Cztery amazonki Apokalipsy i prezydent Trump

186
Konferencja demokratycznych kongresmanek ze „squadu”, 15 lipca 2019 (od lewej): Ayanna Pressley, Alexandria Ocasio-Cortez, Rashida Tlaib, Ilhan Omar FOTO: EPA

Skończyła się misja komisji Roberta Muellera. Nie znaleziono dowodów na jakąkolwiek współpracę, wtedy kandydata, Donalda Trumpa z rządem Rosji, również niewiele nowego wniosło przesłuchanie byłego przewodniczącego przed Senatem. Niemniej w błędzie jest każdy, kto uważałby, że to koniec nagonki na prezydenta.

Dowody mówią za siebie, a tak właściwie ich całkowity brak, ale wobec idei impeachmentu nic nie znaczą. Fantazja zagorzałych przeciwników obecnej administracji jest niczym róg obfitości i podsyła nowe sposoby na urozmaicanie codzienności Białego Domu.

CZTERY AMAZONKI

Miały doprowadzić do upadku Donalda Trumpa, tymczasem sama ich szefowa Nancy Pelosi niemal złapała się za głowę, bo zamiast pseudoracjonalnej demagogii, którą ona sama uprawia, kongresowe debiutantki ruszyły zbrojne w otwartą nienawiść i żądne krwi.

Najbardziej znaną debiutującą kongresmanką była do niedawna Alexandria Ocasio-Cortez. Ognista latynoska pochodząca z Bronksu, twierdząca, że kampanię wyborczą prowadziła zza barowego kontuaru, za którym pracowała, a jej dokumentacja znajdowała się w papierowej torbie na zakupy (nie plastikowej, bo byłoby to przeciw jej ekologicznym przekonaniom). AOC, jak w skrócie jest nazywana, z entuzjazmem zabrała się do pracy; w wywiadach udzielanych w trakcie szybkiego marszu przez kuluarowy korytarz powtarza zwykle: „Tak dużo pracy, tak dużo pracy”. Faktycznie, jej propozycja nazywająca się „Green New Deal”, opublikowana w lutym 2019 roku, nawołuje do całkowitej przebudowy państwa. Tylko że USA to ciągle potężne kapitalistyczny kraj, gdzie przed bzdurą może się bronić uzbrojone społeczeństwo, a przynajmniej jego połowa, zatem aby zorganizować aż taką bolszewicką demolkę, trzeba się faktycznie narobić, i to nie tylko legislacyjnie. Poza tym byli już przed nią budowniczowie bezwzględnego społecznego szczęścia, ale czym się skończyło, wiemy my zza żelaznej kurtyny.

Partyjną koleżanką Alexandrii jest z pochodzenia Palestynka, po raz pierwszy wybrana do Kongresu muzułmanka Rashida Tlaib, która reprezentuje zachodnią część Detroit, czyli największe muzułmańskie skupisko w USA – Dearborn i jego okolice. Pani Rashida jest gorącą przeciwniczką proizraelskiej polityki obecnego rządu – trudno się dziwić z jednej strony, ale z drugiej powinna reprezentować interesy amerykańskie, nie palestyńskie, choć taka w niej płynie krew.

Obie panie debiutantki należą do Democratic Socialists of America (Demokratyczni Socjaliści Ameryki).

Trzecią amazonką jest Ayanna Pressley, pierwsza kolorowa przedstawicielka Massachusetts.

Czwarta to malutka, ale niezwykle wyrazista emigrantka z Somalii, dla której zmieniono prawo nakrycia głowy w Kongresie – Ilhan Omar. Reprezentuje stan Minnesota, a ściślej, metropolię Minneapolis. Jest pierwszą kolorową z tego stanu, a razem z Tlaib po raz pierwszy wybraną do Kongresu muzułmanką i jest najradykalniejsza.

Cztery panie zostały wybrane po dwóch latach rządów Donalda Trumpa, nietolerancyjnego mizogina, seksisty, wyraziciela białej supremacji, a nie w czasie rządów administracji Obamy, głoszącego progresywny liberalizm.

W GRUPIE RAŹNIEJ

Po raz pierwszy dziewczyny wystąpiły razem na drugi dzień po ogłoszeniu wyników wyborów, czyli 12 listopada 2018 roku, z okazji National Town Hall, zorganizowanego przez kobiety dla kobiet jako VoteRunLead (GłosujKandydujKieruj). Tam nazwały się „Squad” – w tłumaczeniu z jednej strony może to być łagodna drużyna, ekipa, ale z drugiej pluton lub oddział wojskowy.

Panie kongresmanki postanowiły, że teraz to one pokażą, jak wygląda państwo demokratyczne. Nie wszystko jednak co głosiły miało polityczny sens, bo przewodnicząca Kongresu Nancy Pelosi – na początku uwielbiająca młode pełne zapału demokratki – stwierdziła, że, owszem, młode kongresmanki są widoczne i robią dużo szumu, ale za ich słowami nie następuje działanie.

Może i dobrze, bo ich żądania pochodzą z bajek o żelaznym wilku i niech takimi pozostaną.

WET ZA WET

Nieustanne wystąpienia „squadu”, wypełnione demagogią antyrządową, spowodowały ripostę prezydenta, który, niestety, nie zastanawia się, komu należy z jego stanowiska odpowiadać, a komu nie. Najwłaściwszym sposobem byłoby wydanie polecenia służbowego szefowej kongresowej większości Nancy Pelosi, aby uciszyła ujadanie debiutantek. Nie postąpił tak, ale sam wdał się w wymianę tweetów.

Niestety, nie odrobił lekcji, do czego nawet prezydent USA jest zobowiązany, gdy ma zamiar wypowiedzieć się na jakiś temat. Dnia 14 lipca 2019 roku napisał między innymi:

„(…) demokratyczne, ‚progresywne’ kongresmanki, które oryginalnie przybyły z krajów, gdzie rządy są totalną (…) katastrofą, gorzej, są skorumpowane (…) jeśli w ogóle są w stanie funkcjonować, teraz w sposób zajadły

[kongresmanki]

mówią najwspanialszej na świecie nacji, czyli Amerykanom, jak mają się rządzić. Powinny powrócić tam, skąd przybyły, pomóc naprawić kraje tak ogarnięte przestępczością, że niezdolne do samostanowienia (…)”.

Problem polega na tym, że trzy z czterech kongresmanek urodziły się w Stanach Zjednoczonych – tylko Omar jest emigrantką urodzoną poza granicami USA.

Nie wziął też pod uwagę pan prezydent, że dziewczyny są wielosłowne i robią to bardzo dobrze. Wszystkie bez wyjątku zażądały impeachmentu Donalda Trumpa i natychmiastowego jego usunięcia ze stanowiska.

Interesująco wypowiedziała się Ayanna Pressley. Stwierdziła, że Białego Domu nie zajmuje obecny prezydent USA, ale czasowy lokator, którego należy się jak najszybciej pozbyć, bo, jak wcześniej nadmieniła, „zmiana nie może czekać”. Nikt nie wypomniał jej niekonsekwencji: skoro lokator, to impeachment nie może go dotyczyć, jako zwykłego obywatela. Proszę bardzo oskarżajcie Donalda Trumpa. Tylko że ciągle tak jest w USA, że potrzebne są dowody.

Jak wspomniałam, najbardziej zajadłą i pragnącą radykalnych zmian jest urodzona w Mogadiszu Ilhan Omar.

Napisałam kiedyś o AOC, że jest niebezpieczna jak Lenin. Omar jest niebezpieczniejsza.

Zacznijmy od jej kwietniowego wystąpienia, które zbulwersowało „The New York Post”. Omar powiedziała „jacyś ludzie coś zrobili” (some people did something). Gazeta zamieściła zdjęcie płonących wieżowców WTC i komentarz: proszę oto twoje „coś” – 2977 zabitych w terrorystycznym ataku.

Słowa, że ktoś zrobił coś, padły w czasie spotkania Rady Relacji Amerykańsko-Islamskich (Council on American-Islamic Relations CAIR). I entuzjastka swojej wiary również skłamała, że organizacja została utworzona po ataku na WTC. Organizacja powstała bowiem już w roku 1994. Omar natomiast uważa, że ten mało istotny atak z 11 września 2001 roku powoduje obdzieranie wszystkich muzułmanów zamieszkujących USA z ich swobód i praw. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale to ja jestem ciągle odsyłana na bok na lotniskach z powodu podejrzeń o niecne plany.

Trudno się dziwić, że prezydent Trump nie pała specjalną sympatią do pouczającej pani, która przybyła wraz rodziną z Mogadiszu – miasta niepokoju i rozboju.

