Donald Trump miał rację w sprawie eboli

0
0

Wszelkie dostępne szczepionki – zdaniem zamożnego sympatyka Tea Party – należało oczywiście chorym podać i wszystkimi siłami walczyć o życie amerykańskich bohaterów, którzy zarazili się ebolą ratując innych w Afryce. To zrozumiałe. Tylko dlaczego ściągać chorych do Stanów, zamiast dostarczyć im potrzebne medykamenty, sprzęt i specjalistów za ocean? „Trzymajcie ich z dala stąd” – apelował Trump na Twitterze wielkimi literami. Jak wiadomo, władze nie zwróciły uwagi na jego wezwanie i poniekąd wygrały, bo na szczęście dwoje lekarzy przewiezionych z Czarnego Lądu do rodzinnego kraju wróciło do zdrowia.

Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Od kilku dni mamy trupa, pierwszą ofiarę eboli na terytorium USA. Doniesienia są coraz bardziej alarmujące. Wojskowi przyznają, że nie gwarantują bezpieczeństwa południowej granicy, przez którą mogą przenikać już nie tylko imigranci bez papierów, ale także chorzy, którzy w ciągu kilku godzin wmieszają się w uliczny tłum. Nawet na lotniskach od ostatniego weekendu służby epidemiologiczne próbują kontrolować wszystkich przylatujących z zachodniej części Afryki. I co? Dostrzegą niebezpieczne symptomy i zapewnią opinię publiczną, że nie przeciśnie się żaden zarażony? Niemożliwe! Choćby dlatego, że wspomniani „wrażliwi” protestują nawet przeciwko zbyt skrupulatnym badaniom przylatujących, bo widzą w nich wyraz uprzedzeń wobec gości.

To samobójcze podejście do sprawy. Przecież jesteśmy w stanie wojny ze śmiercionośną chorobą, która – według oficjalnych raportów – zabiła już blisko 4 tysiące ludzi, a w rzeczywistości na pewno więcej. Wirus powoduje zgon od pięciu do dziewięciu osób na każde dziesięć, które zaatakuje. Stuprocentowo skutecznego leku nadal nie ma. Niektórzy próbują uspokajać, że ebola jest mniej zjadliwa niż grypa, bo zmarło na nią mniej osób (zapominają, że tysiące ofiar to tragiczny wynik tylko z ostatnich miesięcy). Inni pocieszają, że w odróżnieniu od grypy wirus eboli nie przenosi się z powietrzem, ale w płynach ustrojowych (zapominają, że wystarczy kichnięcie w oko czy uścisk spoconej ręki). Kolejni dodają ku pokrzepieniu serc, że szczepionka w laboratoriach naukowców jest prawie gotowa (zapominają o słowach specjalistów Światowej Organizacji Zdrowia sprzed kilku dni: po pierwsze, specyfiku nie będzie do przyszłego roku, a po drugie, nie wystarczy go dla wszystkich potrzebujących).

Kto dodatkowo zapomina o swoich obywatelach, ich bezpieczeństwie – ten popełnia grzech śmiertelny. Tak samo jak ulegający wielokrotnie kopiowanym opiniom wirtualnej większości z portali społecznościowych, dla której ważniejszy wydaje się piesek hiszpańskiej pielęgniarki walczącej z ebolą niż ona sama i zagrożeni ludzie z jej otoczenia. Najpewniej przeciwko takim wynaturzeniom protestował Trump, a nie przeciw trosce o konkretną dwójkę chorych lekarzy. „Stany Zjednoczone mają wystarczająco dużo problemów” – pisał z wykrzyknikiem miliarder w tym samym wystąpieniu na Twitterze, z którego światowe agencje wybrały tylko poszczególne frazy, takie jak: „Nie wpuszczać” oraz „Obama niekompetentny”.

Zaraza, podobnie jak wojna czy klęska żywiołowa, może być wykorzystywana przez polityków, którzy dzięki takim zjawiskom odwracają uwagę od bieżących problemów, a nawet przy odrobinie sprawności mogą pochwalić się szybkimi reakcjami – wyliczając od końca – osobistą wizytą w miejscu dotkniętym przez huragan, wysłaniem oddziałów przeciwko terrorystom albo nakazaniem służbom medycznym kontroli na lotniskach. Ale poza propagandowymi korzyściami liczą się prawdziwe efekty. Trump nie dorobił się fortuny wyłącznie pięknymi słowami, lecz ciężką pracą i mądrością umiał kilkaset razy pomnożyć spadek po ojcu. Podobnie jak z biznesmenami bywa z politykami… Porywające oświadczenia i zgrabne sformułowania wystarczą na krótką metę, w ostateczności na drugą kadencję. Bo później, kiedy wyborcy nie widzą efektów, mówią „dość”. A zwłaszcza wtedy, gdy – jak w przypadku eboli – chodzi o ich własne zdrowie i życie.

Autor: Tomasz Wojciechowski