Człowiek nie bilet. I całe szczęście!

140
FOTO: E. SARNACKA-MAHONEY

– Prawda, że fajnie? – pyta Starsza w okolicznościach po raz pierwszy od miesięcy zewnętrznych, klimatycznych i sprzyjających filozofowaniu wieczorową porą.

Wieczorową porą siedzimy na tarasie, który pełni rolę całej restauracji, oddzielone od najbliższych gości pustym stolikiem, w maseczkach na twarzy, butelką żelu do dezynfekowania rąk na blacie i nadzieją, że kelnerka, która zniknęła na dalekim horyzoncie (w budynku), w miarę szybko zrealizuje nasze zamówienie. Świętujemy ostatni weekend matki i córki przed wyjazdem tej drugiej na studia. W tych niesympatycznych czasach udajemy sympatycznie, że mimo wszystko życie toczy się nam as usual. Oto siedzimy w knajpie i debatujemy, czego światu potrzeba, by stał się mądrzejszy i piękniejszy. Jak gdyby nigdy nic rozmawiamy o planach, które są na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko zamarzyć.
– Naprawdę super, że mnie tutaj wyciągnęłaś – odpowiadam. – Naprawdę da się zapomnieć …
… że złe scenariusze wciąż spozierają na nas z kąta, przecież nigdzie nie odeszły. Widmo powtórki z wiosny, ponownego wieszania kłódek na szkołach i uniwersyteckich kampusach wisi nad nami jak chmury gradowe i to wyjątkowo nisko… – dokończyłam refleksję, ale tylko w myślach. Rodzic w czasie pandemii dostał dodatkowy obowiązek. Zachowywać optymizm, spokój i niezachwianą wiarę w to, że w ciemnych kątach już nic nie ma, a chmury gradowe są w definitywnym odwrocie.
– No przecież to ty sama zawsze mi powtarzasz, żeby w trudnych chwilach żyć chwilą, inaczej się oszaleje – przypomina mi moja córka. 
– Wspaniale. Punkt dla mnie! – cieszę się razem z nią.
Niezbyt długo jednak. Chmur na ciemnym niebie nie widać, a przecież są. I to każdego rodzaju. Zwłaszcza gdy siedzi się twarzą w twarz z dopiero co dorosłym dzieckiem pośrodku świata, który ostatnio wariuje jeszcze bardziej niż normalnie.
– A ty byś taki list podpisała? – pyta Starsza.
List? Ach tak, list. Starsza wraca do tematu, który w naszych czterech ścianach wybrzmiewa ostatnio non stop. Im bliżej jej powrotu na studia – tym głośniej. Chodzi o zjawisko cancel culture.

Kilka tygodni temu ponad 150 prominentnych pisarzy i myślicieli zaalarmowało na łamach miesięcznika „Harper’s Magazine”, że jako cywilizacja zbudowana na pluralizmie myśli i idei zmierzamy w kierunku, gdzie ten pluralizm jest coraz bardziej zagrożony. Paradoksalnie – przez siebie samego. Broniąc pluralizmu opinii i postaw oraz prawa do wyboru, świat, w każdym razie jego tzw. zachodnia cywilizacja, doszedł do kuriozalnego punktu, w którym wyrażanie opinii i przyjmowanie postaw różniących się od niezgodnych z tym, co akurat jest politycznie i antropologicznie en vouge jest uznawane za działalność wywrotową i karane społecznym i medialnym ostracyzmem. „Jako pisarze, artyści i dziennikarze już świadomie i na o wiele większą skalę niż kiedykolwiek staramy się unikać ryzyka z czystej obawy o możliwość kontynuowania naszej pracy i działalności. Niestety, zagrożenie pojawia się obecnie już nawet wtedy, gdy ktoś choćby tylko próbuje odsuwać się od usankcjonowanego w przestrzeni publicznej stanowiska bądź wykazuje niewystarczający zapał w popieraniu go. (…) Musimy bronić prawa do pokojowej konfrontacji rozbieżnych poglądów w przestrzeni publicznej bez strachu o to, że zniszczy to nam karierę” – napisali w liście jego sygnatariusze. Jako grupa – żeby było jasne – ludzie o raczej lewicowych poglądach, ogromnej wrażliwości społecznej i równie szczerze oddani idei szeroko pojętej sprawiedliwości oraz równości w życiu ludzkiej jednostki. Wśród nazwisk pod listem byli m.in. Noam Chomsky, Gloria Steinen, J.K.Rowling.

