Epoka kamienia łupanego nie skończyła się z braku kamieni

117
FOTO: EPA

Przez długi czerwcowy weekend obejrzałam jednym tchem (kiedyś w ten sposób mówiło się o czytaniu książek) popularny serial o angielskiej rodzinie królewskiej. W czwartym sezonie, którego akcja toczy się w latach 70. i 80., do obsady dołączyła genialna w roli Margaret Thatcher Gillian Anderson...

Kiedyś dość dużo czytałam o premier Wielkiej Brytanii, dlatego odcinki, które czasowo przypadły na okres jej rządów oglądałam ze szczególną przyjemnością. Żałuję tylko, że zbyt mało miejsca poświęcono temu, jak radykalnie zakończyła erę węgla w swoim kraju. I choć wielu Brytyjczyków, nawet w dniu jej śmierci w 2013 roku nadal nie mogło jej darować, jak spacyfikowała największy i najdłuższy strajk w powojennej Wielkiej Brytanii, ja cenię to, co dzięki temu dokonała.

Protest brytyjskich górników, który wybuchł w 1984 roku w obronie miejsc pracy, był właściwie początkiem końca tej branży w Wielkiej Brytanii. Podobnie jak w Polsce brytyjscy górnicy stanowili mocno faworyzowaną „awangardę klasy robotniczej”. Wydawało się niemożliwe, żeby nie uzyskali tego, co chcieli, zważając choćby na to, że już wcześniej za ich przyczyną upadały rządy.

Pierwsza w Europie kobieta premier zrobiła to, czego nie odważył się dokonać żaden mężczyzna na jej stanowisku, i na co w Polsce blisko 4 dekady później wciąż nie ma odwagi żaden rząd. Ale też Thatcher różniła się od dotychczasowych politycznych liderów i większości ministrów własnego gabinetu. Nie wywodziła się z dobrze sytuowanej rodziny. Córka sklepikarza, do wszystkiego musiała dochodzić ciężką pracą. Gardziła ludźmi, którzy uważali, że należy dawać komuś świadczenia, a nie przysłowiową wędkę, by mógł zarobić sam. Oczekiwała pracy i inwestycji, które przynoszą korzyści. Celem rządu premier Thatcher była likwidacja niedochodowych przedsiębiorstw i chociaż brytyjski przemysł węglowy był jednym z najnowocześniejszych na świecie, to przynosił ok. 250 mln funtów strat rocznie.

Polska powinna odejść od węgla dawno temu. Od wielu lat powinniśmy przestać dokładać do nierentownych kopalni. Teraz odejście od „czarnego złota” jest koniecznością. Zmuszają nas do tego zmiany klimatu, racje ekonomiczne i prawo unijne, ale powstrzymuje strach przed górniczym paleniem opon w Warszawie. Przez wiele lat polska polityka energetyczna prowadzona była w taki sposób, jakby bez węgla nie można było produkować prądu, zupełnie nie przejmując się tym, że spora część świata wyprzedziła nas o lata świetlne w tej kwestii. Czy to tylko strach przed górnikami i brak zdecydowanego przywódcy w stylu Żelaznej Damy? Czy raczej przerażająca krótkowzroczność, myślenie „po nas choćby potop” i pozostawienie problemu następnym rządom i pokoleniom?

Ostatnie zawirowania wokół kopalni w Turowie wyraźnie pokazują, że dochodzimy do ściany, o którą porozbijamy sobie wszyscy głowy, chyba że zdarzy się cud. Wcale nie dziwię się, że Polska Grupa Energetyczna nie może zgodzić się na zamknięcie kopalni w Turowie, gdyż oznaczałoby to wyłączenie elektrowni, która dostarcza prąd dla 3,7 mln Polaków. Turów zapewnia 7 proc. zapotrzebowania na energię w Polsce. Ta jedna kopalnia jest w stanie zdestabilizować działanie całego kraju, ale czy będzie inne wyjście niż jej zamknięcie?! Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Dlaczego brak jakiejkolwiek alternatywy? Czy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który zobowiązał Polskę do natychmiastowego zaprzestania wydobycia węgla brunatnego w kopalni Turów do czasu rozstrzygnięcia skargi złożonej przez Czechy w tej sprawie przyczyni się do wprowadzenia koniecznych zmian? Oby! Wszystkim nam potrzeba innej optyki. Czas patrzeć w przyszłość, a nie kurczowo trzymać się tego, co było, wszak „epoka kamienia łupanego skończyła się nie dlatego, że skończył się kamień”.