W odpowiedzi na, co tu dużo mówić, niefortunny tweet prezydenta, 15 lipca 2019 panie ze „squadu” zwołały konferencję, w czasie której zwolniły wielokrotnie z pracy Donalda Trumpa. Szczególnie zajadła w swej demagogicznej wypowiedzi okazała się ponownie Ilhan Omar.

PRZEMÓWIENIE

Omar zaczęła: Prezydent otwarcie łamie zasady konstytucji (jakie to zasady, nie podaje). Dokonuje masowych deportacji (nie sięgam w głąb historii na ten temat, ale prezydent Obama deportował milionami), gwałci prawa humanitarne na granicy, trzymając dzieci w klatkach, nie dostarczając czystej wody (klatki polecił wykonać Obama, a USA od przedwojnia jest znane ze złego traktowania złapanych nielegalnych emigrantów). Być może dzięki rozkrzyczanej antypropagandzie nareszcie do opinii publicznej dotarło, że kryzys na granicy trwa od wielu dziesięcioleci.

Omar kontynuuje: Trump jest prezydentem oskarżonym o wiele przestępstw kryminalnych, włączając kolaborację z rządami innych krajów w czasie elekcji (nie powiedziała, że z Rosją, bo zna zasady demagogii, ale i tak jest to kłamstwo, bo dowodów nie ma).

I dalej: Ten prezydent nie zwraca uwagi, że jego rząd jest najbardziej skorumpowany w historii USA (a przecież jest odwrotnie).

Dowodzi, że z powodu złej służby zdrowia umierają miliony Amerykanów (nie da się bez sarkazmu: przed prezydentem Trumpem wszyscy byli ubezpieczeni, w dodatku za darmo, a prezydent Obama nie nakładał kontrybucji na niewykupujących polis), gdy równocześnie bogaci pławią się w dobrobycie (a co ma jedno do drugiego?).

Potem coś z życia prywatnego jeszcze wtedy kandydata: To jest prezydent, który nawołuje do łapania kobiet za tyłki (faktycznie świetny argument, gdy się porówna z wyczynami Billa Clintona).

Według Omar, prezydent pragnie kraj podzielić ze względu na rasę, płeć, orientację seksualną lub status emigracyjny. Tymczasem: wszystko co prezydent podkreśla, to, że ludzie powinni się uczyć i pracować bez względu na rasę i religię, a nikt bardziej nie rozniecił podziałów, jak poprzedzający go prezydent Obama.

Gdyby nie istniała wolność wyznania, Omar nie zostałaby wybrana, a bez wolności słowa, po tym wystąpieniu znalazłaby się w więzieniu. Gdyby chciała wyrazić treści o wolności kobiet w swojej rodzinnej Somalii, mogłoby się skończyć nieciekawie, gdyby ją w ogóle dopuszczono do głosu.

W porównaniu z Somalią, z której pochodzi Omar, my, kobiety, mamy w USA raj na ziemi i może faktycznie pani kongresmanka dobrze by zrobiła, jadąc do swojej pierwszej ojczyzny pouczać?

Tematu orientacji seksualnej prezydent nie porusza, a wręcz omija i traktuje jako mniej istotny w porównaniu z walką o rynki zbytu na świecie. Zwyczajnie nie pozwolił się uwikłać w LGBT jako temat zastępczy.

To nie jest koniec Omarowych żądań: mają zostać zlikwidowane służby graniczne, bo ich obecność wpływa na nierówności społeczne (ale byłoby fajnie dla tych „którzy zrobili małe coś” w pamiętnym wrześniu).

To jest prezydent – dalej mówi – który chce nam przeszkodzić nie tylko w naprawie służby zdrowia, ale w naprawianiu zmian klimatycznych i umorzeniu studenckiego długu (nie mówcie tyle dziewczyny, ale coś wymyślcie na te problemy). Jako alternatywę dla słuchania „śmietniskowych treści” wydobywających z ust Donalda Trumpa Omar proponuje, aby prezydent zapłacił za swoje przestępstwa (a prawny akt oskarżenia?).

Powinien odpowiedzieć za śmierć dzieci na granicy, a my powinniśmy coś z tym zrobić (faktycznie, macie, dziewczyny, władzę, zatem jechać tam i organizować pomoc, a z tym oskarżaniem ostrożnie, bo się może odbeknąć podobnymi przypadkami za Obamy, obydwu Bushów, Clintona i Reagana).

