Ekologia, głupcze…

46
Skoro deszczowy las płonie, to znaczy, że stoją za tym ogromne pieniądze FOTO: EPA

Gdy płonęła katedra Notre Dame, oczy całego świata patrzyły z przerażeniem i smutkiem w kierunku Paryża, a gdy płoną zielone płuca produkujące 20 proc. tlenu na Ziemi, mówi się i pisze o tym tak jakby pokątnie, sprowadzając pożar lasów o powierzchni ponad 250 milionów hektarów (obszar 9 Polsk) do spalenia sadu za stodołą sąsiada. Tak to przynajmniej wygląda w przypadku polskich mediów.

Wojciech Cejrowski twierdzi, że to niemożliwe, aby ociekający wodą deszczowy las sam z siebie zapłonął. Twierdzi, że taki megapożar możliwy jest w suchym jak pieprz terenie, gdzie od miesięcy nie spadła kropla deszczu, a nie tam, gdzie woda wręcz wisi w powietrzu. Owszem, może się i taki mokry las zapalić, ale tylko wtedy, kiedy z pomocą pospieszy mu bardzo starający się o to człowiek. Tak więc, zdaniem Cejrowskiego, a ja się z nim w tej kwestii zgadzam, skoro niepalny las płonie, to znaczy, że komuś bardzo, ale to bardzo na tym zależało, czyli stoją za tym ogromne pieniądze, w postaci złóż uranu, złota, ropy naftowej, terenów pod uprawy i Bóg jeden wie, czego tam jeszcze.

Pamiętam jak kilka lat temu przez wiele tygodni płonęły lasy Indonezji, zbierając tragiczne żniwo: kilkanaście ofiar śmiertelnych, setki rannych, tysiące uduszonych i śmiertelnie poparzonych dzikich zwierząt, w tym rzadkich, ginących, ogromne połacie spalonych pierwotnych drzewostanów i torfowisk, miliony ludzi żyjących przez wiele dni w duszącym, gęstym dymie, niezliczone tony trujących gazów i dwutlenku węgla, które przedostały się do atmosfery. Wówczas do tej katastrofy też doprowadziła chciwość i krótkowzroczność ludzi. Indonezja to obok Malezji największy wytwórca oleju palmowego na świecie. Przypada na nią ponad 80 proc. jego światowej produkcji, a popyt na ten surowiec lat od lat szybko rośnie, przede wszystkim dlatego, że jest dużo tańszy od pozostałych olejów roślinnych, ale również na skutek forsowania w wielu krajach polityki „ekologicznych” paliw. Nakłada to na koncerny paliwowe obowiązek sprzedawania biopaliw i dodawania ich do tradycyjnych paliw. Biopaliwa uznane zostały za „zeroemisyjne” nośniki energii, co oznacza, że rośliny, z których je wyprodukowano, rosnąc, wchłaniają dwutlenek węgla, pomagając w walce z globalnym ociepleniem. Hmmm, ciekawe… Dlaczego nikt nie liczy, ile syfów ląduje w powietrzu, żeby móc wyprodukować najpierw olej palmowy, a potem „biopaliwo”. Dołóżmy do tego powszechne wykorzystywanie oleju palmowego choćby w przemysłach spożywczym czy kosmetycznym… Jeśli nic się nie zmieni, to, według szacunków ONZ, do 2022 r. zniknie 98 proc. indonezyjskich lasów pierwotnych, spalonych pod plantacje, nawet kosztem parków narodowych i innych obszarów chronionych.

Stoimy nad przepaścią, z tyłu toczy się na nas wielki głaz, a my ciągle dyskutujemy, zwołujemy szczyty ekologiczne, podpisujemy porozumienia, które w sumie nic albo niewiele dają. Ciągle licytujemy się, kto mniej, a kto bardziej niszczy i zanieczyszcza Ziemię, przerzucając odpowiedzialność z kontynentu na kontynent, z kraju na kraj, z przemysłu na gospodarstwa domowe, a na końcu tego łańcucha pytamy sami siebie, dlaczego my mamy wprowadzać jakieś ograniczenia, a nie mityczni oni? Tak sobie myślę, że mogłabym jeździć do pracy transportem publicznym (ponoć ekologicznym, bo autobusy w moim mieście są na prąd, a prąd u nas skąd? – z węgla… też ci ekologia…), ale cena dwóch biletów (ja i syn w to samo miejsce) w tę i z powrotem jest wyższa niż cena benzyny, którą zużyję jadąc samochodem i jeszcze robiąc po drodze zakupy… Coś z tą ekologią jest nie tak.

A ten głaz jest ponoć tuż-tuż, jeszcze 20-30 lat takiego tempa dewastacji Ziemi, a nie będzie odwrotu, spadniemy w przepaść, przygnieceni śmieciami, dusząc się z braku tlenu i umierając z pragnienia, bo zabraknie czystej, słodkiej wody…