Drogi pamiętniku…

108
Mamy do czynienia z zagrożeniem śmiertelnym, wrogiem tak groźnym, że trzeba skupić absolutnie wszystkie siły, by go pokonać Foto: EPA

Drogi pamiętniku! Styczeń rozpoczął się pożarami w Australii, ale nie wiem nawet, jak to się skończyło, bo prosto z pożaru niemalże poszliśmy na wojnę z Iranem... Czytali Państwo tego wirala? Polecam, ale tylko tym, którzy wciąż jeszcze potrafią zachowywać dystans do otaczającej nas rzeczywistości A.D. 2020 (jeśli znajdujesz się w tej grupie, proszę powiedz nam, jak to robisz?!). Kto stracił ten dystans, błagam, niech się nie fatyguje. Memolist kończy się bowiem na sierpniu optymistycznym założeniem, że pozostałe miesiące roku może jednak pozwolą nam złapać oddech.

Nie wiem, co przyniosą dwa ostatnie miesiące tego roku, wiem, że na wrzesień i na październik już liczyć nie można. Jeśli o mnie chodzi, to zafundowały mi nawet więcej niż mogłam się spodziewać, a nadmienię, że poprzeczka i tak była niska, bo wyznaję w życiu zasadę, iż lepiej się miło rozczarować niż nastawić na zbyt wiele i spadając, potłuc się do nieprzytomności. Pisałam już w poprzednim felietonie, że ponieważ jestem mieszkanką zachodniej części USA, to do kosza tegorocznych nieszczęść doszły mi również historyczne pożary. Ogień trawi otaczające mnie góry i lasy od dwóch miesięcy i coraz bardziej zaciska mi szyi śmiertelną pętlę w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wyjaśniam: od połowy października całą rodziną chorujemy: bóle głowy, brzucha, kaszel, reakcje dróg oddechowych i organizmu jak przy alergii, tylko, że to trują nas dymy. Haha, jak dobrze – koronawirusa przeszliśmy wiosną, prawda? To znaczy, chyba przeszliśmy, bo mieliśmy objawy, ale nikt nas wtedy nie chciał przetestować, zaś testy na antyciała zrobione pół roku później wyszły ujemne.

W życiu bym nie pomyślała/myślał, że przyjdzie mi żyć w czasach pandemii – ilu z Państwa choć raz wypowiedziało te słowa? Pewnie prawie każdy. Moje westchnienie niewiary brzmi oczywiście tak: „W życiu bym nie pomyślała, że w dobie pandemii, prócz pandemii będę miała na głowie śmiertelne pożary”. A raczej… brzmiało. Od kilku dni moja niewiara przeszła bowiem samą siebie. Kto wie, być może to właśnie dlatego, choć siedzę w domu przy pozamykanych oknach, a z domu wychodzę jeszcze rzadziej, niż w okresie najgłębszego lockdownu, wcale mi się nie poprawia. A dokładnie? Bo nie spodziewałam się, że w dobie pandemii, w chwili, gdy świat zalewa druga fala zarażeń tak nokautująca, że zaczyna brakować łóżek w szpitalach oraz rąk do pracy, znajdzie się rząd, który zamiast skupić się na ratowaniu zdrowia swego narodu będzie się zachowywał zgoła odwrotnie. Całkowicie świadom skutków swego zachowania podejmie działania prowokujące naród do zachowań wystawiających to zdrowie na jeszcze większe ryzyko. Ryzyko niepotrzebne. Ryzyko, którego absolutnie być nie musiało i nie musi. Ten rząd to władza w Polsce. To zachowanie to orzeczenie w kwestii zaostrzenia prawa aborcyjnego. Co najciekawsze i jednocześnie najtrudniejsze do zrozumienia, wszystkie te działania pojawiły się w momencie, gdy część owego rządu, choć na początku traktująca pandemię jako panściemę i spisek, właśnie zmieniła na jej temat zdanie, a uczyniła to pod wpływem osobistych doświadczeń na szpitalnej sali. I otwarcie teraz przyznaje, że mamy do czynienia z zagrożeniem śmiertelnym, wrogiem tak groźnym, że trzeba skupić absolutnie wszystkie siły, by go pokonać. Hm.