Omar kończy: Nie jest kwestią, czy będzie impeachment, ale kiedy będzie.

Omar żąda i krzyczy, a ja się zastanawiam. Z pracy zostali usunięci policjanci za wyrażenie myśli o AOC, że jest „vile Idiot” (niegodziwa idiotka). Czy Omar choćby za jedno kłamstwo o prezydencie, że jest kryminalistą współpracującym z obcym rządem, nie powinna się spotkać z impeachmentem?

CZTERY AMAZONKI

Miały doprowadzić do upadku Donalda Trumpa, tymczasem sama ich szefowa Nancy Pelosi niemal złapała się za głowę, bo zamiast pseudoracjonalnej demagogii, którą ona sama uprawia, kongresowe debiutantki ruszyły zbrojne w otwartą nienawiść i żądne krwi.

Najbardziej znaną debiutującą kongresmanką była do niedawna Alexandria Ocasio-Cortez. Ognista latynoska pochodząca z Bronksu, twierdząca, że kampanię wyborczą prowadziła zza barowego kontuaru, za którym pracowała, a jej dokumentacja znajdowała się w papierowej torbie na zakupy (nie plastikowej, bo byłoby to przeciw jej ekologicznym przekonaniom). AOC, jak w skrócie jest nazywana, z entuzjazmem zabrała się do pracy; w wywiadach udzielanych w trakcie szybkiego marszu przez kuluarowy korytarz powtarza zwykle: „Tak dużo pracy, tak dużo pracy”. Faktycznie, jej propozycja nazywająca się „Green New Deal”, opublikowana w lutym 2019 roku, nawołuje do całkowitej przebudowy państwa. Tylko że USA to ciągle potężne kapitalistyczny kraj, gdzie przed bzdurą może się bronić uzbrojone społeczeństwo, a przynajmniej jego połowa, zatem aby zorganizować aż taką bolszewicką demolkę, trzeba się faktycznie narobić, i to nie tylko legislacyjnie. Poza tym byli już przed nią budowniczowie bezwzględnego społecznego szczęścia, ale czym się skończyło, wiemy my zza żelaznej kurtyny.

Partyjną koleżanką Alexandrii jest z pochodzenia Palestynka, po raz pierwszy wybrana do Kongresu muzułmanka Rashida Tlaib, która reprezentuje zachodnią część Detroit, czyli największe muzułmańskie skupisko w USA – Dearborn i jego okolice. Pani Rashida jest gorącą przeciwniczką proizraelskiej polityki obecnego rządu – trudno się dziwić z jednej strony, ale z drugiej powinna reprezentować interesy amerykańskie, nie palestyńskie, choć taka w niej płynie krew.

Obie panie debiutantki należą do Democratic Socialists of America (Demokratyczni Socjaliści Ameryki).

Trzecią amazonką jest Ayanna Pressley, pierwsza kolorowa przedstawicielka Massachusetts.

Czwarta to malutka, ale niezwykle wyrazista emigrantka z Somalii, dla której zmieniono prawo nakrycia głowy w Kongresie – Ilhan Omar. Reprezentuje stan Minnesota, a ściślej, metropolię Minneapolis. Jest pierwszą kolorową z tego stanu, a razem z Tlaib po raz pierwszy wybraną do Kongresu muzułmanką i jest najradykalniejsza.

Cztery panie zostały wybrane po dwóch latach rządów Donalda Trumpa, nietolerancyjnego mizogina, seksisty, wyraziciela białej supremacji, a nie w czasie rządów administracji Obamy, głoszącego progresywny liberalizm.

W GRUPIE RAŹNIEJ

Po raz pierwszy dziewczyny wystąpiły razem na drugi dzień po ogłoszeniu wyników wyborów, czyli 12 listopada 2018 roku, z okazji National Town Hall, zorganizowanego przez kobiety dla kobiet jako VoteRunLead (GłosujKandydujKieruj). Tam nazwały się „Squad” – w tłumaczeniu z jednej strony może to być łagodna drużyna, ekipa, ale z drugiej pluton lub oddział wojskowy.

Panie kongresmanki postanowiły, że teraz to one pokażą, jak wygląda państwo demokratyczne. Nie wszystko jednak co głosiły miało polityczny sens, bo przewodnicząca Kongresu Nancy Pelosi – na początku uwielbiająca młode pełne zapału demokratki – stwierdziła, że, owszem, młode kongresmanki są widoczne i robią dużo szumu, ale za ich słowami nie następuje działanie.

Może i dobrze, bo ich żądania pochodzą z bajek o żelaznym wilku i niech takimi pozostaną.

WET ZA WET

Nieustanne wystąpienia „squadu”, wypełnione demagogią antyrządową, spowodowały ripostę prezydenta, który, niestety, nie zastanawia się, komu należy z jego stanowiska odpowiadać, a komu nie. Najwłaściwszym sposobem byłoby wydanie polecenia służbowego szefowej kongresowej większości Nancy Pelosi, aby uciszyła ujadanie debiutantek. Nie postąpił tak, ale sam wdał się w wymianę tweetów.

Niestety, nie odrobił lekcji, do czego nawet prezydent USA jest zobowiązany, gdy ma zamiar wypowiedzieć się na jakiś temat. Dnia 14 lipca 2019 roku napisał między innymi:

„(…) demokratyczne, ‚progresywne’ kongresmanki, które oryginalnie przybyły z krajów, gdzie rządy są totalną (…) katastrofą, gorzej, są skorumpowane (…) jeśli w ogóle są w stanie funkcjonować, teraz w sposób zajadły

mówią najwspanialszej na świecie nacji, czyli Amerykanom, jak mają się rządzić. Powinny powrócić tam, skąd przybyły, pomóc naprawić kraje tak ogarnięte przestępczością, że niezdolne do samostanowienia (…)”.

Problem polega na tym, że trzy z czterech kongresmanek urodziły się w Stanach Zjednoczonych – tylko Omar jest emigrantką urodzoną poza granicami USA.

Nie wziął też pod uwagę pan prezydent, że dziewczyny są wielosłowne i robią to bardzo dobrze. Wszystkie bez wyjątku zażądały impeachmentu Donalda Trumpa i natychmiastowego jego usunięcia ze stanowiska.

Interesująco wypowiedziała się Ayanna Pressley. Stwierdziła, że Białego Domu nie zajmuje obecny prezydent USA, ale czasowy lokator, którego należy się jak najszybciej pozbyć, bo, jak wcześniej nadmieniła, „zmiana nie może czekać”. Nikt nie wypomniał jej niekonsekwencji: skoro lokator, to impeachment nie może go dotyczyć, jako zwykłego obywatela. Proszę bardzo oskarżajcie Donalda Trumpa. Tylko że ciągle tak jest w USA, że potrzebne są dowody.

Jak wspomniałam, najbardziej zajadłą i pragnącą radykalnych zmian jest urodzona w Mogadiszu Ilhan Omar.

Napisałam kiedyś o AOC, że jest niebezpieczna jak Lenin. Omar jest niebezpieczniejsza.

Zacznijmy od jej kwietniowego wystąpienia, które zbulwersowało „The New York Post”. Omar powiedziała „jacyś ludzie coś zrobili” (some people did something). Gazeta zamieściła zdjęcie płonących wieżowców WTC i komentarz: proszę oto twoje „coś” – 2977 zabitych w terrorystycznym ataku.

Słowa, że ktoś zrobił coś, padły w czasie spotkania Rady Relacji Amerykańsko-Islamskich (Council on American-Islamic Relations CAIR). I entuzjastka swojej wiary również skłamała, że organizacja została utworzona po ataku na WTC. Organizacja powstała bowiem już w roku 1994. Omar natomiast uważa, że ten mało istotny atak z 11 września 2001 roku powoduje obdzieranie wszystkich muzułmanów zamieszkujących USA z ich swobód i praw. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale to ja jestem ciągle odsyłana na bok na lotniskach z powodu podejrzeń o niecne plany.

Trudno się dziwić, że prezydent Trump nie pała specjalną sympatią do pouczającej pani, która przybyła wraz rodziną z Mogadiszu – miasta niepokoju i rozboju.

W odpowiedzi na, co tu dużo mówić, niefortunny tweet prezydenta, 15 lipca 2019 panie ze „squadu” zwołały konferencję, w czasie której zwolniły wielokrotnie z pracy Donalda Trumpa. Szczególnie zajadła w swej demagogicznej wypowiedzi okazała się ponownie Ilhan Omar.

