Do serca przytul nudę

3

Nie ma dnia, żeby ze stron z newsami nie krzyczały do mnie nagłówki obiecujące poprawę jakości mojego życia. Osobistego, zawodowego, rodzinnego, seksualnego. Każdego.

Jeszcze do niedawna podstawą takiej poprawy miało być lepsze wykorzystanie mojego czasu i obowiązkowo właściwe szufladkowanie vel kompartmentalizacja (dla wielbicieli ożywczego powiewu obcości w języku) elementów mojego życia. Dopuszczalne było, by elementy pracy i życia osobistego mogły stać (funkcjonować) w bliskiej od siebie odległości (np. ta sama sypialnia, która z wciągnięciem na kolana laptopa zmieniała się w biuro), ale ich aktywność winna odbywać się wedle jakiegoś grafiku, rozpiski, odgórnie przygotowanego planu. W przeciwnym razie zafunduję sobie bałagan. A bałagan, wiadomo, najgorszy wróg współczesnego człowieka. Zwłaszcza pracującej matki, dla której celem – idea silnie promowana w mediach i kulturze – jest nie tylko efektywne wywiązywanie się z obowiązków, ale nieustanne, codzienne, cogodzinne, jeśli potrzeba, udowadnianie światu, że oto, oto jest kobieta! Napatrz się, drogi świecie, i pożałuj swej historii. Uderz się w piersi po raz enty i entosiętny, iż kobieta sroce spod ogona nie wypadła, kobieta mogącą jest, kobieta potrafiącą jest, kobieta, ach kobieta!

Nie wiem dokładnie, dlaczego, bo nigdy nie korzystałam z podręczników prawidłowego sprzątania pod tapczanem ani nie robiłam kursów z zarządzania wolnym czasem na urlopie, ale wygląda na to, że koncepcja wielkich porządków oraz kompartmentalizacji życia a konto odnalezienia w nim szczęścia i równowagi nie bardzo się sprawdziła. Księgarnie przyznają się z wyraźnym rumieńcem wstydu na obliczach, że magazyny typu „Simple Living” oraz bestesellery książkowe objaśniające, jak rozmawiać z ubraniami, by móc je potem lekką ręką wyrzucić do śmieci (projekt: sprzątamy w szafie, by znaleźć sens życia), przestały schodzić. Gdzie pojawił się błąd i na czym polega? Wykluczyć, niestety, należy opcję, że ludzie nie kupują poradników, bo przestali czytać słowo pisane (choć, gwoli sprawiedliwości w naszej polskiej ojczyźnie taka argumentacja miałaby, niestety i z wielkim wstydem to stwierdzając, rację bytu…).

Dobrze, że żyjemy w czasach, gdzie od każdego, nawet najdziwniejszego pytania, mamy hordę ekspertów czekających z odpowiedziami. Sprawa „błędu” też więc szybko się wyjaśniła. Otóż, orzekli eksperci zgodnym chórem, błędu nie ma. Jest tylko uprzytamnianie sobie przez coraz większą rzeszę z nas faktu, że żadna kompartmentalizacja ani optymalizacja kalendarza nie da nam poczucia szczęścia, o ile nie zapewnimy naszym ciałom i umysłom odpowiedniej dawki… odpoczynku! Tak jest, mili czytelnicy i czytelniczki. Potrzebujemy odpoczynku, żeby dostrzec w świecie jego sens, wartość i urodę, a samemu poczuć z tego powodu szczęście.

Jeśli wpadły Państwu ostatnio w uszy słowa typu: „hygge”, „lagom” i „sisu”, to nic dziwnego, bo wszystkie te terminy opisują stany harmonii i relaksu w życiu, z naciskiem na robienie relaksowi, wygodzie oraz harmonii świadomego w tym życiu miejsca. Słuchałam niedawno audycji w radiu, w rozmowie uczestniczyła psycholog zajmująca się terapią rodzin i powiedziała (cytuję z pamięci): „Czas na relaks i odpoczynek powinien być wpisany do naszego grafiku zajęć rodzinnych tak samo jak mecz piłkarski Johnny’ego i lekcja baletu Suzie. Żyjemy w czasach, że jeśli tego nie uczynimy, to ten czas zmarnujemy na coś innego, bo nie będziemy pamiętali, że mieliśmy odpoczywać!”. Pani psycholog wieściła swoje objawienie głosem mesjasza, a zachowanie jej rozmówcy wskazywało, że ów faktycznie mesjasza w niej widział i jeszcze doradzał swoim słuchaczom, by robili w czasie programu notatki, nie pożałują.

Ale to nie rewelacje pani psycholog z radia faktycznie ścięły mnie z nóg, a oferta turystyczna, która niedawno wylądowała w mojej skrzynce emailowej. Reklamowała się firma specjalizująca się w wywożeniu ludzi w leśną głuszę, do drewnianych domków pozbawionych absolutnie wszystkich zdobyczy cywilizacyjnych, w tym mikrofalówek i toasterów (lodówki w mikrusowych kuchenkach były), nie wspominając, oczywiście, o szansie na korzystanie z telefonu komórkowego czy laptopa. Główną atrakcją każdego z domków było wielkie na całą ścianę okno pokazujący obrazek na zewnątrz – typowo leśny pejzaż z drzewami i inną leśną roślinnością w roli głównej. Nie było jednak tak, że przybysz, który za weekend czy urlop spędzony w takim domku płaci niezłe pieniądze, nie miał kompletnie pojęcia, co zrobić ze sobą i danym mu czasem oraz przestrzenią. Przed wyjazdem mianowicie organizatorzy zapraszają gości na szkolenia z zakresu „odpoczynku”. Właśnie teraz poproszę, żeby wszyscy państwo bardzo uważnie przeczytali co napiszę, powtarzając za firmą od domków. Otóż naszym zadaniem, jako wakacjuszy/odpoczynkobiorców/uciekinierów od cywilizacji, ma być podjęcie szczerej próby wynudzenia się. Tak, tak, dobrze państwo przeczytali. Najnowszym trendem w filozofii regeneracji naszych przeciążonych cywilizacją i nieszczęśliwych umysłów jest nuda. Nuda twoim przyjacielem. Kto się nudzi, ten zyskuje. Tylko nuda ci podpowie, jak zrobić porządek w głowie. Idt., itp.

Miałam szczęście wychowywać się w miejscu i czasach, gdy nuda była bliskim przyjacielem człowieka. Pamiętam wakacje u babci, gdy w niedzielne popołudnie siedzieliśmy całą rodziną w ogrodzie nie robiąc absolutnie nic, dorośli pogryzali czereśnie z miski, a dzieci okopywały łopatkami zagonki, z których już wyrwano sałatę czy marchewkę. Moja mama przysnęła, a ciotka cieszyła się, że tak nudno, nic robić nie trzeba, o niczym nawet myśleć nie trzeba, tak, na tym właśnie polega odpoczynek i reset przed kolejnym tygodniem pracy. Naturalnie z nudą należało walczyć, jeżeli zabierała zbyt dużo czasu w naszym „grafiku” – choć o grafikach nikt wtedy nie słyszał, wśród wysoko postawionych rodziców moich znajomych z dzieciństwa używano co najwyżej kalendarzy w większym formacie. Podobno byłam skrajnie wszędobylskim dzieckiem, które „nie umiało usiedzieć w spokoju”, więc echa słów mamy: – usiądź, zatrzymaj się, zrób sobie przerwę na nicnierobienie, do dzisiaj dźwięczą mi w uszach. – Ale mi się nudzi! – protestowałam. – Jak się trochę ponudzisz, to potem będziesz lepiej myślała! – obiecywała mama.

Nie twierdzę, że kilkadziesiąt lat temu ludzie mieli lepsze pojęcie, o co im w życiu chodzi, i tryskali na co dzień szczęściem. Gratuluję firmie turystycznej pomysłu z domkami do nudzenia się, nie mam wątpliwości, że znajdzie mnóstwo chętnych na swoją ofertę. Jak zawsze, zastanawia mnie tylko, czy naprawdę potrzebujemy coraz to nowych „mód” i ekspertów, by nam objaśniali krok po kroku, jak żyć w harmonii ze sobą i otaczającym światem? Może czasami wystarczy spojrzeć wstecz? Sięgnąć po to, co już było, jakkolwiek wydaje nam się niemodne czy naiwne? Póki co nie zmieniliśmy się jeszcze w roboty i takie sprawy, jak sen, odpoczynek oraz przeplatanie okresów stresogennych okresami świadomego wyciszenia się i zwolnienia tempa, dotyczą nas w takim samym stopniu, w jakim dotyczyły naszych przodków już tysiące lat temu.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney