Dzień, który podzielił Polaków

135

Sejm przyjął specustawę ws. Westerplatte, wywłaszczając de facto historyczne miejsce pamięci spod jurysdykcji władz Gdańska. Specjalna ustawa odbiera Gdańskowi własność terenu i zezwala na budowę muzeum według wizji, która znów podzieli Polaków. I kolejna data – 1 września – będzie powodem nie do zjednoczenia, ale rozłamu…

Tak stało się także z rocznicą 4 czerwca. 4 czerwca 1989 – w mojej pamięci ta data wpisała się na zawsze jako dzień, w którym po raz pierwszy uczestniczyłam w wyborach parlamentarnych. Przyznam, że wówczas jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, jak ważny to dzień, że na moich oczach rozgrywają się najważniejsze elementy historii. Bardziej do mnie przemawiały strajki, tłumy pod bramą huty w moim mieście, policja blokująca dojazdy i pierwsza kontrola drogówki, z przeszukaniem pojazdu, której doświadczyłam kilka dni po odebraniu prawa jazdy, gdy jechałam zobaczyć protest.

4 czerwca to data, która trwale podzieliła Polaków: dla jednych jest symbolem bezkrwawego zwycięstwa nad komunistami odniesionego za pomocą kartki wyborczej w 1989 roku, symbolem mądrości obu stron, które zawarły układ przy okrągłym stole, owocujący częściowo wolnymi wyborami i wszystkim, co następowało potem – upadkiem reżimu, muru berlińskiego i Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, wstąpieniem do NATO, rozszerzeniem Unii Europejskiej i otwarciem granic. Dla wszystkich tych osób bezsprzecznie największym bohaterem, symbolem przemian jest i będzie Lech Wałęsa.

4 czerwca dla drugich kojarzy się z tym, co wydarzyło się w 1992 roku, gdy Antoni Macierewicz przesłał do parlamentu listę ponad 60 osób, których nazwiska figurowały w archiwach jako tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Wykonywał w ten sposób przyjętą wcześniej przez Sejm uchwałę lustracyjną. Chociaż spis był tajny, to oczywiście jego zawartość błyskawicznie przedostała się do mediów i kula śnieżna zaczęła się toczyć.

Jan Maria Rokita, przy poparciu Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz prezydenta Lecha Wałęsy, w imieniu Unii Demokratycznej, Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Polskiego Programu Gospodarczego, zgłosił wniosek o wotum nieufności dla rządu. W Sejmie doszło do dramatycznych scen: Michał Boni i Antoni Furtak, którzy znaleźli się na liście Macierewicza, zostali odwiezieni do szpitala, a Lech Wałęsa ogłosił, że „akcja lustracyjna” destabilizuje państwo i skierował wniosek o odwołanie premiera. Przed głosowaniem, tuż przed północą, premier Jan Olszewski wygłosił przemówienie. Nawet gdy jego słowa zatrą się w mojej pamięci, to na zawsze pozostaną emocje, jakie wówczas wywołały.

„Polska była przez czterdzieści parę lat, bo to jednak była Polska, własnością pewnej grupy. Myśmy w imię własnych racji politycznych zgodzili się na pewien stan przejściowy. I zdawało się, że ten czas się skończył. Skończył się wtedy, powinien się skończyć, kiedy uzyskaliśmy władzę pochodzącą z demokratycznego, prawdziwie demokratycznego wyboru. A dzisiaj widzę, że nie wszystko się skończyło, że jednak wiele jeszcze trwa i że to, czyja będzie Polska, to się dopiero musi rozstrzygnąć” – powiedział wówczas Jan Olszewski. „Nocna zmiana” zatrzymała dekomunizację, rozliczenie się z peerelowską Służbą Bezpieczeństwa i ukaranie komunistycznych zbrodniarzy. Zatrzymała i na wiele lat zablokowała nasz rozwój gospodarczy i pozwoliła na rozkradanie Polski i okradanie nas samych.

4 czerwca – ten dzień podzielił nie tylko scenę polityczną, co widać było podczas tegorocznych obchodów w Gdańsku. Dwa wrogie sobie obozy, w których zasiadają dawni przyjaciele z okresu wspólnej walki z komuną, i my w tym kipiącym nienawiścią tyglu. Dlaczego tak ważne daty upamiętniające historyczne momenty naszej tożsamości są powodem do kłótni, rozłamu, a nie zjednoczenia?