PRZEMÓWIENIE

Omar zaczęła: Prezydent otwarcie łamie zasady konstytucji (jakie to zasady, nie podaje). Dokonuje masowych deportacji (nie sięgam w głąb historii na ten temat, ale prezydent Obama deportował milionami), gwałci prawa humanitarne na granicy, trzymając dzieci w klatkach, nie dostarczając czystej wody (klatki polecił wykonać Obama, a USA od przedwojnia jest znane ze złego traktowania złapanych nielegalnych emigrantów). Być może dzięki rozkrzyczanej antypropagandzie nareszcie do opinii publicznej dotarło, że kryzys na granicy trwa od wielu dziesięcioleci.

Omar kontynuuje: Trump jest prezydentem oskarżonym o wiele przestępstw kryminalnych, włączając kolaborację z rządami innych krajów w czasie elekcji (nie powiedziała, że z Rosją, bo zna zasady demagogii, ale i tak jest to kłamstwo, bo dowodów nie ma).

I dalej: Ten prezydent nie zwraca uwagi, że jego rząd jest najbardziej skorumpowany w historii USA (a przecież jest odwrotnie).

Dowodzi, że z powodu złej służby zdrowia umierają miliony Amerykanów (nie da się bez sarkazmu: przed prezydentem Trumpem wszyscy byli ubezpieczeni, w dodatku za darmo, a prezydent Obama nie nakładał kontrybucji na niewykupujących polis), gdy równocześnie bogaci pławią się w dobrobycie (a co ma jedno do drugiego?).

Potem coś z życia prywatnego jeszcze wtedy kandydata: To jest prezydent, który nawołuje do łapania kobiet za tyłki (faktycznie świetny argument, gdy się porówna z wyczynami Billa Clintona).

Według Omar, prezydent pragnie kraj podzielić ze względu na rasę, płeć, orientację seksualną lub status emigracyjny. Tymczasem: wszystko co prezydent podkreśla, to, że ludzie powinni się uczyć i pracować bez względu na rasę i religię, a nikt bardziej nie rozniecił podziałów, jak poprzedzający go prezydent Obama.

Gdyby nie istniała wolność wyznania, Omar nie zostałaby wybrana, a bez wolności słowa, po tym wystąpieniu znalazłaby się w więzieniu. Gdyby chciała wyrazić treści o wolności kobiet w swojej rodzinnej Somalii, mogłoby się skończyć nieciekawie, gdyby ją w ogóle dopuszczono do głosu.

W porównaniu z Somalią, z której pochodzi Omar, my, kobiety, mamy w USA raj na ziemi i może faktycznie pani kongresmanka dobrze by zrobiła, jadąc do swojej pierwszej ojczyzny pouczać?

Tematu orientacji seksualnej prezydent nie porusza, a wręcz omija i traktuje jako mniej istotny w porównaniu z walką o rynki zbytu na świecie. Zwyczajnie nie pozwolił się uwikłać w LGBT jako temat zastępczy.

To nie jest koniec Omarowych żądań: mają zostać zlikwidowane służby graniczne, bo ich obecność wpływa na nierówności społeczne (ale byłoby fajnie dla tych „którzy zrobili małe coś” w pamiętnym wrześniu).

To jest prezydent – dalej mówi – który chce nam przeszkodzić nie tylko w naprawie służby zdrowia, ale w naprawianiu zmian klimatycznych i umorzeniu studenckiego długu (nie mówcie tyle dziewczyny, ale coś wymyślcie na te problemy). Jako alternatywę dla słuchania „śmietniskowych treści” wydobywających z ust Donalda Trumpa Omar proponuje, aby prezydent zapłacił za swoje przestępstwa (a prawny akt oskarżenia?).

Powinien odpowiedzieć za śmierć dzieci na granicy, a my powinniśmy coś z tym zrobić (faktycznie, macie, dziewczyny, władzę, zatem jechać tam i organizować pomoc, a z tym oskarżaniem ostrożnie, bo się może odbeknąć podobnymi przypadkami za Obamy, obydwu Bushów, Clintona i Reagana).

Omar kończy: Nie jest kwestią, czy będzie impeachment, ale kiedy będzie.

Omar żąda i krzyczy, a ja się zastanawiam. Z pracy zostali usunięci policjanci za wyrażenie myśli o AOC, że jest „vile Idiot” (niegodziwa idiotka). Czy Omar choćby za jedno kłamstwo o prezydencie, że jest kryminalistą współpracującym z obcym rządem, nie powinna się spotkać z impeachmentem?