Nie zastanawiam się nawet nad odpowiedzią, bo znam ją od dawna.
– Oczywiście, że bym podpisała! Kieruję się w życiu zasadą, że od zdrady ideologii o wiele gorsza jest zdrada zdrowego rozsądku, bo to wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty. Ideologii nie bez przyczyny jest wiele. Zdrowy rozsądek jest jeden.
– Ja też się z tym zgadzam, ale… – Starsza wzdycha i kręci głową. – Nie mogę się doczekać, żeby znów wyjechać na studia, z drugiej jednak strony te miesiące przymusowego siedzenia w domu dostarczyły im nowej perspektywy na wiele spraw. Zdałam sobie sprawę, że jednocześnie… boję się powrotu na studia z tej dokładnie przyczyny. Dla ludzi w moim wieku cancel culture to jak objawienie. A mnie to wkurza, że nagle nie mogę powiedzieć tego, co chcę, bo to jest niebezpieczne. Bo ludzie cię napadną i zniszczą, zanim nawet pomyślą …
– No to akurat nie odkrycie.
– Dla mnie odkrycie. Zakładam, że inteligentny człowiek samodzielnie myśli. A jeśli myśli, to dlaczego poddaje się jakiejś narzucanej mu z zewnątrz linii rozumowania, cenzury, autocenzury właściwie! I potrafi błyskawicznie i całkowicie bez zastanowienia wydać werdykt, i to taki, że nie ma zmiłuj. Wiesz, że ja w pewnym momencie przestałam wypowiadać moje zdanie na temat BLM? Nie podoba mi się hultajstwo i złodziejstwo, które się za tym ruchem ciągnie. Nie podoba mi się, że ludzie wykorzystują sytuację po to, żeby coś zniszczyć albo kogoś zastraszyć. Nie podoba mi się, że ja, jako biała osoba, nie mogę tego aspektu tego ruchu na głos skrytykować!
– Dlaczego nie możesz?
– No właśnie ci to tłumaczę! Bo cancel culture z miejsca pożarłaby mnie żywcem. W osobach moich własnych znajomych.
– Po polsku, notabene, mówi się kultura unieważniania…
– Unieważniania? Raczej powinno być: „kasowania”!
– No, ale wtedy włączasz do gry tramwaje i autobusy…
– Oj mamo! Wiem, że próbujesz mnie rozśmieszyć, ale to jest poważna sprawa i mi wcale nie jest do śmiechu…
Mnie też nie. Cancel culture to kolejny dowód na to, że świat robi się coraz bardziej czarno-biały i coraz mniej tolerancyjny. Gdy tolerancja zanika, nie ma znaczenia w imię czego zanika. Podobno piekło jest wybrukowane złotem i ideami, które w zamierzeniu ich twórców miały prowadzić ludzkość ku zbawieniu i szczęściu, nie na odwrót.

– Nie chcę, żeby ten świat był taki… spolaryzowany! Taki czarno-biały! – Starsza wydaje się czytać w moich myślach.
Na szczęście chyba jednak nie czyta. Chodnikiem obok już po raz drugi przejeżdża sympatyczny pan na wrotkach ze specjalnym cargo na plecach: czarno-białym psiakiem siedzącym mu posłusznie w nosidełku przypominającym te dla niemowląt. Może to jego sposób na fitness? Może autorska metoda na zabijanie samotności w czasie pandemii? Może nawet odreagowywanie cancel culture?
– Uwiera cię to zjawisko? – pytam rzeczowo.
– Bardzo!
– Myślisz, że uwiera innych?
– Oczywiście! I nie myślę, a wiem. W pojedynkę całkiem sporo ludzi się do tego przyzna. Tylko, gdy się jest w grupie, wtedy nie można…
– A widzisz! I oto masz odpowiedź, dlaczego takie rzeczy w ogóle w życiu się pojawiają.
– Dlatego, że coś musi wyblaknąć do samego końca, byśmy zrozumieli, jak ważne są kolory? – odgaduje Starsza. – Że trzeba uderzyć głową w ścianę, by zrozumieć, że nam ona zawadza? Stanąć nad samą przepaścią, żeby w ogóle zobaczyć, że taka istnieje?
– Dokładnie! Dorzucę tylko, że osobiście szczerze wierzę, iż mamy do czynienia z tworem o krótkim życiu. Mnie pandemia też przyniosła kilka nowych refleksji. Najważniejsza chyba jest ta, że każde zapętlenie wcześniej czy później skrępuje ruchy wszystkich stron na tyle, że wszyscy tracą możliwość ruchu, fizycznie i intelektualnie, i przychodzi konsensus, bo nie ma innego wyjścia. Pandemia, a dokładnie obostrzenia, które na nas zrzuciła i które przyczyniły się do erupcji wulkanu energii napędzającej chwilowo kulturę unieważniania, pokazały przecież jak unissimo, w poprzek płci, ras i pochodzenia, cenimy sobie wszyscy wolność i wybór.
– Ty nigdy nie przestajesz wierzyć, że człowiek jest mądrzejszy i bardziej roztropny, niż jest w istocie? – wzdycha Starsza. Trochę z troską, ale bardziej z rozbawieniem.
– Nie. I tobie też to radzę.
– Pomyślę o tym! – obiecuje i razem machamy ręką panu z pieskiem, który po raz trzeci wchodzi w pole naszego widzenia.