Nie wypowiadam się o zasadności sądowego orzeczenia, nie o to mi chodzi. Byłabym równie wściekła, rozgoryczona i znokautowana szokiem w obliczu każdego innego posunięcia władz, o którym wiadomo by było z góry, jaki odniesie skutek oraz że skutek ten będzie ciosem w plecy walce, którą rzekomo właśnie staramy się prowadzić w celu obrony życia nas wszystkich. Różnimy się postawami i poglądami, taka jest ludzka natura i taka jest natura demokracji. Walczymy o to, co wydaje nam się słuszne i mamy do tego prawo. Na wszystko jednak jest czas i miejsce. W polskich szpitalach właśnie kończą się miejsca dla chorych, ludzie zaczynają umierać w karetkach, inni umierają w domach, bo nie mają szansy na leczenie chorób, które towarzyszą im od dawna. Cały świat (i Polska) ściga się z czasem, by pokłosie pandemii i wszystkich jej skutków ubocznych było jak najmniejsze. Obecna chwila w historii, w dziejach ludzkości nie jest ani miejscem, ani czasem na żadne zagrywki, które w jakikolwiek sposób wzmagają ryzyko zarażeń i tak wystarczająco chorej już ludzkości.

O tym, jak wygląda system opieki zdrowotnej w Polsce, przekonałam się walcząc o prawo do chorowania w godności, a potem do śmierci w godności mojego ojca, mam to świeżo w pamięci, bo zmarł na początku tego roku. Po tej „walce”, która bardziej przypominała oglądanie horroru, w czasie którego człowiek przeciera ze zdumienia oczy, że w ogóle w czymś takim uczestniczy, pozbyłam się złudzeń, że polska służba zdrowia w jej obecnym wydaniu może stanąć na wysokości jakiegokolwiek większego wyzwania. Nie udaje jej się to przy jednostkach, jak można liczyć na sukces w szerszym wydaniu? Wiem o tym ja, wiedzą o tym lekarze, wiedzą to doskonale rządzący, zwłaszcza z kadencji ostatnich lat, którzy kolejnymi reformami kontynuują skandaliczny drenaż funduszy, a wraz z nim – skuteczności systemu opieki zdrowotnej w Polsce. Świadome dalsze obciążanie i tak już niewydolnego systemu nie jest strzelaniem sobie w kolano. Jest samobójstwem i to fundowanym całemu narodowi.

Cały świat ściga się z czasem, by pokłosie pandemii i wszystkich jej skutków ubocznych było jak najmniejsze   Foto: EPA

Jak wielu Polaków rozsianych po świecie, i ja mam w Polsce ciężko chorą mamę. Jeśli zostanie zarażona, nie przeżyje. Nawet się nie łudzę. Od początku pandemii żyję wyłącznie nadzieją, że jej się uda, że uda się nam obu i że mama ocaleje, bo się nie zarazi. Ta nadzieja właśnie zaczęła umierać mi na rękach. Nie mam nawet co się łudzić, że po trwających obecnie ulicznych protestach Polska nie utonie w statystykach zarażeń. Ryzyko, że stracę mamę i nawet nie będę mogła jej pożegnać, właśnie wzrosło nie-wiem-nawet-ilu-krotnie.

Na wszystko jest czas i miejsce. Miarą mądrości człowieka i miarą mądrości narodu jest to, by wiedzieć, co i kiedy. W sposób, by było najbezpieczniej, najrozsądniej, najuczciwiej. Mówi się, że piekło jest wybrukowane dobrymi intencjami. Nie przeczę, że intencje sędzi-decydentów, którzy wylali Polsce na głowę ten skandaliczny kryzys, były jak najlepsze. Czy jednak decyzja, która ma bronić prawa do życia jednych kosztem odbierania go drugim jest mądra, rozsądna, uczciwa? Decyzja, która dodatkową masę narodu przeciągnie przez chorobę, w wyniku której grupa ta być może stanie się inwalidami do końca swego życia? Decyzja, której nie musiało być tu, dziś, w tej chwili, w tym i tak wystarczająco dramatycznym momencie naszej ludzkiej historii? Czuję, jak umiera we mnie wiara, że Polską rządzą ludzie, którzy mają na względzie dobro i zdrowie jej obywateli. Nie mogę o nich myśleć inaczej niż barbarzyńcy, jedynie poprzebierani za zbawicieli. Nigdy nie myślałam, że dożyję czasów, które mnie zmuszą, by tak myśleć i tak się czuć.