Dzień Kobiet po polsku

0
0

Po kilku nieudanych próbach zwrócenia na siebie uwagi kierowców z ulicy, w końcu znalazł się przechodzień, który jej pomógł. Przestępca uciekł. Zawiadomiono policję, która zjawiła się dopiero po pół godzinie. Choć dziewczyna została dotkliwie pobita, w tym po głowie, i miała krwawe rany na ciele, policjanci nie od razu wezwali karetkę. W istocie to nie pofatygowali się nawet wysiąść z radiowozu, kazali za to wsiąść doń (o własnych siłach) poszkodowanej i następnie przez kilkadziesiąt minut jeździli z nią po okolicy w poszukiwaniu winnego zajścia.

Argumenty dziewczyny, że znajdują się między blokami i oprawca na pewno już od dawna ukrywa się we własnym domu, zbywali niewybrednymi komentarzami, besztając ją przy tym za to, że spacerowała sama po mieście, w końcu dopytywali, czy aby na pewno to nie ona sprowokowała napaść, na przykład swoim zachowaniem. Karetkę wezwano dopiero, gdy radiowóz powrócił na miejsce zdarzenia. Dziewczyna miała jednak „pecha”. Ponieważ do gwałtu nie doszło, było „jedynie” pobicie, lekarz z ambulansu nie uznał, że wypadałoby dokładniej przebadać poszkodowaną na pogotowiu. Dziewczynę powieziono więc na komisariat, gdzie sprawę zaksięgowano, a jej dano… pouczenie! Tak, dobrze państwo przeczytali.

Zrobiono jej pogadankę na temat tego, jak o siebie dbać w miejscach publicznych i unikać niebezpiecznych sytuacji, zwłaszcza gdy jest się kobietą. Pytanie dziewczyny, co ma zrobić, by policja zaczęła szukać jej oprawcy, komenda przyjęła ze zdumieniem. Pani żartuje? Pani naprawdę chce sobie komplikować życie, ciągając się po sądach, zamiast po prostu podziękować Bogu, że przecież w istocie NIC SIĘ NIE WYDARZYŁO?! Cóż, okazało się, że funkcjonariusze też jednak mieli pecha, bo studentka okazała się uparta, a do tego miała równie upartą rodzinę, która ją wsparła. Sprawę wniesiono do prokuratury. Prokuratura nakazała policji szukanie przestępcy. Publikując dramatyczny wpis na Facebooku dziewczyna wyjaśniła, że zdecydowała się „nie odpuścić”, pomimo traumy i bólu, bo ma przeczucie, że dla jej oprawcy nie był to pierwszy atak na tle seksualnym, i jeśli jego zatrzymanie uchroni od podobnego dramatu inne kobiety, to jest to gra o najwyższą stawkę.

Niestety, dzielna dziewczyna napisała coś jeszcze. Wyznała, że tego jednego dnia zmieniła się jej cała życiowa filozofia. Z człowieka, który z przekonaniem powtarzał, iż jego miejsce jest w Polsce, zmieniła się w zdruzgotaną cyniczkę, która chce z Polski jak najszybciej wyjechać. Kraj, w którym nie słucha się kobiety i z przymrużeniem oka traktuje się jej prawa, nigdy nie będzie dla niej dobrym miejscem do życia.

Przekazałam Państwu tę historię, bo mamy Dzień Kobiet. Dobry dzień, by pomyśleć, co się w naszym życiu, jako kobiet, zmieniło na lepsze, a co nie i dlaczego. Jestem kobietą i jestem do tego matką córek, w tym jednej już studentki, podobnie jak bohaterka powyższej historii. Mało jest myśli, które napawają mnie większym przerażeniem, niż ta, że może się nam, jako kobietom, przytrafić historia identyczna jak opisana powyżej. Potencjalnie też z o wiele gorszym zakończeniem. Nie łudzę się, że ryzyko ataku jest gdzieś mniejsze lub większe, ale przyznam, że oddycham z pewną ulgą, że mieszkamy w Ameryce, a nie w Polsce. Studentka ma rację. Polska nie jest krajem przyjaznym kobiecie.

Nie mówię o tym zbyt głośno, nawet w kręgu rodaków po tej stronie świata, bo nic szybciej nie rujnuje dobrej, towarzyskiej atmosfery niż dyskusje na temat szeroko pojętego dziedzictwa narodowego. Kulturowe i obyczajowe „kody”, które w sobie nosimy i które sprawiają, że pojedynczo i zbiorowo mamy tendencję coś bagatelizować, podczas gdy coś innego zjeża nam włosy na głowie o wiele szybciej niż innym narodom, są fundamentalną częścią tego dziedzictwa. Problem polskiego dziedzictwa obyczajowego, jeśli chodzi o sferę życia i praw kobiety, dodatkowo komplikuje fakt, że z tak zwanego „grubsza” sytuacja kobiet w Polsce źle dzisiaj nie wygląda. Dostęp do kariery, materialnych dóbr i udogodnień życia codziennego, programów rozwoju osobistego i zawodowego oraz wszelkiego rodzaju ofert kulturalnych i edukacyjnych mają Polki otwarty tak szeroko jak tylko się da. Odsetek Polek kończących uniwersytety, w tym zagraniczne, mamy nawet wyższy niż w „starej” części Europy oraz w USA.

