzy proszą – nie, błagają nas właściwie – o dwie rzeczy. Pierwsza to opamiętanie. Druga zaś odpowiedzialność. Wchodzę w ten nowy rok z nadzieją, że przyniesie on – oprócz doniesień o kolejnych rewolucjach na froncie AI – także doniesienia o tym, jak, jako globalna społeczność homo sapiens, pracujemy jednocześnie nad zachowaniem kontroli nad tym, co tworzymy. Innymi słowy – kontroli nad naszym instynktem mordowania.