Dzień dobry na wszystko

85
FOTO: JOLANTA WYSOCKA

Wydaje mi się jakby dopiero tydzień temu zaczęły się wakacje, a tu już niewiele zostało do ich końca. Zegar biologiczny, mimo urlopu, budzi mnie o 5 rano. Leżę jeszcze z zamkniętymi oczami – udaję, że śpię, gdyż wówczas moje koty łaskawie nie drą japy, jakby nie jadły od tygodnia.

Dzień za dniem upływa mi tak samo – ledwo wstanę, pokręcę się po domu, ogrodzie, a już jest wieczór, a tyle miałam zaplanowane… Dopiero był poniedziałek i już jest piątek. Jakby wczoraj zaczął się lipiec, już jest sierpień, zaraz jesień, zima, rok minie, dwa, 30, a jak będę miała szczęście, to i 70… Już zaczynają uchodzić znajomi, przyjaciele. Moich ciotek, wujków, stryjenek i stryjków, nie mówiąc już o dziadkach dawno już nie ma…

Tak mi się nostalgicznie zrobiło podczas rozmyślania nad przemijaniem. Już miałam robić postanowienia, że dziś nadrobię wszystkie domowe zaległości, a od jutra zacznę dodawać kolorów do życia. Już nawet wymawiałam – ciesz się chwilą, ciesz się każdą chwilą, nawet tą, że jeszcze leżysz, że nie musisz iść do pracy, że jest lato – gdy nastrój zepsuła mi myśl, że zaraz muszę wstać, bo koty głodne! Otworzyłam oczy i zła odrzuciłam kołdrę. Jakby miała w kogo, to wbiłabym kły. Wstałam, jak zwykle, lewą nogą, bo tak mam ustawione łóżko, i od razu uświadomiłam sobie, że coś jest nie tak! 5:20, a żaden kot nie siedzi na łóżku albo obok czy w drzwiach, spoglądając na mnie z pytaniem w oczach – żyje czy nie? Jak żyje, to zaraz da nam jeść, jak nie żyje, to my zjemy ją…

Gdzie są moje koty?! Od sześciu lat taka historia się nie przytrafiła. W salonie nie ma, w pokojach dzieci też nie, ostatnia nadzieja, że siedzą w kuchni, bo wyciągnęły coś smacznego z niedomkniętej szafki. I wtedy kątem oka, bo ja mam kąt oka, przechodząc obok otwartej łazienki, przez okno zobaczyłam mojego kota wspinającego się po jodle syberyjskiej w ogródku sąsiadów! Wydałam z siebie okrzyk jak Apacz przed atakiem na blade twarze i ruszyłam do – oczywiście nie wiem, jakim cudem – otwartych kuchennych drzwi. Dzieci zaspane wypadły z pokojów. Mój wrzask obudziłby umarłego, nie tylko ich. W kusej piżamie, na bosaka wypadłam do ogródka, nawoływać moje puchate skarby. Z krzaków lawendy wyszła Nestusia, Pepsi, trójłapka, też powinna być niedaleko, bo nie jest w stanie nigdzie się wspinać, a wszystko ogrodzone szczelnie.

Syn ściągnął Padmę z jodły. Ale gdzie jest Sprite i Franka?! Przeszukałam ogród, córka przeczołgała się pod krzakami, syn zrył wszystkie zakątki, a dwóch kotów nadal nie ma! Płaczę, szlocham, wołam, przelazłam nawet przez ogrodzenie (żeby było szybciej) na sąsiedzkie podwórka. Dobrze, że sąsiedzi jeszcze spali, bo niestety nie zdążyłam się ubrać w nic galowego. Chociaż nie wiem, czy spali, czy patrzyli na dziwowisko, przecież darłam się na pół dzielnicy.

Pozakładam GPS, kołek przywiążę, zabiję, zacałuje na śmierć, dam im całą pierś z kurczaka, ale niech się znajdą! Zrozpaczona wracam do domu. Muszę nałożyć przynajmniej buty i ustalić plan działania – napisać ogłoszenie, powiadomić policję i służby specjalne… Poinformować sąsiadów i zabronić im wyjeżdżać autem bez sprawdzenia, czy kot nie ukrył się pod maską albo na nadkolu! Do ostatniego zadania wydelegowałam córkę – młoda, chuda, prawie zabiedzona, to może żal będzie im ją przejechać spiesząc się do pracy. Zaraz???!!!! A co to drapie w szafie?! Kotów nie było przez chwilę, a tu już myszy? Przesuwam drzwi, a tam siedzi oburzona Franka – jak mogłaś mnie zamknąć w szafie na całą noc! Biorę ją na ręce i widzę kawałek zaspanego pyszczka Sprita wystający zza sterty zimowych swetrów. Alarm odwołany! Są. Wszystkie są, bo Pepsi spokojnie sama przyszła pod drzwi.

Popatrzyłam na moje czarne od brudu stopy, rozmazaną z nie wiadomo czym krew na mojej ręce, igły sosny we włosach, przypomniałam sobie, jak przełaziłam przez ogrodzenie i… zaczęłam się śmiać! Dzień stał się piękny! Życie stało się piękne! I już nic nie było mi potrzebne do szczęścia!