Warto jednak cofnąć się w czasie i by popatrzeć na kilka spraw z perspektywy. Wiadomo, jako cywilizacja nie bardzo mamy się czym chwalić, jeśli chodzi o traktowanie połowy z nas na przestrzeni minionych wieków. Kultura przyporządkowywania, zawłaszczania i powszechnego wykorzystywania kobiet na wszystkich (sic!) frontach, a już seksualnie zwłaszcza, byczyła się niemal bezkarnie w każdym zakątku globu. Dopiero ostatnie pół wieku przyniosło zmiany. Kobieta najpierw powiedziała „dość!”, a potem powoli wywalczyła sobie w zbiorowej świadomości miejsce jako istota, które może i potrafi być niezależna, i tak jak samo jak mężczyzna twórcza, sprawcza, zdolna, skuteczna w działaniu. Co jednak ciekawe, zmiany w powszechnym myśleniu, w kodach kulturowych i obyczajowych, wcale jednak nie pojawiły się nigdzie „oddolnie”, choć była to zdecydowania rewolucja społeczna. Zmiany te zaczęły „urabiać” kulturę i obyczaje dopiero po tym, jak zaistniały bardzo konkretne zmiany w przepisach prawnych, a potem surowa ich egzekucja w życiu codziennym.

Wszyscy wiemy, że w czasie, gdy rewolucja kobiet wstrząsała światem, naszą ojczyzną wstrząsały kolejne kryzysy ekonomiczne i podstawowym zajęciem naszych matek i babek była, prócz pracy zawodowej, mordercza walka o byt codzienny. Jednocześnie praktyka idei socjalistycznych w przestrzeni publicznej relegowała, przynajmniej w teorii, potrzebę walki o prawa kobiety. Wytworzyła się kuriozalna sytuacja, która nigdy nie zaistniała w krajach zachodnich. Społeczeństwo „na pokaz” pogodziło się z tym, że kobieta pracuje i należą jej się „jakieś tam prawa” (bez pracy kobiet państwo zresztą by nie wyżyło i nie przetrwało finansowo!), nie mieliśmy jednak do czynienia, z wielu przyczyn, z pewnym ideologicznym i społecznym fermentem, który w tym czasie kształtował debatę o traktowaniu kobiety w innych częściach świata. W pieleszach domowego zacisza, poniekąd w ramach uzasadnionego odreagowywania narzuconych wzorców życia i myślenia, kultywowało się w Polsce swojską, udoskonaloną przez wieki, ograną obyczajówkę z zarobioną fizycznie i pomijaną intelektualnie, acz przyjmującą swój los „godnie” i nadrabiającą dobrą miną do złej gry, matką-Polką w tle.

Rozumiem, choć nie akceptuję tłumaczenia, że ostatnie ćwierćwiecze, kiedy to Polska postawiła sobie za cel dogonić, głównie ekonomicznie, resztę cywilizowanego świata, nie był dobrym momentem na dodatkowe ściganie się o ustawodawstwo, które skończyłoby z praktyką traktowania praw i godności kobiety z przymrużeniem oka. Współcześni coache od każdego rodzaju rozwoju wpajają nam, że wszystko, absolutnie wszystko w życiu jest sprawą ustawienia sobie priorytetów! Jeżeli oddycham z ulgą, że w razie nieszczęśliwego wypadku będę miała do czynienia z pomocą i opieką po tej stronie świata, a nie nad Wisłą, to dlatego, że moje prawo do ochrony mojej godności stało się dla kraju, w którym żyję, priorytetem. W Polsce priorytetem nie jest. Jest to różnica największa z możliwych.

Gdy piszę ten felieton, sprawa pobitej studentki już przeniknęła do ogólnokrajowych mediów, jej oprawca jest w areszcie, a temperatura publicznej dyskusji na temat reagowania służb na przestępstwa na tle seksualnym (a nawet przestępstwa w ogóle, bo i tutaj dużo jest do zrobienia!) rośnie. Czas najwyższy, bo nie będzie większej tragedii niż ta, jeśli młode, wykształcone kobiety zaczną wyjeżdżać z Polski tylko dlatego, że nie czują się tam bezpiecznie ani traktowane z należytym szacunkiem.
 

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney